Mam sześćdziesiąt osiem lat i przez blisko czterdzieści lat udawałam, że lubię mecze żużlowe. Nie żużel jako taki – konkretnie transmisje z Ekstraligi, które mój mąż Zbigniew ogląda tak, jakby od tego zależało jego życie.
Mieszkamy w Bydgoszczy, w bloku przy Fordońskiej, od trzydziestu dwóch lat. Kolacja o wpół do ósmej, potem on zmywa, ja wycieram blat i siadamy przed telewizorem. Od lat ten moment wieczoru wyglądał tak samo: Zbyszek bierze pilota i decyduje. Żużel, wiadomości, jakiś kanał o rekonstrukcjach silników motocyklowych, którego nie rozumiem do dziś. Ja mówiłam „oglądaj, co chcesz". Czasem nawet wtrącałam jakiś komentarz, żeby wyglądało, że śledzę temat, a naprawdę robiłam na drutach albo przeglądałam telefon.
Nie uważałam się za osobę, która ustępuje mężowi we wszystkim. Decydowałam o remontach, o wakacjach, o tym, co jemy w niedzielę. Ale przy telewizorze zawsze wychodziło ze mnie to samo zdanie, wypowiadane niemal automatycznie.
Pękło, kiedy koleżanka z pracy – byłam wtedy jeszcze na pół etatu w przychodni – poleciła mi serial kryminalny na jednej z platform. Włączyłam go pewnego wtorku, gdy Zbyszek pojechał na działkę pod Osielskiem. Wciągnęło mnie tak, że nie usłyszałam, kiedy wrócił. Zostało dwadzieścia minut do końca odcinka. Usiadł obok, po pięciu minutach zapytał, czy może przełączyć na wiadomości. Wyłączyłam. Zabolało mnie nie to, że przełączył – tylko to, że w ogóle nie zauważył, że ja coś oglądam. Dla niego telewizor po prostu grał w tle, żebym miała towarzystwo.
Miesiąc później kupiliśmy mały telewizor do pokoju, w którym kiedyś mieszkał nasz syn Kacper, zanim wyprowadził się do Gdańska. Pomysł był praktyczny: Zbyszek miał tam oglądać żużel, kiedy u mnie zbierają się przyjaciółki na herbatę. A wyszło inaczej. Pewnego wieczoru wzięłam kubek z rumiankiem, przymknęłam drzwi i włączyłam swój serial w starym fotelu Kacpra, tym wytartym, w kratę, którego nikt nie miał serca wyrzucić. Siedziałam tam prawie dwie godziny. Kiedy wyszłam, Zbyszek spał już na kanapie z pilotem w dłoni.
Powtórzyłam to następnego wieczoru. I kolejnego. Na początku było wspaniale – filmy, teleturnieje, reportaże podróżnicze, bez komentarzy o silnikach dwusuwowych. Ale po kilku tygodniach dotarło do mnie coś dziwnego: przestaliśmy w ogóle spędzać wieczory razem. Kolacja, zmywanie, a potem każde w swoim pokoju.
Zapytał kiedyś, czy jestem na niego zła. Powiedziałam, że nie. „Tylko już nigdy nie siadasz ze mną" – odparł. Przypomniałam mu, że siedziałam obok niego latami, oglądając rzeczy, które mnie nie obchodziły. Zdziwił się naprawdę. Był przekonany, że mi się to podoba. „Nigdy nie powiedziałaś, że nie" – rzucił. I miał rację. To bolało najbardziej.
Kłóciliśmy się tego wieczoru, niedługo, ale ostro. Zarzucałam mu, że nigdy nie pytał. On mi – że udawałam. Żadne z nas nie miało pełnej racji.
Następnego dnia usiedliśmy przy stole kuchennym z kalendarzem – tym samym, na którym zapisujemy wizyty u lekarza i terminy opłat za czynsz – i ustaliliśmy coś, co dwadzieścia lat wcześniej byłoby śmiesznie proste. Dwa wieczory w tygodniu decyduję ja, dwa – on, a jeśli ktoś nie ma ochoty na to, co wybrało drugie, idzie do pokoju Kacpra bez robienia z tego dramatu. W piątki staramy się znaleźć coś dla obojga.
Pierwszy wieczór, kiedy wybierałam ja, puściłam polski film, o którym Zbyszek powiedział, że na pewno będzie nudny. Po pół godziny to on prosił, żebym ściszyła, bo nie dosłyszał jakiejś kwestii. Tydzień później obejrzałam z nim relację z historii Polonii Bydgoszcz i, ku własnemu zdziwieniu, wciągnęło mnie to.
Nie chodzi o to, że teraz lubimy dokładnie te same rzeczy. Chodzi o to, że oboje wiemy, co lubi drugie.
Rok temu, po tamtej kłótni, zrobiłam jeszcze jedną rzecz, o której Zbyszkowi wtedy nie powiedziałam od razu. Wzięłam teczkę z dokumentami mieszkania – tę samą, w której trzymamy akt notarialny i polisę – i zapisałam się na konsultację do notariusza przy ulicy Gdańskiej, żeby dopisać się jako współwłaścicielka do księgi wieczystej. Przez trzydzieści lat mieszkanie figurowało tylko na niego, bo tak wyszło przy zakupie w latach dziewięćdziesiątych, a ja nigdy o to nie zapytałam, tak samo jak nigdy nie zapytałam, co chcę oglądać wieczorem. Kosztowało to niecałe osiemset złotych i trzy tygodnie czekania.
Kiedy przyniosłam Zbyszkowi wypis z księgi wieczystej, przez chwilę trzymał kartkę oburącz, jakby ważył jej gramaturę. Potem powiedział tylko: „Powinniśmy to zrobić dawno temu". Nie spierał się. Odłożył papier na kredens, tuż obok pilota, i poszedł do kuchni zaparzyć herbatę – dla dwojga.
