Nazywam się Robert, mam czterdzieści jeden lat i przez jedenaście lat mieszkałem w domu mojej żony we wsi Skrzynki, niedaleko Opatowa. Piszę to nie po to, żeby kogoś oskarżać. Piszę, bo w końcu ktoś powinien usłyszeć, jak to wygląda od mojej strony.
Dom nie był mój. To trzeba powiedzieć od razu, bo cała ta historia się na tym opiera. Dom zbudował teść, Zenon, jeszcze w latach osiemdziesiątych, kawałek po kawałku, cegła po cegle, jak to się wtedy robiło. Ja się tam wprowadziłem, kiedy ożeniłem się z Anitą, i od pierwszego dnia było jasne, że jestem w tym domu kimś w rodzaju lokatora z dobrym sercem teściowej, ale bez żadnego prawa głosu.
Studnia stała na środku podwórka, betonowy krąg, żelazny kołowrót, wiadro na łańcuchu. Zenon codziennie rano szedł po wodę, mimo że pół roku wcześniej podłączono w Skrzynkach wodociąg i wystarczyło odkręcić kran w kuchni. On tego kranu prawie nie używał. Mówił, że woda ze studni jest inna, że wodociągowa "śmierdzi chlorem", choć nikt inny w rodzinie tego nie czuł. Prawda była prostsza: przy studni stawały kobiety ze wsi, przychodziła Halina od sąsiadów, czasem jej córka, i można było godzinę pogadać, kto komu co powiedział, czyja krowa się ocieliła, kto jedzie do lekarza do Opatowa. Dla Zenona ta studnia to była jedyna rozrywka, jedyne miejsce, gdzie czuł się jeszcze potrzebny.
Ja to rozumiałem. Naprawdę rozumiałem. Ale to nie zmieniało faktu, że przez jedenaście lat czułem się w tym domu jak ktoś, kto wynajmuje kąt, a nie jak mąż jego jedynej córki, ojciec jego dwóch wnuków.
Anita pracowała w przychodni w Opatowie jako rejestratorka, ja miałem swój warsztat samochodowy na skraju wsi, dwa boksy, kanał, sprężarka kupiona na kredyt. Nie było to nic wielkiego, ale zarabiałem, płaciłem za wszystko w domu, remontowałem dach, kiedy przeciekał, kupiłem nowy bojler, kiedy stary się rozsypał. Zenon nigdy nie powiedział "dziękuję". Zenon mówił: "to twój obowiązek, mieszkasz na moim gruncie".
Ten grunt. To słowo wracało przy każdej kłótni. Kiedy chciałem postawić wiatę na samochód, powiedział, że to jego grunt i on decyduje. Kiedy zaproponowałem, żeby zasypać studnię i zrobić w tym miejscu miejsce na grilla dla dzieci, spojrzał na mnie tak, jakbym zaproponował rozebranie kościoła w Skrzynkach cegła po cegle. "Ta studnia jest starsza niż twoje małżeństwo z moją córką" – powiedział. I miał rację, tylko że to małżeństwo trwało już jedenaście lat, a on wciąż traktował mnie jak gościa, który się przyplątał.
Punkt zwrotny nastąpił w marcu, dwa tygodnie temu. Zenon miał siedemdziesiąt trzy lata, cukrzycę i coraz gorsze kolana, ale uparcie chodził po tę wodę codziennie, bo tak było "zawsze". Tego ranka pośliznął się na oblodzonym betonie przy studni, upadł na bok, złamał nadgarstek i uderzył głową w metalowy kołowrót. Anita zawiozła go do szpitala w Ostrowcu Świętokrzyskim, ja zostałem z dzieciakami, a wieczorem, kiedy wrócili, Zenon miał gips i osiem szwów nad uchem.
Leżał na kanapie w salonie, blady, i zamiast podziękować, że to nie było gorzej, zaczął mówić od drzwi, że to moja wina. Że skoro jestem "głową domu", jak sam się nazywam, to powinienem był zasypać ten lód, powinienem był mu przypomnieć, powinienem był, powinienem był. Anita siedziała przy nim i milczała, a ja stałem w progu kuchni i czułem, jak we mnie coś się łamie, dokładnie tak, jak ten nadgarstek.
Nie krzyczałem. Powiedziałem tylko: "Zenon, ja tu jedenaście lat sypię cement na ten dom, a ty do dziś mówisz, że to twój grunt. Dobrze. Niech będzie twój grunt do końca". I wyszedłem na podwórko, w ciemność, marzec, minus trzy stopnie, i stałem przy tej studni, z której przez jedenaście lat nigdy nie zaczerpnąłem ani jednego wiadra, bo mi nigdy nie zaproponował.
Tydzień później Anita usiadła ze mną przy stole i wyjęła z szuflady teczkę z dokumentami. Powiedziała, że po wypadku ojca poszła do notariusza w Opatowie, bo Zenon od dawna chciał przepisać dom na nią, "żeby było po prawu", zanim coś mu się stanie. Ale w akcie darowizny, który już był podpisany trzy dni wcześniej – zanim jeszcze spadł na tę studnię – Anita dopisała klauzulę dożywocia dla ojca i, co mnie zupełnie zaskoczyło, wpisała mnie i dzieci jako współwłaścicieli działki budowlanej za domem, tej, którą Zenon zawsze nazywał "swoją rezerwą na przyszłość".
Zenon o tym nie wiedział. Dowiedział się dopiero, kiedy listonosz przyniósł zawiadomienie z wydziału geodezji o zmianie w księdze wieczystej.
Przyjechał do warsztatu w piątek, o czternastej trzydzieści, z ręką jeszcze w gipsie, i stał w progu boksu, między podnośnikiem a stertą felg, i pytał, dlaczego nikt go nie zapytał o zgodę na tę działkę. Powiedziałem mu spokojnie, wycierając ręce w szmatę: "Zenon, ty przez jedenaście lat nie pytałeś mnie o zgodę na nic w tym domu. Teraz ja mam papier, na którym jest moje nazwisko, przy studni, przy działce, przy wszystkim. I to jest jedyna rzecz, jaką w tej sprawie zrobiłem – podpisałem to, co mi Anita podała, bez żadnej złości do ciebie".
Stał tam z tym gipsem, w kurtce, którą kupiłem mu na Boże Narodzenie dwa lata temu, i nic nie powiedział. Wyszedł, wsiadł do swojego starego Poloneza, którego sam nie mógł już prowadzić z powodu ręki, i kazał sobie sąsiadowi zawieźć go do domu.
Wieczorem, kiedy wróciłem, zastałem go przy studni. Stał tam, z gipsem, próbując jedną ręką podnieść wiadro na łańcuchu, i nie mógł. Podszedłem, wziąłem wiadro, wyciągnąłem wodę i podałem mu kubek. Nie powiedział "dziękuję". Powiedział: "widzę, że teraz to twoja studnia też". Odpowiedziałem: "nie moja. Nasza. Tak jak powinno było być od jedenastu lat".
Nie zasypaliśmy tej studni. Stoi do dziś, betonowy krąg pomalowany przez wnuki w zeszłe lato na niebiesko, z doniczką geranium na krawędzi. Ale wodociąg jest podłączony, kran w kuchni działa, a Zenon co rano przychodzi do studni nie po wodę, tylko żeby posiedzieć na ławce, którą mu tam postawiłem, i patrzeć, jak wnuki idą do szkolnego autobusu. Działka za domem jest w księdze wieczystej na cztery nazwiska. To jest jedyny papier, który się w tej rodzinie kiedykolwiek naprawdę liczył.
