Zawsze mówiłam, że w naszym domu na Woli piłka nożna była religią. Mój syn Kuba, dziesięć lat, znał na pamięć skład Legii sprzed pięciu sezonów i kłócił się z ojcem o to, czy VAR to postęp czy zbrodnia przeciwko futbolowi. To było jego, ich, wspólne. Ja przynosiłam tylko herbatę i przewracałam oczami przy telewizorze.
Białaczka zabrała nam to wszystko w ciągu trzech miesięcy.
Najpierw był kaszel, który nie mijał. Potem morfologia, która lekarzowi ze szpitala na Banacha zmieniła twarz, kiedy patrzył na wyniki. Potem chemioterapia, remisja, nawrót — i w końcu ten wtorek w sierpniu, kiedy doktor Wieczorek usiadł naprzeciwko nas na plastikowych krzesłach korytarza onkologii i powiedział, że nie ma już protokołu, który mógłby pomóc. Że będą łagodzić, ale nie leczyć. Że czasu jest mało.
Mój mąż, Marek, wyszedł wtedy na parking i nie wrócił przez czterdzieści minut. Kiedy wrócił, pachniał papierosami, choć rzucił je dziewięć lat temu.
Siedziałam przy łóżku Kuby, kiedy do sali weszła kobieta w różowej bluzie fundacji — nie pamiętam już nazwy, coś z „marzeniami" w środku. Usiadła na brzegu łóżka, jakby znała go od zawsze, i zapytała, gdyby mógł zrobić jedną rzecz, cokolwiek, co by to było.
Kuba nie zastanawiał się nawet sekundy.
— Chcę zobaczyć mecz. Na żywo. Z tatą i mamą.
Uśmiechnął się przy tym tak, że aż zabolało — bo od miesięcy nie widziałam u niego takiego uśmiechu, bez cienia strachu w oczach.
Fundacja załatwiła bilety na Śląski w Chorzowie, kadra grała towarzysko przed eliminacjami. Doktor Wieczorek wypisał zgodę, choć długo trzymał długopis nad papierem, zanim podpisał. Pielęgniarka spakowała nam do torby zapas leków przeciwbólowych i numer swojej komórki „na wszelki wypadek".
Jechaliśmy pociągiem z Warszawy, bo Kuba uparł się, że chce patrzeć przez okno, nie z lotniska. Marek kupił mu na dworcu gofra z bitą śmietaną za dwanaście złotych, którego Kuba zjadł może w jednej trzeciej, ale trzymał w rękach cały czas, jakby to była maskotka.
Na stadionie wszystko pachniało trawą, piwem bezalkoholowym i smażoną kiełbasą. Kuba miał na sobie za dużą koszulkę reprezentacji, którą kupiliśmy mu jeszcze wiosną, w te lepsze dni, kiedy myśleliśmy, że wygra tę wojnę.
Usiedliśmy w sektorze rodzinnym, blisko murawy. Twarz Kuby świeciła się jak wtedy, kiedy miał sześć lat i zobaczył swój pierwszy fajerwerk sylwestrowy.
Do przerwy prowadziła Polska jeden zero. Kuba krzyczał, aż zachrypł, a ja nie protestowałam, chociaż lekarz mówił, żeby oszczędzał gardło.
I wtedy, w przerwie, kiedy na murawie pracownicy stadionu rozkładali reklamy sponsorów, Kuba szarpnął mnie za rękaw.
— Mama. MAMA. PATRZ!
Na ogromnym telebimie nad trybuną wschodnią pojawiły się nasze twarze. Wszystkich troje. Kuba, ja, Marek — machaliśmy, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje, a wokół nas ludzie zaczęli klaskać.
Myślałam, że to koniec niespodzianki. Nie byłam nawet blisko prawdy.
Z głośników stadionowych popłynął głos spikera, ten sam, który przed chwilą zapowiadał zmianę zawodników:
— Kuba, cieszymy się, że jesteś dziś z nami na Śląskim. Ale jest coś w tej podróży, o czym nie wiesz ani ty, ani twoi rodzice. Prosimy całą trójkę: odwróćcie się.
Nie rozumiałam nic. Ludzie dookoła oglądali się na nas, ktoś wyciągnął telefon. Czułam, jak twarz robi mi się gorąca ze wstydu i z czegoś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać.
Odwróciliśmy się we trójkę.
Marek zbladł tak, że pomyślałam przez sekundę, że zaraz osunie się na siedzenie. Ja przestałam oddychać, kiedy zobaczyłam, kto schodzi schodami sektora prosto w naszą stronę.
To był kapitan reprezentacji we własnej osobie, w dresie klubowym, z tą swoją charakterystyczną, trochę nieśmiałą postawą, jaką miał zawsze poza boiskiem. Za nim szedł drugi mężczyzna, starszy, w garniturze — prezes fundacji, jak się później okazało — i trzymał w rękach kopertę oraz coś, co wyglądało jak koszulka meczowa w folii.
Kuba nie mógł wydusić słowa. Otworzył usta i zamknął je z powrotem, jak ryba wyciągnięta na brzeg.
Kapitan uklęknął przy jego siedzeniu, tak żeby być na wysokości jego oczu, i powiedział cicho, chociaż mikrofon przy jego kołnierzyku niósł to na cały stadion:
— Słyszałem, że jesteś moim największym kibicem. Chciałem ci to osobiście oddać.
W kopercie była koszulka z autografami całej kadry, a na środku, dużymi literami, napis: „Dla Kuby — walcz dalej, jesteśmy z tobą". Ale to nie był koniec. Prezes fundacji wyjaśnił — a ja słuchałam tego jak przez watę, bo krew szumiała mi w uszach — że klub, w porozumieniu z fundacją, ufundował dla Kuby coś więcej niż jeden dzień na stadionie: opłacił w całości eksperymentalną terapię komórkową dostępną w klinice w Krakowie, tę samą, o której doktor Wieczorek wspominał kilka tygodni wcześniej jako o „teoretycznej możliwości, na którą nas nie stać" — bo kosztowała sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych, a NFZ jej nie refundował.
Marek usiadł z powrotem na krześle, bo nogi go nie trzymały. Ja płakałam już bez wstydu, nie dbając, że kamera telebimu wciąż na nas patrzyła.
Terapia nie była gwarancją. Doktor Wieczorek powiedział nam to wprost, kiedy trzy tygodnie później siedzieliśmy już w jego gabinecie w Krakowie z wynikami pierwszego cyklu, a na biurku leżał formularz dopłaty do zakwaterowania — sto dwadzieścia złotych za dobę, których fundacja nie pokrywała: szanse były niewielkie, ale istniały, a bez tej terapii nie istniały w ogóle.
Kuba przeszedł cztery cykle, licząc od 3 września do 19 listopada. Stracił włosy po raz trzeci w życiu, przestał jeść na dwa tygodnie, budził się w nocy z gorączką, którą zbijaliśmy zimnymi kompresami, bo szpital był pełny i czekaliśmy na miejsce. W grudniu, kiedy zrobiono mu kontrolny rezonans, obraz pokazał coś, czego nikt się nie spodziewał.
— To remisja — powiedział doktor Wieczorek, odkładając kliszę na negatoskop. — Nie cud. Biologia czasem robi to, czego jeszcze nie potrafimy do końca wytłumaczyć.
Zeszłej niedzieli siedzieliśmy we trójkę przed telewizorem, koszulka z autografami wisiała już oprawiona w ramkę nad biurkiem Kuby, obok dyplomu z gimnazjum. Kadra grała kolejny mecz eliminacyjny, a Kuba, już czternastoletni, głos mu się łamał z emocji, tłumaczył ojcu, że trener znowu wystawił za wysoką linię obrony.
— Tato, patrz, oni znowu zostają z tyłu, przecież to widać! — tłukł palcem w ekran przy każdym kontrataku.
Marek tylko kręcił głową i odpowiadał, że to Kuba powinien siedzieć na ławce trenerskiej, nie na kanapie. Przyniosłam herbatę, postawiłam kubki na stole i usiadłam obok nich, patrząc, jak się kłócą o linię obrony, tak jak kiedyś, zanim wszystko inne miało znaczenie.
