Drzwi apartamentu otworzyły się, zanim Karolina zdążyła poprawić pasek teczki na ramieniu.
— Usiądź, napijemy się czegoś — powiedział Waldemar Sokół, stojąc w hotelowym szlafroku, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Za nim, na niskim stoliku, stała otwarta butelka wina i dwa kieliszki, ustawione tak blisko siebie, że dotykały się brzegami.
Karolina nie usiadła. Trzymała teczkę ze zdjęciami i egzemplarzem scenariusza, który przeczytała dwa razy w taksówce, podkreślając ołówkiem kwestie do pierwszej scyny. W recepcji, kiedy szła na górę, czuła zapach mokrych płaszczy i choinkowej żywicy z dekoracji — połowa listopada, sezon na pierwsze świąteczne gałązki w wazonach.
— Rozumiem, że nie będzie rozmowy o roli — powiedziała.
Sokół uśmiechnął się, jakby usłyszał żart.
— Będzie, będzie. Tylko najpierw usiądź.
Zamknęła teczkę mocniej, poczuła krawędź kartonu wpijającą się w opuszki palców, i odwróciła się do drzwi. Zjeżdżała siedem pięter po schodach, trzymając się poręczy tak, że knykcie zbielały — nie chciała czekać na windę, która mogła zatrzymać się na jego piętrze.
Rola do serialu poszła do innej aktorki. Rok później reżyser Bartosz Niemiec, kręcąc duży serial kostiumowy koprodukowany z firmą Sokoła, siedział w studiu nagrań podcastu branżowego portalu i mówił do mikrofonu, jakby się zwierzał:
— Dostałem sygnał, żeby nie brać jej pod uwagę. Ktoś z ekipy produkcyjnej powiedział, że to „aktorka, z którą są problemy". Uwierzyłem.
Wykreślił jej nazwisko z listy przed pierwszym czytaniem scenariusza. Serial dostał później trzy nagrody branżowe i kontrakt na kolejne dwa sezony. Nikt nie policzy, ile jeszcze takich rozmów odbyło się bez wiedzy Karoliny.
Kariera nie stanęła, ale zwolniła. Zamiast głównych ról przychodziły propozycje odcinków gościnnych. Zamiast okładek — wzmianki na trzeciej stronie.
W 2012 roku, po serii nieudanych castingów i rozstaniu z długoletnim partnerem, Karolina zapisała się na sześciotygodniowy program terapeutyczny w ośrodku pod Zakopanem. Codziennie rano nalewała sobie kompot z suszonych śliwek z tego samego dzbanka, który stał na stole od pierwszego dnia — nikt go nigdy nie zmieniał, jakby to był jedyny stały punkt w całym miejscu. Trzymała szklankę obiema rękami, żeby poczuć ciepło przez szkło, i patrzyła przez okno na mgłę osiadającą na świerkach.
Wtedy zdecydowała się wrócić na studia. Skończyła zaocznie prawo na Uniwersytecie Warszawskim, a potem — mając już trzydzieści dziewięć lat — dostała się na podyplomowe studia z zarządzania kulturą na Uniwersytecie Jagiellońskim. Siedziała w salach wykładowych obok studentów, którzy nie wiedzieli, kim jest, i to jej akurat odpowiadało.
W 2019 roku zadzwoniła do niej dziennikarka śledcza z jednego z dużych tygodników. Zbierała materiał o wieloletnich zarzutach wobec Waldemara Sokoła — kilkanaście kobiet z branży filmowej i reklamowej opisywało podobny schemat: hotelowe spotkania, propozycje pozamerytoryczne, potem ciche wykreślanie z projektów.
— Będzie pani nazwisko, będzie zdjęcie. Chce pani to przemyśleć? — zapytała dziennikarka.
— Nie muszę — odpowiedziała Karolina. — Już myślałam o tym siedem lat.
Po publikacji zgłosiły się kolejne kobiety — najpierw cztery, potem jedenaście, w końcu ponad dwadzieścia. Sprawa trafiła do prokuratury. Sokół stracił kontrakt z platformą streamingową. Rok później Karolina złożyła przeciwko niemu pozew cywilny o naruszenie dóbr osobistych i odszkodowanie za utracone korzyści zawodowe.
Na salę sądową w Warszawie przychodziła w tej samej granatowej marynarce co pierwszego dnia procesu. Siedziała w drugim rzędzie, z rękami złożonymi na kolanach, i słuchała, jak biegły sądowy odczytuje wyliczenia utraconych gaży z trzech projektów, do których nie została dopuszczona.
We wtorek w kwietniu 2021 roku sąd okręgowy zasądził na jej rzecz sto dwadzieścia tysięcy złotych odszkodowania. Kiedy sędzia wypowiedział sumę, Karolina nie poruszyła się na krześle — dopiero na korytarzu, sama, wyjęła telefon i wybrała numer.
— To ja. Możemy się spotkać jutro rano? Chcę podpisać ten akt założycielski.
Nie zadzwoniła do agenta. Nie zadzwoniła do dziennikarzy czekających pod budynkiem sądu. Notariusz na drugim końcu linii powiedział, że dziewiąta rano mu odpowiada, i że przygotuje dokumenty fundacji, którą Karolina planowała od miesięcy — fundacji finansującej bezpłatną pomoc prawną dla kobiet z branży kulturalnej, zgłaszających podobne przypadki.
Zasądzone odszkodowanie przelała na konto fundacji tego samego tygodnia. Potwierdzenie przelewu bankowego wydrukowała i wpięła do teczki, obok kopii wyroku — tej samej teczki, w której dziewięć lat wcześniej nosiła scenariusz do apartamentu przy placu Trzech Krzyży.
Waldemar Sokół dowiedział się o przelewie z artykułu w tym samym tygodniku, który osiemnaście miesięcy wcześniej opublikował pierwszy materiał. Zadzwonił do swojego prawnika tego samego dnia.
— Da się to jeszcze jakoś zaskarżyć?
— Termin na apelację minął — odpowiedział prawnik.
