Ostatnia wycieczka Kuby nad Morskie Oko

Dziś rano zapakowałam do bagażnika koc w szkocką kratę, ten sam, na którym Kuba spał przez ostatnie trzynaście lat, odkąd Wojtek przywiózł go z zaprzyjaźnionej owczarni pod Zakopanem. Jest wtorek, druga połowa września, w Krakowie już pachnie dymem z kominków na Zwierzyńcu, a ja siedzę na podłodze w przedpokoju i próbuję zawiązać mu smycz drżącymi palcami.

Rozmawiałam z nim po cichu, tym głosem, którym mówi się tylko do kogoś, kogo się naprawdę kocha. Powiedziałam, że mama go kocha. Bardzo. Od zawsze. I na zawsze. Że może już odpocząć, że nie musi dłużej walczyć w ciele, które jest zmęczone i słabe. Ciele, które od dawna nie daje mu tego życia, na jakie zasługuje.

Tę decyzję podjęłam tydzień temu, w nocy z czwartku na piątek, kiedy skowyczał od jedenastej do prawie czwartej rano. Szukał wygodnej pozycji na twardej biodrze, przekładał się z boku na bok na starym dywanie w kuchni, a ja siedziałam obok w szlafroku, z kubkiem wystygłej herbaty, i nie mogłam nic zrobić poza głaskaniem go po grzbiecie. Weterynarz w przychodni na Wielickiej powiedział wprost: dysplazja stawów w tym stadium, guz na śledzionie, tabletki przeciwbólowe już prawie nie działają. Zostały dni, może dwa tygodnie.

Więc wczoraj postanowiliśmy sobie podarować jeszcze jedną przygodę. Ostatnią wspólną podróż, jak za dawnych czasów, kiedy Kuba był jeszcze szczeniakiem i wyskakiwał z auta, zanim zdążyłam otworzyć bagażnik do końca. Pojechaliśmy nad Morskie Oko. Miejsce, gdzie cisza zdaje się otulać wszystko dookoła, gdzie góry pocieszają bez jednego słowa. Zaparkowałam przy Palenicy Białczańskiej, zapłaciłam dwadzieścia złotych za bilet wjazdowy dorożkarzom, których w tym roku prawie nie było, bo sezon się kończył, i poszliśmy pieszo, powoli, tak jak on teraz potrafi.

Szliśmy między świerkami, oddychaliśmy tym rzadkim, zimnym powietrzem, a z każdym krokiem czułam mocniej tę niewidzialną nić, która zawsze nas łączyła. Kuba przystawał co kilkanaście metrów, wąchał kamienie, patrzył w stronę wody, jakby chciał to wszystko zapamiętać na zapas. Przy samym jeziorze usiadł na kamieniu, oparł łeb o moje kolano, a ja wyjęłam z plecaka kanapkę z szynką, którą kupiłam rano w sklepie na rogu, i podzieliłam się z nim po połowie, tak jak zawsze, kiedy nikt nie patrzył.

Kuba zawsze uwielbiał jeździć samochodem. Tym razem też się nie zmienił. Droga powrotna do Krakowa zajęła nam prawie trzy godziny, bo utknęliśmy w korku pod Nowym Targiem, ale on spał cały czas na tylnym siedzeniu, na swoim ulubionym miejscu, w swoim świecie, z łapą przewieszoną przez brzeg fotela.

Dziś moje serce znowu się rozpadnie na kawałki. Ale nie będę tego żałować. Bo przeżyliśmy wszystko, co mogliśmy przeżyć. Aż do ostatniego spojrzenia. Aż do ostatniego dotyku. Aż do ostatniego oddechu miłości.

Gabinet weterynaryjny przy Wielickiej otworzył dla nas drzwi o piętnastej, poza kolejką, bo doktor Malinowska umówiła się ze mną wcześniej. Wojtek przyjechał prosto z pracy, jeszcze w kurtce firmowej, i usiadł po drugiej stronie stołu zabiegowego. Trzymaliśmy Kubę razem, każde z jednej strony, a on położył łeb na moim przedramieniu, tak jak robił to co wieczór przez trzynaście lat, kiedy oglądaliśmy razem wiadomości.

Doktor Malinowska zapytała, czy jesteśmy gotowi. Nie byliśmy. Ale skinęłam, bo to nie miało być o mnie. Zastrzyk zadziałał szybko, spokojnie, bez cierpienia, dokładnie tak, jak obiecała. Kuba westchnął, jakby w końcu znalazł tę pozycję, której szukał całą tamtą noc, i po prostu przestał oddychać.

Zabrałam go do domu jeszcze tego samego wieczoru, w tym samym kocu w kratę. Wojtek wykopał dołek pod starą jabłonią na działce w Mogilanach, tam gdzie Kuba zakopywał kości i gonił za piłką przez wszystkie lata. Położyliśmy przy nim jego ulubioną gumową piłkę i obrożę z blaszką, na której wciąż widnieje nasz numer telefonu.

Może właśnie na tym polega najgłębsza miłość: zostać przy kimś, kogo się kocha, aż do samego końca. Nawet gdy jedyną formą ochrony, jaka nam pozostała, jest otworzenie dłoni i pozwolenie mu odejść w spokoju.

Dobrej podróży, Kuba. Byłeś kochany każdego dnia swojego życia.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: