Pracuję w notariacie przy placu Zbawiciela od jedenastu lat, więc widziałam już niejedną rodzinę, która przychodzi po dokumenty, jakby to była wizyta u dentysty – z tą samą miną, że zaraz zaboli. Tego wtorku, dziewiątego września, miałam ostatni klient o szesnastej, bo o siedemnastej zaczynała się moja zmiana na basenie – uczę dzieci pływać, to moje drugie zajęcie, i nie lubię się spóźniać, bo instruktorka po mnie zawsze patrzy na zegarek jak na wroga.
Klientka nazywała się Danuta Wierzbicka. Sześćdziesiąt jeden lat, drobna, w szarym płaszczu, torebka trzymana oburącz jak tarcza. Przyszła z synową, Martyną, i to Martyna mówiła najwięcej – szybko, wyuczonymi zdaniami, jakby czytała z kartki, którą ktoś jej podał w internecie. Powtarzała słowo „należy się" tak często, że zaczęło brzmieć jak nazwisko.
Chodziło o mieszkanie na Pradze, sześćdziesiąt dwa metry, dostała je pani Danuta od swojej matki w formie darowizny jeszcze w dwa tysiące czternastym. Syn, Kacper, mieszkał tam z żoną i córką od ślubu – to znaczy od siedmiu lat, wesele było w restauracji przy Wale Miedzeszyńskim, pamiętam bo akurat robiłam wtedy komuś inny akt w tej samej rodzinie, świat jest mały. Martyna chciała, żeby teściowa przepisała połowę mieszkania na Kacpra. Mówiła, że mają córkę, że dziewczynka potrzebuje swojego kąta, że „prawnik powiedział, że się należy".
Pani Danuta postawiła na moim biurku papierową torbę z Biedronki, w której miała termos z herbatą – przyniosła sobie na wszelki wypadek, bo bała się, że sprawa się przeciągnie. Nie zdjęła płaszcza. Siedziała z rękami złożonymi na kolanach i milczała, dopóki nie zapytałam wprost, czego sobie życzy.
– Chcę sprawdzić, czy ta darowizna od mamy jest niepodważalna – powiedziała cicho. – I chcę mieć to na piśmie, że wnuczka jest zameldowana, ale to nie to samo co współwłasność.
Martyna prychnęła. Dosłownie prychnęła, jak kot, któremu zabrano miskę. Powiedziała, że to „się nie godzi", że dziecko rośnie bez perspektyw, że ona nie o pieniądze walczy, tylko o sprawiedliwość. Ja nie komentuję takich rzeczy, bo to nie moja rola, ale wyciągnęłam z archiwum akt notarialny z dwa tysiące czternastego roku – darowizna od matki, czysta, bez żadnych obciążeń, bez wspólności majątkowej małżeńskiej, bo pani Danuta w chwili otrzymania mieszkania nawet nie była jeszcze teściową, syn był kawalerem.
Przeczytałam im na głos artykuł z kodeksu rodzinnego: majątek nabyty w drodze darowizny wchodzi do majątku osobistego, nie podlega podziałowi, meldunek nie tworzy prawa własności. Twarz Martyny zmieniła kolor – nie zbladła, raczej poczerwieniała, jakby ktoś jej powiedział, że przez siedem lat liczyła coś złego na kalkulatorze.
– To co, mamy z dzieckiem na bruk? – rzuciła.
Pani Danuta wtedy odezwała się drugi raz, i to zdanie zapamiętałam dokładnie, bo notariusze rzadko słyszą coś takiego wprost przy biurku: – Nikt cię na bruk nie wyrzuca, Martyna. Ale to mieszkanie zostawiła mi moja mama, żebym miała gdzie umrzeć spokojnie, a nie żeby stało się kartą przetargową w twoich planach.
Zapytałam, czy chce coś jeszcze załatwić, bo widziałam, że nie przyszła tylko po potwierdzenie – w torbie oprócz termosu miała jeszcze kopertę. Wyjęła ją i poprosiła, żebym przygotowała pełnomocnictwo do banku, tak by mogła samodzielnie zmienić dyspozycję na koncie oszczędnościowym, z którego dotąd Kacper miał wgląd – zostało tam sto dziewiętnaście tysięcy złotych, odkładane przez dwadzieścia dwa lata, jeszcze z czasów, kiedy pracowała w szwalni na Grochowskiej. Powiedziała, że syn dostawał z tego konta pieniądze „na wszelki wypadek", ale teraz, skoro rodzina uważa, że wszystko się jej „należy" od niej, to ona też ma prawo decydować, komu się co należy.
Martyna próbowała jeszcze coś powiedzieć, ale pani Danuta złożyła ręce na torebce i powiedziała, że rozmowa skończona, że w domu doda jeszcze jedno – zmieni zamek w drzwiach do swojego pokoju, bo od miesiąca ktoś przestawia jej rzeczy na kuchennej półce, a ona nie chce się już o to kłócić, tylko mieć swój kąt zamknięty na klucz jak reszta rodziny ma zamknięte swoje sprawy przed nią.
Podpisałyśmy pełnomocnictwo o siedemnastej dziesięć, spóźniłam się na basen jakieś dwadzieścia minut, dzieci już pluskały się bez mnie w płytkiej części. Zanim wyszły z kancelarii, widziałam przez szybę, jak stoją na chodniku – Martyna coś jeszcze mówi do telefonu, chyba do Kacpra, a pani Danuta stoi obok, z torbą z termosem przyciśniętą do boku, i patrzy na przystanek, jakby liczyła, ile jeszcze minut do autobusu.
Tydzień później Kacper przyszedł do kancelarii sam, bez zapowiedzi, w kurtce firmy kurierskiej, w której pracuje. Chciał zapytać, czy może cofnąć pełnomocnictwo do konta matki. Powiedziałam, że to nie jego pełnomocnictwo, więc nie ma czego cofać – konto zamknięto trzy dni wcześniej, środki przeniesiono na lokatę na nazwisko samej pani Wierzbickiej. Stał chwilę przy ladzie, z kluczykami od skutera w ręku, i tylko zapytał, czy zostawiła jakiś numer, pod którym mógłby ją złapać. Powiedziałam, że mam tylko numer do kancelarii i że matka wie, gdzie mieszka.
