Trzy tysiące osiemset złotych na motor Kamila

Zadzwoniła do mnie w niedzielę, koło dziewiątej wieczorem, głosem, który ledwo się trzymał. Trzy zaległe czynsze. Pięć dni, bo właściciel powiedział, że albo płaci, albo się wyprowadza. Ma dwadzieścia sześć lat, pracuje w agencji ubezpieczeniowej w Bydgoszczy, pensja normalna, na własne utrzymanie starczy z nawiązką. Więc pierwsze, co powiedziałam do słuchawki, to: „Ola, co się stało z twoją wypłatą? Miałaś odłożone pieniądze."

Zaczęła kręcić. Że rachunki wyższe niż zwykle, że inflacja, że wszystko podrożało. Dopiero po kwadransie wydusiła prawdę.

Od pół roku utrzymuje w całości swojego chłopaka, Kamila. Mieszka z nią od jesieni. Rzucił pracę w warsztacie samochodowym, bo — jak twierdził — szef go „wykorzystywał". Od tamtej pory Ola płaci wszystko. Czynsz, prąd, internet, jedzenie. Jego wydatki osobiste. Nawet piwo, które pije z kolegami w sobotę pod blokiem.

A najgorsze jest to, że przez te miesiące kilka razy prosiła mnie o pożyczkę — pięćdziesiąt, sto złotych, bo niby jej brakowało na jakiś rachunek. Teraz wiem, że część tych pieniędzy szła prosto do niego. Raz dałam jej na prąd. Później się okazało, że rachunek był już opłacony. Po prostu chcieli mieć na wyjście w piątek do baru.

Oszczędności też zniknęły. Przyznała, że dała mu trzy tysiące osiemset złotych na motor. Miał zacząć jeździć jako kurier — Glovo, Uber Eats, cokolwiek. Motor kupili prawie trzy miesiące temu. Przez ten czas Kamil przepracował może dwanaście dni.

We wtorek pojechałam do nich bez zapowiedzi, bo Ola zostawiła u mnie dokumenty do pracy, a potrzebowała ich rano. Była jedenasta. Leżał na kanapie w bokserkach, przewijał telefon. Motor stał zaparkowany pod klatką, przykryty plandeką, jakby to była zabytkowa maszyna, a nie sprzęt do roboty.

— Czemu nie jesteś w trasie? — spytałam wprost.

— Zleceń mało. Nie ma sensu jeździć za grosze — odpowiedział, nie odrywając wzroku od ekranu.

Tego samego tygodnia Ola poprosiła mnie o kolejne trzydzieści złotych, bo nie starczało na zakupy. W sobotę zobaczyłam jego zdjęcie na Instagramie — piwo, znajomi, ognisko nad Wisłą. Spytałam ją, skąd ma na alkohol, skoro nie ma na chleb.

Odpisała spokojnie: „Dałam mu trochę. Nie może w każdą sobotę siedzieć zamknięty w domu."

I wtedy do mnie dotarło. Ona go nie tylko utrzymuje. Ona zadłuża się, żeby on nie musiał rezygnować z żadnej przyjemności.

Kiedy właściciel mieszkania postawił ultimatum, przyjechała do mnie, przekonana, że wszystko załatwię. Poprosiła o kilka tysięcy złotych. Miała oddawać w ratach.

Odpowiedziałam: „Zanim dam ci choć złotówkę, chcę porozmawiać z wami obojgiem."

Kamil przyszedł wściekły. Pierwsze zdanie: „Nasze finanse to nasza sprawa."

— Ile pieniędzy wpłaciłeś na to mieszkanie przez ostatnie pół roku? — Cisza.

— Ile z tych trzech ośmiu za motor oddałeś Oli? — Cisza.

— Ile zarobiłeś w tym miesiącu jako kurier?

Milczał, wpatrzony w podłogę.

— Sprzedajcie motor. Spłaćcie czynsz — powiedziałam.

Zareagował od razu, głośno: „Motor jest mój. Nie sprzedam jedynego narzędzia do pracy."

Ola stanęła po jego stronie. Powiedziała, że jeśli sprzedadzą motor, odbiorą mu jedyną szansę, żeby znów zacząć zarabiać. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Mogą stracić dach nad głową, ale motor, którym prawie się nie jeździ, jest nietykalny.

Powiedziałam, że długu nie spłacę. Zaproponowałam Oli powrót do domu, na mój Praga-Południe, na pokój po bracie, dopóki się nie pozbiera finansowo. Postawiłam jeden warunek: przyjeżdża sama.

Rozpłakała się. On stwierdził, że wykorzystuję ich kłopoty finansowe, żeby ich rozdzielić.

Dwa dni później Ola zadzwoniła znowu. Tym razem z innym pomysłem — miałam wziąć kredyt na siebie, żeby pokryć trzy zaległe czynsze i jeszcze parę zobowiązań. Bo jej bank już nie chciał jej nic udzielić.

I wtedy okazało się, że znowu nie powiedziała mi wszystkiego. Oprócz czynszów miała zadłużoną kartę kredytową na tysiąc dwieście złotych. Jedzenie, paliwo do jego auta na przeglądy, rachunki, wydatki obojga.

Powiedziałam: „Nie."

Teraz pewnie będzie musiała się wyprowadzić. Jest na mnie wściekła. Mówi, że mam możliwość jej pomóc i po prostu nie chcę.

Mam możliwość. Ale nie mam zamiaru brać kredytu i płacić tysięcy złotych, żeby ratować mieszkanie, w którym moja córka codziennie chodzi do pracy, żeby utrzymywać zupełnie zdrowego mężczyznę, który prawie nie pracuje.

W czwartek Ola zadzwoniła po raz ostatni w tej sprawie — spytać, czy propozycja z pokojem u mnie wciąż aktualna. Powiedziałam, że tak, ale warunek zostaje ten sam. Odłożyła słuchawkę bez słowa.

W piątek przyjechała pod blok taksówką, z dwiema torbami i teczką dokumentów pod pachą. Sama. Kamil został w mieszkaniu — jak się później okazało, u kolegi, bo umowę najmu wypowiedziano im oboje.

Usiadłyśmy przy stole w kuchni. Wyjęła z teczki umowę najmu, wyciąg z karty kredytowej i harmonogram spłat, który sama sobie ułożyła na kartce w linię. Podsunęła mi go, jakby to był dowód w sprawie.

— Mamo, ja to spłacę. Chcę tylko, żebyś mi zaufała.

Wzięłam kartkę, przeczytałam liczby. Tysiąc dwieście na karcie, trzy czynsze zaległe, plus odsetki. Odłożyłam ją na bok.

— Zaufam ci, kiedy zobaczę pierwszą ratę oddaną z twojej pensji, nie z mojej kieszeni.

Zamknęła kartę kredytową tego samego wieczoru — zadzwoniła do banku przy mnie, na głośniku, podała numer, potwierdziła zamknięcie linii kredytowej. Kamila zablokowała w telefonie następnego dnia rano, kiedy zadzwonił po raz trzeci z pytaniem, gdzie jest jego ładowarka do laptopa. Motor sprzedał sam, dwa tygodnie później, za dwa tysiące sto złotych — o tym dowiedziałam się od sąsiadki Oli, która widziała ogłoszenie na Facebooku.

Do mieszkania nie wróciła. Mieszka u mnie od lutego, płaci mi pięćset złotych miesięcznie za pokój — sama to zaproponowała — i co miesiąc odkłada resztę na spłatę karty. Zostały jej cztery raty.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: