Zasada z mydłem, której teść nie chciał uszanować

Nazywam się Kinga, mam trzydzieści dwa lata i od czterech miesięcy jestem mamą Antosia. Mieszkamy w Bydgoszczy, w bloku przy Fordońskiej, tym samym, w którym dorastałam. Zanim urodziłam, myślałam, że macierzyństwo to głównie zmęczenie i brak snu. Nikt mnie nie uprzedził, że najtrudniejsza będzie walka o coś tak prostego jak umyte ręce.

Mam jedną zasadę i trzymam się jej twardo. Kto przychodzi z ulicy, myje ręce, zanim weźmie dziecko na ręce. Nie robię wyjątków. Nie dla mojej mamy, nie dla teścia, nie dla siostry, nie dla nikogo. Wchodzą, całujemy się na powitanie, idą do łazienki, mydło leży tuż przy umywalce, ręcznik czysty codziennie. Dopiero potem mogą wziąć Antosia.

Ta sama zasada dotyczy Fasolki, naszego kundelka, który mieszka z nami od siedmiu lat. Uwielbiam tego psa, śpi czasem na naszym łóżku, nikt w tym domu nie uważa go za brudne stworzenie. Ale jak ktoś go pogłaska, a zaraz potem sięga po twarz mojego syna — to dla mnie nie do przyjęcia. Mówię wtedy krótko: umyj ręce, zanim weźmiesz dziecko. Bez awantury, bez podniesionego głosu.

Na początku wszyscy się dostosowali. Potem zaczęły się uwagi. Że odkąd urodziłam, robię z siebie sanepid. Że dziecko nie jest ze szkła. Największy problem mam z teściem, Zenonem. Pali od czterdziestu lat, dwie paczki dziennie, a jego bluza pachnie tak mocno, że czuć ją na klatce schodowej, zanim jeszcze zadzwoni domofonem.

Zenon potrafi wyjść na balkon u nas, wypalić papierosa, wrócić po dwóch minutach i od progu rzucić: no dawaj tego wnuka do dziadka. Nie pozwalam. Jeśli przed chwilą palił, nie chcę, żeby od razu brał Antosia na ręce, zwłaszcza w tej samej bluzie, którą można by chyba wykręcić z dymu. Proszę go, żeby najpierw dokładnie umył ręce, a jeśli ubranie jest przesiąknięte, żeby chociaż zmienił koszulkę — mamy zapasową, wisi w przedpokoju specjalnie na taką okazję.

Kiedyś przyjechał do nas w niedzielę na obiad. Zanim wszedł, dopalił papierosa na klatce. Otworzył drzwi i od razu wyciągnął ręce po dziecko. Powiedziałam: tato, umyj najpierw ręce. Odpowiedział, że wychował trzech synów, paląc przy nich cały czas, i wszyscy żyją i mają się dobrze. Moja teściowa się roześmiała. Mój szwagier dorzucił, że wychowuję dziecko w bańce mydlanej. A Zenon usiadł obrażony, bo według niego, żeby dotknąć własnego wnuka, musiał się niemal zdezynfekować jak przed operacją.

Odtąd wizyty zaczęły mieć swój stały rytuał drobnych złośliwości. Mama przynosiła ciasto, stawiała je na stole i mówiła, nie patrząc na mnie: my z twoim ojcem to cię chowaliśmy na podwórku, w piachu, i jakoś żyjesz. Siostra, kiedy głaskała Fasolkę, potem demonstracyjnie wycierała dłonie o spodnie zamiast iść do łazienki, żeby pokazać, że to niepotrzebne. Za każdym razem musiałam powtarzać to samo zdanie, spokojnym, coraz bardziej zmęczonym głosem: proszę, umyj ręce, zanim go weźmiesz. Czasem liczyłam w głowie, ile razy w tygodniu je wypowiadam. Wychodziło więcej niż razy, kiedy ktoś mówił mi dzień dobry.

Największa awantura wybuchła na chrzcinach, które robiliśmy w domu, nie w restauracji, bo teściowa uparła się na tradycyjny obiad w rodzinnym gronie. Na kuchence bulgotał żurek, para unosiła się nad garnkiem i osiadała mi na przedramieniu, kiedy mieszałam go wazową łyżką. Zenon wyszedł na balkon zapalić. Moja ciotka, Halina, trzymała wtedy Antosia na kolanach w salonie. Usłyszałam, jak drzwi balkonowe się zasuwają, kroki na parkiecie, a potem głos Haliny: proszę, dziadek już wrócił.

Wypadłam z kuchni z łyżką wazową jeszcze ociekającą żurkiem. Zenon stał na środku pokoju z Antosiem na rękach, bluza cuchnęła dymem tak mocno, że poczułam to od progu, zanim jeszcze podeszłam bliżej. Postawiłam łyżkę na kredensie, wytarłam dłonie w fartuch i wyciągnęłam ręce po syna. Tato, przed chwilą paliłeś, wiesz, że nie chcę, żebyś brał go zaraz po papierosie — powiedziałam, biorąc Antosia, który zaczął marudzić, wyrwany z ciepłych rąk dziadka.

Zenon poczerwieniał, aż po uszy. Zaczął krzyczeć, że upokarzam go przy całej rodzinie, że traktuje go jak nosiciela jakiejś choroby, że gdyby ktoś tak jego ojca traktował, toby się w grobie przewrócił. Wtedy wtrąciła się Halina, nie odrywając wzroku od telewizora, który mruczał gdzieś w tle: trochę dymu dziecku nie zaszkodzi, ludzie przesadzają z tą higieną.

To mnie dobiło bardziej niż krzyk teścia. Trzymałam Antosia mocno przy sobie, czułam jego serduszko bijące przez body, i myślałam, że skoro wyraźnie powiedziałam, czego nie chcę, to nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek ma prawo obejść tę decyzję tylko dlatego, że akurat nie stałam obok. Zenon rzucił na koniec: dobra, w takim razie w ogóle go nie będę brał na ręce. Wstał od stołu, wyszedł na balkon i zapalił drugiego papierosa, mimo że pierwszy jeszcze dymił w popielniczce na parapecie.

Zenon nie odzywał się do mnie prawie trzy tygodnie po chrzcinach. Mąż, Marcin, próbował go przekonać przez telefon, ale ojciec twierdził, że to ja powinnam ustąpić, bo to on jest dziadkiem, a nie obcy człowiek z ulicy. W końcu Zenon zadzwonił sam, w piątek wieczorem, i zapytał, czy może przyjechać w sobotę zobaczyć wnuka na urodziny mojej mamy, które akurat wypadały tego dnia.

Przyjechał w koszuli, której wcześniej u nas nie widziałam — sztywnej jeszcze od metki, jakby kupił ją dzień wcześniej specjalnie na tę wizytę. Nie powiedział cześć, nie zapytał o obiad. Poszedł prosto do łazienki. Usłyszałam, jak cieknie woda, dłużej niż zwykle, jakby liczył w głowie sekundy, a potem trzask ręcznika zdejmowanego z wieszaka. Kiedy wyszedł, rękawy koszuli miał podwinięte do łokci, choć w mieszkaniu nie było gorąco.

Można? — zapytał tylko, wyciągając ręce.

Podałam mu Antosia bez słowa. Usiadł z nim na kanapie, oparł go sobie na przedramieniu, dokładnie tak, jak go kiedyś uczyłam, i zaczął kołysać powoli, w tył i w przód, w rytmie, który sam chyba wymyślił. Antoś złapał go za palec i nie puszczał. Zenon patrzył na tę małą pięść, jakby widział ją pierwszy raz, i nic już nie mówił, tylko kołysał dalej, cicho, aż zaskrzypiała pod nimi sprężyna kanapy.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: