Barbara Sochacka miała sześćdziesiąt trzy lata, kiedy nowy właściciel zakładu krawieckiego przy ulicy Grójeckiej powiedział jej, że od pierwszego lutego jej stanowisko już nie istnieje. Nie "pani jest zwolniona" – tylko "stanowisko nie istnieje", jakby to była różnica. Trzydzieści jeden lat prasowała tam żakiety, przerabiała spodnie dla całej dzielnicy Ochota, znała na pamięć miary połowy Warszawy. A teraz stała z kartonowym pudełkiem, w którym mieściły się nożyczki, kubek z odpryskiem na uchu i zdjęcie córki z komunii.
Na klatce schodowej pachniało bigosem od sąsiadki z parteru. Winda znowu nie działała. Barbara szła na czwarte piętro powoli, licząc stopnie, tak jak liczyła je od dziecka – dwadzieścia dwa, zawsze dwadzieścia dwa.
Pierwsze miesiące bez pracy były jak ta pustka w mieszkaniu po piątej po południu, kiedy wcześniej trzeba było biec na autobus 194. Telefon dzwonił coraz rzadziej. Koleżanki z zakładu, z którymi piła kawę codziennie przez lata, pisały na Wigilię i to wszystko. Ktoś zapytał ją kiedyś w przychodni: "A pani czym się zajmuje?" – i Barbara przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć. Powiedziała w końcu: "Byłam krawcową." Brzmiało to jak nekrolog.
Zdarzało się, że zaczynała zdanie: "Kiedyś u nas w zakładzie…" – i widziała, jak wnuk sąsiadki wpatruje się w telefon, czekając, aż skończy. Przestała zaczynać takie zdania.
Miała siedemdziesiąt jeden lat, gdy zmarł jej mąż Ryszard. Nie z dnia na dzień – chorował dwa lata, cukrzyca zabrała mu najpierw wzrok w jednym oku, potem nerkę, na końcu wszystko naraz. Ostatnie miesiące spędziła przy jego łóżku w mieszkaniu, bo szpital nie miał już dla niego miejsca, tylko zalecenia. Po pogrzebie sąsiedzi przynosili jeszcze przez tydzień zupy w słoikach, a potem życie toczyło się dalej – ich, nie jej.
Córka Ewa mieszkała w Poznaniu, miała dwóch synów, pracę w banku i męża, który non stop był w delegacjach. Dzwoniła w niedziele, czasem przyjeżdżała z chłopcami na wakacje. Barbara nauczyła się nie liczyć dni między odwiedzinami. Kiedy przyjeżdżali, gotowała żurek i schabowe, a kiedy wyjeżdżali, stała w oknie, dopóki samochód nie zniknął za rogiem Filtrowej.
To były lata, kiedy Barbara zaczęła chodzić na mszę o ósmej rano do kościoła na Wawelskiej, bo tam było ciszej niż na tej o dziesiątej, pełnej rodzin z dziećmi. Siadała zawsze w tej samej ławce, trzeciej od końca, po lewej. Rozmawiała z księdzem Andrzejem czasem po mszy, krótko, o niczym konkretnym – o pogodzie, o tym, że gołębie znowu obsiadły rynny.
Osiemdziesiąty drugi rok życia przyniósł upadek na oblodzonym chodniku przy Kopińskiej. Złamana szyjka kości udowej, operacja, potem rehabilitacja, z której Barbara wyszła już z laską na stałe. Ewa chciała zabrać matkę do Poznania, ale Barbara się uparła: zostaje w swoim mieszkaniu, wśród swoich rzeczy, blisko kościoła na Wawelskiej. Wynajęła opiekunkę na trzy dni w tygodniu, kobietę z Ukrainy o imieniu Ołena, która przynosiła jej ciasto marchewkowe i opowiadała o swoich dzieciach zostawionych w Charkowie.
Rówieśnicy Barbary znikali jeden po drugim. Najpierw sąsiadka z trzeciego piętra, potem koleżanka z zakładu, z którą przepracowała dwadzieścia lat, potem kuzynka z Radomia. Barbara zaczęła prowadzić w zeszycie listę – nie z makabryczności, tylko żeby pamiętać, komu jeszcze nie zapaliła świeczki na grobie.
W tym właśnie zeszycie, obok listy zmarłych, zapisała coś jeszcze. To był luty, dwa lata po upadku, Barbara miała osiemdziesiąt cztery lata. Ołena przyszła rano i zastała ją przy stole kuchennym z dokumentami mieszkania rozłożonymi jak pasjans. Mieszkanie na Grójeckiej, sto dwadzieścia metrów kwadratowych warte, jak wyliczył rzeczoznawca, sześćset tysięcy złotych, było od trzydziestu ośmiu lat jej własnością – jej i Ryszarda, teraz tylko jej.
Ewa dzwoniła w niedziele, ale w ostatnich rozmowach coraz częściej mówiła nie o wnukach, tylko o kredycie na dom, który wzięli z mężem, o racie, która "trochę ich dusi", o tym, że "może mamo, jakby coś, to wiadomo, mieszkanie zostanie w rodzinie". Barbara słuchała tego przez telefon, siedząc w fotelu przy oknie, obserwując tramwaj numer siedemnaście, który skręcał w Banacha.
Nie powiedziała nic wtedy. Ale zapisała w zeszycie datę wizyty u notariusza – umówioną na czwartek, dziewiątego kwietnia.
W ten czwartek Ołena zawiozła ją taksówką do kancelarii przy placu Narutowicza. Barbara miała ze sobą teczkę z dokumentami – akt własności, dowód osobisty, wypis z księgi wieczystej – i kopertę, w której leżało pismo od Ewy sprzed miesiąca, wydrukowany mail z propozycją "przekazania mieszkania już teraz, żeby uniknąć podatku od spadku po naszej stronie". Barbara przeczytała ten mail trzy razy przy kuchennym stole, zanim postanowiła, co z nim zrobi.
U notariusza, pani mecenas Kwiatkowska, kobieta może pięćdziesięcioletnia, w okularach na łańcuszku, zapytała rzeczowo: "Pani Barbaro, jaką dyspozycję chce pani dziś złożyć?"
Barbara otworzyła teczkę. Nie przepisała mieszkania na Ewę. Zamiast tego podpisała testament, w którym połowę mieszkania zapisała córce, a drugą połowę – fundacji hospicyjnej przy kościele na Wawelskiej, tej samej, która przez dwa lata przysyłała wolontariuszkę do chorego Ryszarda za darmo, kiedy nie było jej stać na prywatną pielęgniarkę. Do tego dołączyła zapis: dopóki żyje, mieszkanie zostaje jej, nikt go od niej wcześniej nie odbierze, nie przepisze, nie sprzeda pod jej nieobecność.
Wieczorem zadzwoniła do Ewy sama, pierwszy raz od miesięcy z inicjatywy, nie czekając na niedzielę.
– Byłam dziś u notariusza – powiedziała. – Zostawiłam ci połowę mieszkania. Drugą połowę oddaję hospicjum. Nie przepiszę ci niczego za życia, bo to jest mój dom, dopóki oddycham.
W słuchawce zapadła długa pauza, potem Ewa zaczęła tłumaczyć coś o racie kredytu, o tym, że przecież nie o to chodziło, że ona tylko myślała o przyszłości.
– Wiem, o czym myślałaś – odpowiedziała Barbara. – Ja też myślę o przyszłości. Tylko trochę dalej niż ty.
Po tej rozmowie odłożyła telefon na stolik, wzięła różaniec leżący od lat na parapecie i usiadła w fotelu. Za oknem przejeżdżał tramwaj numer siedemnaście, tak jak przejeżdżał codziennie o tej porze od trzydziestu ośmiu lat, i skręcał w Banacha, znikając z pola widzenia.
