O drugiej w nocy zadzwonił domofon w moim mieszkaniu na Klasztornej. Stałam w kuchni, bo już nie sypiam po jedenastej – to jeden z tych paskudnych prezentów, jakie daje sześćdziesiąt siedem lat. Na ekraniku zobaczyłam Kubę. Plecak zsunięty z jednego ramienia, kaptur na głowie, mimo że we wrześniu wcale nie jest zimno.
– Babciu, mogę wejść?
Nie zapytałam o nic. Wpuściłam go, postawiłam wodę na herbatę i milczałam, bo znam tego chłopaka piętnaście lat – jeśli go zagadasz od razu, zamyka się jak szafka na klucz. Usiadł przy stole, tym samym, przy którym kiedyś odrabiał lekcje, kiedy jeszcze mieszkaliśmy bliżej siebie, na Kazimierzu. Teraz mieszka z matką w Wieliczce, dwadzieścia minut autem, czterdzieści pięć autobusem 304, jeśli akurat nie ma korka na Zakopiańskiej.
Napisałam do jego matki, Beaty, trzy słowa: „Jest u mnie, śpi". Telefon milczał niecałą godzinę. Potem zaczął dzwonić – i dzwonił do wpół do czwartej. Nie odbierałam. Kuba w tym czasie zjadł dwie kanapki z żółtym serem, wypił herbatę i zasnął na kanapie w salonie, nie rozbierając butów. Zdjęłam mu je sama, powoli, żeby się nie obudził. Rozmiar czterdzieści trzy. Ostatnio, jak mierzyłam, miał trzydzieści osiem.
Rano usmażyłam jajecznicę na trzech jajkach, z boczkiem, tak jak lubi. Postawiłam talerz, usiadłam naprzeciwko z kawą i czekałam. Za oknem sąsiadka z parteru wyprowadzała psa, małego kundelka o imieniu Struna, który szczekał na każdy przejeżdżający samochód dostawczy. Zwyczajny piątek.
Kuba wziął widelec, nabrał kawałek jajecznicy, przełknął.
– Taka jak zawsze. Mama teraz w ogóle nie gotuje.
I się rozpłakał. Nad talerzem, głową w dół, tak że łzy kapały prosto na resztki jajecznicy. Nie dotknęłam go – wiem, że brzmi to twardo, ale wiedziałam, że gdybym go teraz objęła, zamknąłby się na dobre. Siedziałam więc i czekałam, aż sam powie.
– Tata się wyprowadził – wydusił w końcu, ocierając nos rękawem bluzy. – Zabrał torbę i po prostu wyszedł. Mama rzucała w niego talerzami. Tymi ze złotą obwódką, po babci Ninie.
Postawiłam kubek na spodku trochę za mocno – aż podskoczyliśmy oboje.
Serwis po Ninie, mojej teściowej. Dostałam go w spadku, a potem przekazałam Beacie na ślub z moim synem, Markiem, jedenaście lat temu. Pamiętam, jak w sklepie na Stradomiu wahałam się między tym, ze złotą obwódką, a zwykłym, białym. Sąsiadka z klatki, Grażyna, z którą pracowałam dwadzieścia sześć lat w archiwum sądu, powiedziała wtedy: „Bierz ten ze złotem, Haniu. To się nie znudzi". Nie znudziło się. Rozbiło się.
Marek to mój jedyny syn. Urodził się, gdy miałam dwadzieścia siedem lat, a mój mąż, Zenon, już wtedy jeździł po budowach – najpierw Śląsk, potem Niemcy, po dwa miesiące w domu, cztery za granicą. Wychowywałam Marka praktycznie sama, między zmianami w archiwum a odbieraniem go ze świetlicy. Zenon przysyłał pieniądze, wracał na Boże Narodzenie i na urlop, tak przez czternaście lat, aż w końcu dostał stałą pracę w Krakowie. Wtedy Marek miał już swoje sprawy, swoje sekrety, pierwszego papierosa wypalonego na klatce schodowej bloku przy Dietla. Zenon próbował nadrobić stracony czas, ale jak się nadrabia czternaście lat nieobecności przy gorączkach w nocy i klasówkach z matematyki? Marek nigdy mu tego wprost nie wypomniał, ale ja to widziałam. Patrzył na ojca jak na gościa, który zaraz wyjdzie.
Zenon zmarł siedem lat temu. Nowotwór trzustki, cztery miesiące od diagnozy do końca. Marek płakał na pogrzebie na Cmentarzu Rakowickim, ale do dziś nie wiem, czy opłakiwał ojca, którego miał, czy tego, którego nie miał. Nigdy go nie zapytałam. Może trzeba było.
– Kuba, a jak ty się tu w ogóle dostałeś? – spytałam, bo dopiero teraz dotarło do mnie, że jest druga w nocy, a chłopak ma piętnaście lat.
– Autobusem do centrum, potem piechotą przez most. Z dziesięć kilometrów, chyba.
– Sam? Nocą?
Wzruszył ramionami. Piętnaście lat. Dziesięć kilometrów po ciemku, przez most na Wiśle, bo w domu latają talerze po babci.
Telefon na kredensie znowu zawibrował. Na wyświetlaczu: „Beata". Siódmy raz od świtu. Nie odebrałam.
Kuba spojrzał na mnie z taką ulgą, że coś mnie ścisnęło pod żebrami.
– Babciu, ja tam nie wracam.
Nie obiecałam niczego więcej. Sześćdziesiąt siedem lat życia nauczyło mnie, że obietnice składane w piątek rano nad jajecznicą rzadko dożywają niedzieli. Kuba poszedł spać do pokoju, który kiedyś należał do Marka – wciąż wisi tam stary plakat zespołu, którego nazwy już nie pamiętam, i model żaglówki sklejony trochę krzywo, bo Marek nigdy nie miał do tego cierpliwości. Zaniosłam mu czystą pościel w szaro-białą kratkę. Zasnął w ciągu paru minut. Stałam nad nim i patrzyłam na jego twarz, tak podobną do twarzy Zenona, że coś mnie na chwilę zabolało w środku.
Dopiero wtedy oddzwoniłam do Beaty.
– Oddaj mi syna, Haniu! – krzyknęła tak, że odsunęłam telefon od ucha.
– Beata, on śpi. Jest bezpieczny.
– Nie miałaś prawa go zatrzymywać!
– Sam przyszedł.
– Bo Marek mu wmówił, że to ja jestem wszystkiemu winna! Twój syn jest kłamcą i manipulantem, a teraz wciąga w to dziecko!
Milczałam. Znałam Beatę od dwunastu lat, jeszcze zanim wyszła za Marka. Pamiętałam ją jako cichą dziewczynę z aptekonu przy Kalwaryjskiej, która na pierwszym obiedzie u mnie zjadła trzy talerze bigosu i powiedziała: „Pani Haniu, nikt tak nie robi bigosu jak pani". Lubiłam ją. Może nawet kochałam jak córkę, której nigdy nie miałam. Ale teraz w słuchawce był ktoś obcy – ktoś, kogo strach zamienił we wściekłość.
– Beata, co się właściwie stało?
Cisza trwała chwilę za długo.
– On sprzedał warsztat – powiedziała w końcu głucho. – Nasz warsztat, Haniu. Ten przy Wielickiej. Piętnaście lat pracy. Przepisał go na jakiegoś wspólnika, bez mojej wiedzy, bez podpisu, nic. Dowiedziałam się od księgowej, przypadkiem, bo dzwoniła w sprawie faktury.
Usiadłam przy stole, tam gdzie jeszcze stał talerz z resztkami jajecznicy.
– To niemożliwe, Beata. Warsztat jest na was oboje.
– Był. Sprawdziłam księgę wieczystą wczoraj wieczorem, w internecie, zanim jeszcze rzuciłam tymi talerzami. Marek przepisał swoją część na Rysia – wiesz, tego od lakierowania – dwa miesiące temu. Pieniądze poszły na jakieś konto, którego nie znam. A ja od trzech lat pracowałam tam za darmo, żeby ogarniać papiery, bo mówił, że nas na księgową nie stać.
Nie odzywałam się. Za oknem Struna szczekała już na drugi samochód dostawczy.
– I co teraz? – zapytałam w końcu.
– Nie wiem. Wiem tylko, że nie mam pojęcia, z czego mam utrzymać Kubę, jeśli on zniknie z tym kontem gdzieś do Niemiec, tak jak jego ojciec kiedyś.
Ostatnie zdanie ukłuło mnie bardziej, niż powinno.
Rano zadzwoniłam do Marka. Odebrał po trzecim sygnale, głosem, w którym nie było ani grama skruchy.
– Mamo, nie wtrącaj się. To moja firma, mój warsztat, ja go zbudowałem.
– Zbudowaliście go razem, Marek. Beata robiła papiery, zamawiała części, siedziała na kasie, kiedy ty jeździłeś po klientów. Piętnaście lat.
– To był mój pomysł. Mój kredyt na start. Ona wyszła za mnie, kiedy warsztat już istniał.
– Wyszła za ciebie, kiedy warsztat był długiem w banku i dwoma podnośnikami z drugiej ręki. Pamiętam, bo to ja pożyczyłam wam wtedy dziesięć tysięcy złotych na pierwszą ratę leasingu.
Milczał. Dobrze pamiętałam tę sumę, bo to były wszystkie moje oszczędności po sprzedaży działki po Zenonie w Skawinie.
– To były moje pieniądze, mamo. Oddałem ci je.
– Owszem. Ale ja mówię o tym, kto siedział przy tym warsztacie piętnaście lat, a nie kto komu ile oddał.
Odłożył słuchawkę.
Kuba został u mnie trzy tygodnie. Chodził do szkoły z Nowej Huty tramwajem, wracał, odrabiał lekcje przy tym samym stole, przy którym kiedyś jego ojciec. W drugim tygodniu Beata przyszła sama, bez zapowiedzi, z teczką w ręku. Usiadłyśmy w kuchni, ona i ja, a Kuba w swoim pokoju udawał, że nie słucha przez uchylone drzwi.
– Znalazłam prawnika – powiedziała, kładąc teczkę na stole. – Sprawę o unieważnienie tej umowy sprzedaży udziałów. Rysiek nie wiedział, że nie miał prawa jej podpisywać beze mnie, bo warsztat był wspólnotą majątkową. Prawniczka mówi, że mam szansę.
– Ile to potrwa?
– Miesiące. Ale odzyskam swoją połowę. A jeśli nie warsztat, to jego wartość. Sto dwadzieścia tysięcy złotych, tyle wyceniła rzeczoznawczyni.
Skinęłam głową, patrząc na tę teczkę – zwykłą, szarą, z gumką zamiast zamka, w jakich trzyma się dokumenty w każdym urzędzie w tym kraju.
– A Marek?
– Marek dostał wezwanie od mojej prawniczki w środę. Dzwonił do mnie w czwartek, wściekły. Powiedziałam mu, że jeśli chce syna widywać w każdy drugi weekend, to niech się przygotuje na alimenty liczone od realnego dochodu z warsztatu, a nie od tego, co wpisuje w PIT.
Nie zapytałam więcej. Beata wstała, zapukała do pokoju Kuby i weszła sama, zamykając za sobą drzwi. Siedziałam w kuchni jeszcze pół godziny, słuchając przez ścianę cichych głosów, nie słów.
Wieczorem, kiedy już wyszli razem, Kuba zatrzymał się w progu.
– Będę teraz mieszkał z mamą w Wieliczce. Ale przyjadę w weekendy, babciu. Zrobisz jajecznicę?
– Zrobię.
Zamknęłam za nimi drzwi, umyłam dwa talerze po kolacji i postawiłam je na suszarce, jeden przy drugim.
