Grudzień w Krakowie pachnie już piernikiem z Rynku, a w mieszkaniu przy ulicy Karmelickiej wciąż stoi otwarte pudło z płytami. Nikt go nie zamknął od kwietnia. Stanisław Kowalik, saksofonista, którego przez czterdzieści lat kojarzono z krakowskimi klubami jazzowymi, siedzi przy tym pudle i wybiera zdjęcia do żałobnej strony internetowej. Jego córka, Anna Kowalik, zmarła 6 kwietnia tego roku. Miała dwadzieścia dziewięć lat.
Rak piersi zdiagnozowano jej sześć lat wcześniej. Wygrała wtedy. Chemioterapia, operacja, rok rehabilitacji – i scena znowu. Ale jesienią 2024 roku lekarze znaleźli guza w płucach. Tym razem nie było już z czym walczyć. Anna grała w teatrze do momentu, w którym już fizycznie nie mogła stać na nogach, a widzowie z ostatniego rzędu nie zauważali, jak bardzo schudła pod kostiumem.
Znano ją głównie z serialu "Na dobre i na złe" – grała tam pielęgniarkę przez trzy sezony – oraz z programu "Twoja twarz brzmi znajomo", gdzie w jednym odcinku wcieliła się w Whitney Houston i dostała owację na stojąco od jurorów. Matka Anny, aktorka Grażyna Wesołowska, w tamtym czasie prowadziła własny program kulinarny w telewizji śniadaniowej i po nagraniu wyjazdu zawsze wpadała prosto na chemioterapię córki – z termosem rosołu w torbie, bo Anna nie mogła jeść nic ciężkiego.
Telefon zadzwonił w środę, dwudziestego siódmego sierpnia, o dziewiętnastej trzydzieści. Stanisław akurat czyścił ustnik saksofonu ściereczką z zamszu, tą samą, którą Anna kupiła mu na imieniny cztery lata temu.
– Kowalik? Stanisław Kowalik, ojciec Anny? – głos był gładki, wprawny, jakby recytował formułkę po raz setny. – Dzwonię w sprawie praw do wizerunku pana córki. Mam klienta, który chce zainwestować w markę odzieżową. Koszulki, kubki, może kalendarz na przyszły rok. Duży potencjał sprzedażowy, zwłaszcza teraz, kiedy… no, kiedy temat jest świeży.
Stanisław odłożył ściereczkę. Palce mu zesztywniały na blacie stołu.
– Świeży temat – powtórzył. – Moja córka umarła cztery miesiące temu.
– Właśnie dlatego dzwonię teraz, a nie za rok. Rynek nie czeka, panie Kowalik. Mogę zaproponować panu udział w zyskach, dwadzieścia procent, całkiem przyzwoicie jak na… – mężczyzna zawiesił głos – jak na wykorzystanie czegoś, co już i tak krąży po internecie za darmo. Ja przynajmniej oferuję pieniądze.
– Kto panu dał ten numer?
– To nieistotne. Istotne jest to, że koszulki już się sprzedają, domena już jest zarejestrowana, a pan może albo dostać swoją część, albo nic. Bo jeśli pan odmówi, ja i tak będę miał produkt na rynku za tydzień. Różnica jest taka, że bez pana podpisu nie zapłacę panu złotówki.
Stanisław poczuł, jak gorąco wchodzi mu na kark. Ścisnął słuchawkę tak, że plastik zatrzeszczał.
– Niech mnie pan posłucha uważnie, bo powiem to tylko raz. Moja córka nigdy w życiu nie powiedziała słów, które pan wydrukował na tej koszulce. Nigdy nie podpisała żadnej zgody. A jedyne, co pan dziś sprzedaje, to kradzione nazwisko martwej dwudziestodziewięcioletniej kobiety.
– Emocje pana zżerają, rozumiem, ale to jest biznes…
Stanisław się rozłączył. Ręka mu drżała, kiedy odkładał telefon na stół, obok ustnika i ściereczki z zamszu.
Tego samego wieczoru zadzwonił do prawniczki rodziny, Agnieszki Bartoszewicz, z kancelarii przy placu Szczepańskim, u której Kowalikowie byli klientami od lat. Bartoszewicz wysłuchała go w milczeniu, potem powiedziała jedno zdanie, które Stanisław zapamiętał dosłownie: – Musimy zdążyć przed nim, inaczej będziemy gonić własny cień przez lata.
Zaproponowała jedno rozwiązanie: zastrzec znak towarowy. Nie na muzykę czy występy – na samo imię i nazwisko oraz na podpis. W Urzędzie Patentowym RP taki wniosek kosztuje kilkaset złotych, ale zwykły tryb trwał miesiącami, a sprzedawca koszulek działał już teraz.
Stanisław podpisał pełnomocnictwo następnego dnia rano, w kuchni, przy tym samym stole, przy którym Anna jako dziewczynka odrabiała lekcje z solfeżu. Obok leżał zeszyt w kratkę – jej, z czasów liceum muzycznego, z odręcznie zapisanymi tekstami piosenek. Na marginesie ktoś, chyba ona sama, narysował małego kota z wąsami. Stanisław przesunął palcem po rysunku, zanim odłożył zeszyt na półkę obok fotografii z jej pierwszego występu w Filharmonii Krakowskiej.
We wrześniu przyszła odpowiedź, jakiej się nie spodziewali: Urząd Patentowy zażądał uzupełnień, bo zgłoszenie kolidowało z wcześniej złożonym wnioskiem o rejestrację słowno-graficzną z podobnym zapisem nazwiska – złożonym trzy tygodnie wcześniej przez tego samego sprzedawcę koszulek, działającego przez pełnomocnika z Gdańska. Bartoszewicz zadzwoniła do Stanisława wieczorem, głosem, który po raz pierwszy od miesięcy brzmiał na zmęczony.
– On próbuje zastrzec markę pierwszy. Jeśli mu się uda, to on będzie miał prawo, a pan i pana żona będziecie musieli od niego kupować prawo do własnego nazwiska córki.
Stanisław tej nocy nie spał. Siedział w gabinecie z teczką dokumentów, czytając paragrafy o złej wierze przy zgłoszeniach znaków towarowych, aż litery zaczęły mu się zlewać. Rano zadzwonił do Bartoszewicz i powiedział jedno: – Piszemy sprzeciw. Chcę, żeby złożyła pani wszystko, co mamy – zdjęcia z jej pogrzebu, świadectwo zgonu, umowy teatralne, wszystko, co dowodzi, kim ona była dla nas, zanim stała się dla niego towarem.
Sprzeciw trafił do urzędu w połowie października. Sprzedawca koszulek odpowiedział pismem procesowym, w którym twierdził, że nazwisko Anny jest już "znakiem powszechnie rozpoznawalnym w obrocie", a zatem nie stanowi wyłącznej własności rodziny. Bartoszewicz przeczytała to zdanie Stanisławowi przez telefon i przez chwilę oboje milczeli, bo brzmiało to tak, jakby ktoś w urzędowym języku napisał, że Anna przestała być córką, a stała się produktem.
Rozprawa przed Kolegium Orzekającym Urzędu Patentowego odbyła się osiemnastego listopada. Stanisław przyszedł w garniturze, w którym grał na pogrzebie kolegi z zespołu piętnaście lat wcześniej, bo innego czarnego garnituru nie miał. W sali siedziało czterech urzędników, prawniczka rodziny, pełnomocnik sprzedawcy – młody mężczyzna, który ani razu nie spojrzał w stronę Stanisława – i sam Stanisław, ściskający w kieszeni marynarki zeszyt z narysowanym kotem, który zabrał ze sobą bez wyraźnego powodu.
Kiedy przewodniczący kolegium zapytał, czy strona wnioskująca ma coś do dodania, Stanisław, wbrew ustaleniom z Bartoszewicz, wstał sam.
– Mogę powiedzieć jedno zdanie?
Przewodniczący skinął głową. Pełnomocnik sprzedawcy poruszył się niespokojnie na krześle.
– Ten podpis – Stanisław wyjął z kieszeni zeszyt i otworzył go na stronie z zawijasem, którym Anna kończyła każdy autograf – ona ćwiczyła go, mając piętnaście lat, siedząc przy tym samym stole, przy którym uczyła się solfeżu. Nie po to, żeby sprzedawać koszulki. Po to, żeby kiedyś podpisywać się dzieciom pod sceną. Ten człowiek nigdy jej nie widział na oczy. Ja mieszkałem z nią dwadzieścia dziewięć lat. Proszę zdecydować, komu ten podpis się należy.
W sali zrobiło się tak cicho, że słychać było, jak za oknem przejeżdża tramwaj po Placu Wolnica. Przewodniczący kolegium odłożył długopis, spojrzał na dokumenty, potem znowu na Stanisława, i powiedział, że decyzja zostanie wydana pisemnie w ciągu czternastu dni.
Te czternaście dni Stanisław przeżył, paląc papierosy na balkonie, choć rzucił dziesięć lat wcześniej. Grażyna nie mówiła nic, tylko codziennie wieczorem stawiała przed nim kubek herbaty i siadała obok w milczeniu.
Decyzja przyszła listem poleconym drugiego grudnia. Świadectwo ochronne na imię, nazwisko i podpis Anny Kowalik zostało przyznane rodzinie, zgłoszenie sprzedawcy koszulek – odrzucone z powodu działania w złej wierze. Stanisław rozerwał kopertę na klatce schodowej, nie czekając do mieszkania, i czytał pierwszy akapit, opierając się plecami o skrzynki pocztowe, podczas gdy sąsiadka z drugiego piętra pytała go, czy dobrze się czuje.
Sprzedawca koszulek zniknął z sieci w ciągu tygodnia, nie odpowiadając już na żadne pisma. Domena z imieniem Anny wygasła bez odnowienia niedługo potem – właściciel zrezygnował, gdy zrozumiał, że sprzedaż nikomu nic już nie da.
W dniu, w którym minęło osiem miesięcy od pogrzebu, Grażyna zorganizowała w mieszkaniu małe spotkanie – nie stypę, tylko po prostu wieczór, na który przyszli koledzy Anny z teatru i dwie pielęgniarki z onkologii, które towarzyszyły jej w ostatnich tygodniach. Na stole stał termos, ten sam, w którym Grażyna kiedyś nosiła rosół. Ktoś zapytał, co dalej z pieniędzmi ze sprzedaży płyt Anny, bo streaming wciąż przynosił tantiemy.
Stanisław odpowiedział bez wahania: cały dochód, jaki wpłynie od teraz z tantiem i z licencjonowanego wykorzystania nazwiska córki, będzie przekazywany fundacji onkologicznej przy szpitalu na Prokocimiu, gdzie Anna się leczyła. Podpisał odpowiednią umowę darowizny tydzień później, w tej samej kancelarii przy Szczepańskim. Kwota za pierwszy kwartał wyniosła dwadzieścia trzy tysiące złotych.
Zeszyt z kotem wciąż leży w gabinecie, teraz już nie na półce, tylko w teczce razem ze świadectwem ochronnym z Urzędu Patentowego i starymi recenzjami córki wycinanymi z gazet. Pudło z płytami zostało w końcu zamknięte i przeniesione tam samo, obok teczki, jakby stanęło na straży tego, co udało się obronić.
