Chłopiec, który wrócił po Kubę spod Zamościa

O pierwszej w nocy dyżurny na posterunku w Zamościu podniósł głowę znad papierów i zobaczył w drzwiach nastolatka trzymającego za rękę zapłakanego chłopca, który nie miał więcej niż sześć lat. Na zewnątrz padał marcowy deszcz, taki mokry śnieg pomieszany z wodą, a starszy z chłopców miał na sobie za duże buty gumowe i kurtkę nie na swój rozmiar. Dyżurny, sierżant Wiesław Kaczorek, akurat kończył zmianę i myślał o autobusie, który miał do domu za dwadzieścia minut. Ten autobus mu uciekł.

Nazywał się Marek Osypiuk. Miał czternaście lat i za sobą siedem lat, których nikt mu nie odda.

Zaczęło się to jesienią 1987 roku, w Chełmie. Marek miał wtedy siedem lat, wracał ze szkoły muzycznej z futerałem po skrzypcach, które ledwo umiał trzymać w rękach. Droga wiodła koło targowiska, gdzie zawsze kręcili się handlarze i jakiś facet sprzedający kalendarzyki z obrazkami świętych. Ten facet zagadał do Marka o niedzielnej mszy, o ministrantach, o tym, że przy kościele akurat szukają chłopca do pomocy przy organach. Nazywał się Tadeusz Bryła. Nikt wtedy nie pomyślał nic złego – w tamtych czasach dzieci chodziły same wszędzie, klucz na sznurku na szyi, zero telefonów, zero pytań.

Bryła zaprowadził go do samochodu, starego fiata 125p koloru musztardowego. Zatrzymał się przy budce telefonicznej niedaleko dworca, wyszedł, wrócił po kilku minutach i powiedział Markowi, że dzwonił do jego rodziców. Że mama powiedziała, żeby go zabrał, bo w domu i tak nie ma dla niego miejsca, odkąd urodził się młodszy brat. Siedmiolatek w to uwierzył. Nie miał powodu nie wierzyć – dorosły powiedział, dorosły wie.

Wywiózł go pod Zamość, do rozwalającego się domu na kolonii, gdzie sąsiedzi mieszkali kilometr dalej i nikt niczego nie sprawdzał. Sfałszował dokumenty, zapisał go do szkoły podstawowej pod innym nazwiskiem – jako Dariusz Bryła, rzekomo bratanek, którego wychowuje po śmierci rodziców. A tymczasem w Chełmie matka Marka, Halina Osypiuk, rozwieszała ogłoszenia na słupach, chodziła na komisariat co tydzień, dzwoniła do każdego, kto choć raz widział chłopca w niebieskiej czapce. Ojciec sprzedał motocykl WSK, żeby opłacić prywatnego detektywa z Lublina. Nic z tego nie wyszło.

Marek dorastał w strachu, w domu bez sąsiadów, z człowiekiem, który kontrolował każdy jego krok. Ale gdzieś w środku coś w nim się nie poddało. Kiedy dorósł na tyle, żeby rozumieć, zauważył, że Bryła zaczyna interesować się innymi dziećmi z okolicy. I wtedy zaczął, po cichu, psuć te plany – gubił klucze, robił hałas, zostawiał otwarte furtki, żeby dzieciaki mogły uciec, zanim coś się wydarzy. Nikt się nie domyślił, że to on sabotuje.

W lutym 1994 roku Bryła przywiózł do domu kolejnego chłopca. Kubę, sześciolatka porwanego sprzed bloku na osiedlu Nadrzeczna w Zamościu, kiedy jechał na rowerku i zatrzymał się, żeby podnieść piłkę, która potoczyła się pod płot. Kuba płakał całymi nocami, wołał mamę, nie chciał jeść. Marek patrzył na niego i widział siebie – tego siedmiolatka ze skrzypcami, któremu powiedziano, że nikt go nie chce.

Wiedział dokładnie, co czuje ten mały. I tamtej nocy podjął decyzję.

Czekał na okazję kilka tygodni. Pierwszego marca Bryła pojechał na nocną zmianę do tartaku pod Krasnymstawem. Dom zrobił się cichy. Marek obudził Kubę, kazał mu włożyć te za duże kalosze, wziął go za rękę i wyszli w ciemność, w deszcz, bez planu, bez pewności, że ktokolwiek im uwierzy.

Szli poboczem drogi krajowej ponad godzinę, zanim zatrzymała się ciężarówka z rejestracją lubelską – kierowca wiózł skrzynki z jabłkami do Zamościa i zabrał ich do miasta bez pytań, myśląc, że to spóźnieni bracia wracający od rodziny. Wysiedli przy rynku i poszli prosto na posterunek.

Kaczorek zapytał chłopaka, jak się nazywa. Marek odpowiedział cicho, ale wyraźnie: „Nazywam się Dariusz Bryła. Ale wiem, że naprawdę mam na imię Marek".

To zdanie zmieniło wszystko. Dyżurny sięgnął po teczkę ze zgłoszeniami zaginięć sprzed lat, kartkował ją drżącymi rękami, aż znalazł fotografię siedmiolatka ze skrzypcami. Okazało się, że w drzwiach stoją nie jedno, a dwoje zaginionych dzieci. Tej samej nocy oboje wrócili do swoich rodzin. Halina Osypiuk, kiedy zobaczyła syna, upuściła torebkę z zakupami na próg i przez chwilę nie mogła zrobić kroku. Bryłę zatrzymano nad ranem w tartaku.

Po siedmiu skradzionych latach Marek odzyskał wolność. Tylko że wolność nie okazała się prosta. Zabrano go jako siedmiolatka, wrócił jako czternastolatek. Rodzina, którą pamiętał, była inna – brat, którego nigdy nie poznał, miał już siedem lat, dokładnie tyle, ile Marek miał w dniu porwania. Nie dało się po prostu oddać tych lat.

Mimo to próbował ułożyć sobie życie od nowa. Skończył szkołę zawodową, ożenił się, urodziła mu się córka. Opowiadał swoją historię w lokalnej telewizji i w gazecie, licząc, że komuś innemu to pomoże wrócić do domu.

Zginął w wypadku motocyklowym pod Chełmem we wrześniu 2003 roku. Miał dwadzieścia cztery lata. Wolności zaznał krócej, niż trwała niewola.

Ale chłopiec, którego uratował, przeżył. Kuba dorósł, skończył szkołę policyjną w Szczytnie i został dzielnicowym w Zamościu – tam, gdzie kiedyś jako sześciolatek szedł przez ciemność, trzymając za rękę czternastolatka, który nie musiał po niego wracać.

Bo mógł uciec sam. Nikt by mu tego nie wyrzucał, po tym wszystkim, co stracił. Ale wrócił po Kubę, wziął go za rękę i poszedł w stronę światła posterunku, choć wcale nie było pewne, czy ktokolwiek im uwierzy.

Dziś na tablicy w komendzie w Zamościu wisi zdjęcie tamtej dwójki – wpisane do kroniki jako sprawa numer 4/1994, zamknięta tej samej nocy, kiedy się zaczęła.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: