Rex zostaje, gdy zabraknie wszystkich

Mam siedemdziesiąt trzy lata i psa, który nie odstępuje mnie na krok od jedenastu lat. Nazywam się Bronisław Kapica, mieszkam w Kielcach, na Osiedlu Ślichowice, trzecie piętro bez windy, i to piętro to osobna historia, do której jeszcze wrócę.

Zacznę od tego, co wydarzyło się w zeszły czwartek, bo tam jest sedno.

Do drzwi zapukała sąsiadka z dołu, pani Halina, z talerzem pierogów, które rzekomo jej zostały. Wiem, że nie zostały — ona gotuje dokładnie tyle, ile trzeba, od lat to obserwuję. Przyniosła je, bo wie, że syn nie dzwonił od miesiąca. Postawiła talerz na stole w kuchni, popatrzyła na kalendarz przy lodówce, gdzie czerwonym flamastrem zaznaczyłem wizytę u kardiologa na dwudziestego trzeciego, i powiedziała tylko: „Pan pamięta o tabletkach?" Nie czekała na odpowiedź. Wyszła, a ja zostałem z Rexem, owczarkiem podwórkowym, którego zabrałem jedenaście lat temu spod sklepu Biedronka na Jagiellońskiej, bo stał tam trzy dni w deszczu i nikt po niego nie przyszedł.

Pracowałem czterdzieści dwa lata jako mistrz w Zakładach Metalowych, potem w prywatnej firmie, która je wykupiła. W wieku sześćdziesięciu jeden lat dostałem wypowiedzenie — restrukturyzacja, tak to nazwali. Młody kierownik, który przyszedł na moje miejsce, miał trzydzieści cztery lata i nie wiedział, gdzie w hali jest zawór główny od instalacji sprężonego powietrza. Ja wiedziałem. To już nie miało znaczenia.

Żona, Zofia, odeszła sześć lat temu. Rak trzustki, cztery miesiące od diagnozy do pogrzebu na cmentarzu Cedzyna. Syn, Marek, mieszka we Wrocławiu, ma dwoje dzieci i pracę w korporacji, która zabiera mu, jak mówi, „każdą wolną chwilę". Dzwoni na urodziny i na Wigilię. Czasem między. Nie mam do niego pretensji — wiem, że tak to teraz wygląda, widziałem to u kolegów z pracy, którzy też zostali sami w mieszkaniach za dużych o jeden pokój.

To, czego nie przewidziałem, to że najbardziej realna obecność w moim życiu będzie miała cztery łapy i sierść koloru zaschniętej gliny.

Rex budzi mnie o szóstej trzydzieści, kładąc łeb na kołdrze, dokładnie na wysokości mojego kolana. Chodzimy do parku miejskiego, obok stawu, gdzie zimą karmię łabędzie chlebem, chociaż weterynarz mówił, żeby tego nie robić — chleb im szkodzi, ale stary nawyk trudno zabić. W kiosku na rogu kupuję „Echo Dnia" za cztery złote osiemdziesiąt i kawę rozpuszczalną w kubku jednorazowym, bo automat w przychodni już dawno się zepsuł, a nikt go nie naprawił.

Trzecie piętro bez windy stało się problemem w zeszłym roku, kiedy operowano mi kolano. Marek, kiedy się dowiedział, zaproponował dom opieki w Sobótce, niedaleko Wrocławia — „żebym był bliżej niego". Powiedziałem, że pomyślę. Nie myślałem. Wiedziałem, że tam nie wpuszczą Rexa, a rozstania z psem nie planuję, dopóki jedno z nas nie umrze pierwsze, i wolę, żeby to był ja.

Doktor Górski, kardiolog z przychodni przy ulicy Jagiellońskiej, powiedział mi w zeszłym miesiącu, że serce pracuje, jak na moje lata, przyzwoicie, ale muszę schudnąć osiem kilogramów i przestać solić wszystko jak w wojsku. Zapytał, z kim mieszkam. Powiedziałem: z psem. Zapisał to w karcie bez komentarza, tylko lekko uniósł brwi, jakby to była informacja medyczna, a nie tylko fakt z życia.

W piątek Rex zaczął kręcić się niespokojnie po mieszkaniu, skomlał przy drzwiach balkonowych, nie chciał jeść. Zawiozłem go do lecznicy przy Warszawskiej taksówką — sam nie prowadzę auta od trzech lat, po tym jak zasnąłem na światłach na rondzie Grunwaldzkim i obudził mnie klakson z tyłu. Weterynarz, młoda kobieta nazwiskiem Wesołowska, zrobiła USG i powiedziała, że to skręt żołądka, że trzeba operować natychmiast, że bez zabiegu pies nie dożyje rana.

Usiadłem na plastikowym krześle w poczekalni i policzyłem w głowie, ile mam na koncie. Cztery tysiące trzysta złotych do końca miesiąca. Operacja kosztowała trzy tysiące osiemset. Zostawiłbym sobie pięćset złotych na resztę września.

Podpisałem zgodę. Nie zadzwoniłem do Marka — po co, żeby usłyszeć, że to „tylko pies" i że powinienem „racjonalnie podejść do wydatków w moim wieku"? Zadzwoniłem do Haliny. Przyjechała taksówką, usiadła obok mnie na tym samym plastikowym krześle i trzymała moją rękę, kiedy zza drzwi dobiegało brzęczenie aparatów.

Operacja trwała dwie godziny czterdzieści minut. Kiedy pani doktor wyszła i powiedziała „udało się, będzie żył", nie płakałem — po prostu wstałem, oparłem się o ścianę korytarza i stałem tak z zamkniętymi oczami, dopóki nogi znowu nie zaczęły mnie słuchać.

Rex wrócił do domu po czterech dniach, z ogoloną łatą na brzuchu i szwami, które trzeba było przemywać dwa razy dziennie. Marek zadzwonił w niedzielę, spytał, co słychać. Powiedziałem o operacji. Zapadła cisza po drugiej stronie, a potem: „Tato, to trzy osiemset za psa?" Odpowiedziałem, że tak, i że nie żałuję ani złotówki.

We wtorek przyjechał do Kielc — pierwszy raz od ośmiu miesięcy, bez zapowiedzi, sam, autem. Wszedł do mieszkania, zobaczył Rexa leżącego na kocu przy kaloryferze, z tym ogolonym brzuchem, i usiadł na podłodze obok niego, tak jak robił to jako dziesięciolatek, kiedy jeszcze mieliśmy poprzedniego psa, Azora. Nic nie powiedział przez dłuższą chwilę. Głaskał Rexa po łapie, tam gdzie była kroplówka.

Potem wstał, poszedł do kuchni, zobaczył kalendarz z zaznaczoną wizytą u kardiologa i zapytał, czy mogę mu podać numer do doktora Górskiego — chciał sam zadzwonić, dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda sytuacja z sercem, bez upiększeń, które ja mu zwykle serwowałem przez telefon.

Nie obiecywał, że będzie przyjeżdżał częściej. Nie musiał. Wyjął z portfela trzy i pół tysiąca złotych, położył je na stole obok talerza po pierogach Haliny i powiedział, że to na kolejną wizytę kontrolną Rexa, bo szwy trzeba zdjąć za dziesięć dni, a ja nie mam już nic na koncie po tym tygodniu.

Wziąłem pieniądze. Nie z dumy zranionej, tylko dlatego, że wiedziałem — to nie było o psie. To było o czymś, czego przez osiem miesięcy nie umiał powiedzieć wprost.

Rex podniósł łeb, kiedy Marek wychodził, i patrzył na drzwi, dopóki się nie zamknęły. Ja usiadłem obok niego na kocu, mimo bólu w kolanie, i tak zostaliśmy oboje, czekając, aż szwy się zagoją, każdy na swój sposób.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: