Kazimierz Drozdowski budził się o szóstej dziesięć. Bez budzika, bez wyjątków — organizm sam znał godzinę, odkąd pamiętał. Śniadanie o siódmej: dwie kromki, ser żółty, herbata bez cukru. O ósmej wychodził na spacer — dokładnie trzydzieści pięć minut, ta sama trasa wzdłuż Wisły, aż do mostu i z powrotem. Potem gazeta, obiad, drzemka do trzeciej. Wszystko według zegara wiszącego w kuchni na Żoliborzu, w mieszkaniu, w którym mieszkał od czterdziestu lat.
Kiedy zmarła Barbara, ten rozkład stał się jeszcze bardziej sztywny. Nie z rozpaczy — a właściwie nie tylko z rozpaczy. Zrozumiał coś prostego: dopóki istnieje plan dnia, on wciąż tu jest. Rytm trzymał go w pionie tam, gdzie nic innego już nie trzymało.
Wnuczka Nadia przyjechała w czerwcu. Opalona, głośna, z plecakiem na jednym ramieniu i dużą torbą transportową na drugim. Z torby dobiegało chrapliwe sapanie.
— Dziadku — powiedziała od progu — to jest Kiełbaska. Jest bardzo grzeczna.
Kazimierz popatrzył na torbę. Potem na Nadię.
— A cóż to takiego?
— Jamnik. Piesek, dziadku. Malutki.
— Widzę, że to nie osioł. Po co to przywiozłaś?
— No bo nie miałam gdzie jej zostawić na te dwa miesiące…
— Na balkon — uciął. — Niech mieszka na balkonie. Koniec dyskusji.
Nadia otworzyła usta, jakby chciała się kłócić. Zawahała się.
— No dobra. Na razie na balkonie. Na razie.
Nikt nie zwrócił uwagi na to słówko „na razie". Błąd.
Kiełbaska okazała się podłużna, rudawa, z miną, jakby wiedziała wszystko o wszystkich. Obwąchała przedpokój metodycznie, potem przeszła do salonu, powąchała dywan, fotel, kąt przy kaloryferze — tam, gdzie kiedyś stała maszyna do szycia Barbary, a teraz stał tylko pusty gzyms. Kazimierz szedł za nią i patrzył.
Kiełbaska stanęła na środku pokoju. Spojrzała na niego — bez lęku, raczej z zaciekawieniem. I usiadła.
— Na balkon — powtórzył twardo.
Nie ruszyła się.
— Powiedziałem: na balkon.
Kiełbaska ziewnęła. Szeroko, z przyjemnością. Zrobił krok w jej stronę. Nie uciekła — po prostu wstała i spokojnie wsunęła się pod fotel.
Stał na środku własnego salonu i patrzył na fotel. Czterdzieści dwa lata pracy w dyrekcji zakładów — wydawał polecenia ludziom. I zawsze działało.
Z czasem Kiełbaska przestała mu przeszkadzać. Po prostu stała się częścią przestrzeni mieszkania. I obserwowała go. Zawsze. Siadała obok, przekrzywiała łeb w bok, jakby słuchała. Pewnego razu czytał o podwyżce czynszu za wodę i powiedział głośno, sam do siebie:
— Skandal, po prostu skandal.
Kiełbaska szczeknęła krótko. Raz.
Spojrzał na nią znad gazety.
— Zgadzasz się?
Patrzyła na niego.
— No właśnie — powiedział. — Skandal, i tyle.
To była ich pierwsza rozmowa.
Tydzień później pojechał do sklepu zoologicznego przy Placu Wilsona. Wziął tańszą karmę, tę samą, którą przywiozła Nadia. Wrzucił do koszyka. Potem zerknął na sąsiednią półkę. Była tam inna, droższa — na opakowaniu napisane: „dla psów aktywnych ras małych, z jagnięciną". Podniósł, odłożył, znów podniósł.
Ona przecież faktycznie jest ruchliwa. Cały dzień lata po korytarzu.
Kupił droższą. Sypnął do miski. Kiełbaska podeszła, powąchała i zabrała się do jedzenia od razu — bez swoich zwykłych podejrzliwych manewrów. Patrzył na nią i czuł coś dziwnego. Nie dumę. Nie radość. Coś prostszego — po prostu dobrze, że je.
W środę na spacerze zatrzymał go sąsiad, pan Wiesław — osiemdziesiąt trzy lata, zawsze z laską i zawsze gadatliwy.
— Kazimierzu! Już z psem?
— Wnuczki — odpowiedział jak zwykle.
— Ładny piesek. Jamnik?
— Jamnik.
— Moja Henryka, świeć Panie nad jej duszą, uwielbiała jamniki — powiedział Wiesław, siadając na ławce. — Mówiła, że są mądrzejsze od ludzi. Czasami.
Kazimierz milczał. Patrzył na Kiełbaskę — znalazła coś ciekawego pod krzakiem bzu i metodycznie to badała.
— Zostawiasz ją sobie? — spytał Wiesław.
— Nie. Wnuczka zabiera ją w piątek.
— Będzie ci brakowało, na pewno.
— Niczego mi nie będzie brakowało — powiedział Kazimierz. — W domu będzie porządek.
Powiedział to twardo. Ale coś w tych słowach nie grało. Poczuł to sam. Kiełbaska podbiegła, wsadziła pysk w jego but. Ręka opuściła się machinalnie — podrapał ją za uchem. Przymknęła oczy.
Będzie porządek. Cisza. Czysty dywan. Spacer trzydzieści pięć minut, jedna trasa. Wszystko jak dawniej.
Nagle bardzo wyraźnie wyobraził sobie to „jak dawniej". Mieszkanie o siódmej rano — bezruch, żaden dźwięk. Śniadanie w pojedynkę. Gazeta, którą nie ma z kim omówić. Popołudnie, w którym nie ma powodu wychodzić na dwór. Trzy lata tak przeżył. I to nazywał porządkiem. Ale teraz ten obraz nie przypominał porządku. Przypominał pustkę.
W czwartek wieczorem Nadia pakowała plecak. Kiełbaska siedziała obok i obserwowała przygotowania z wyraźnym niepokojem, obwąchując rzeczy rozłożone na łóżku. Kazimierz stał w progu i patrzył.
— Zostaw zwierzaka — powiedział. — Ja się nią zajmę.
Cisza. Nadia uśmiechnęła się powoli. Tak się uśmiechamy, gdy coś wraca na swoje miejsce.
— Dobra, dziadku. Zostawiam.
Kiełbaska szczeknęła. Krótko. Jakby stawiała kropkę.
Nadia wyjechała w piątek. Kazimierz sam zniósł jej torbę do taksówki, nie dał jej nieść. Wnuczka objęła go mocno przy bramie.
— Dzwoń — powiedział.
— Będę dzwonić. Ty też.
— Ja bez powodu nie dzwonię.
— Dziadku. Dzwoń.
Taksówka odjechała. Stał chwilę na chodniku. Wszedł na górę. W przedpokoju czekała Kiełbaska. Zdjął buty. Powiesił marynarkę.
— Teraz będziemy we dwoje — powiedział.
Kiełbaska szczeknęła.
— No to dobrze.
Porządek pozostał. Wstawanie o szóstej dziesięć, śniadanie o siódmej. Trzy spacery dziennie — to też stało się porządkiem, tylko nowym. Gazeta na podłodze w rogu salonu — rzecz oczywista. Rano, przy śniadaniu, czytał na głos. Sytuacja na świecie, wiadomości z dzielnicy, czasem prognoza pogody. Kiełbaska siadała obok i słuchała — poważna, z łbem przekrzywionym lekko w prawo.
Wieczorami wskakiwała mu na nogi. Gasił lampę. Oddychała miarowo. Leżał i słuchał tego oddechu. Cisza. Ale nie pustka. To była ogromna różnica.
Minęły dwa miesiące. We wrześniu Nadia zadzwoniła, że przyjedzie w sobotę zabrać Kiełbaskę na dobre — wynajęła wreszcie mieszkanie, w którym wolno trzymać zwierzęta. Kazimierz odłożył słuchawkę i długo stał przy oknie kuchennym. Potem otworzył szufladę w komodzie, tę, w której trzymał dokumenty. Wyjął książeczkę zdrowia psa, którą sam zawiózł do weterynarza na Bielanach na szczepienie, wyjął rachunek za droższą karmę, wyjął kartkę, na której zapisywał sobie godziny karmienia — pismem urzędnika przyzwyczajonego do porządku w papierach.
Gdy Nadia przyjechała w sobotę po południu, zastała dziadka siedzącego przy stole z tymi papierami rozłożonymi równo, jeden obok drugiego.
— Dziadku, co to?
— Siadaj — powiedział. — Porozmawiamy jak dorośli ludzie.
Usiadła. Kiełbaska wskoczyła jej na kolana, ale po chwili zeskoczyła i wróciła pod fotel Kazimierza.
— Widzisz? — powiedział cicho. — Ona już wie, gdzie jest jej miejsce.
— Dziadku, ja rozumiem, ale to mój pies, ja go przywiozłam…
— Przywiozłaś na balkon, na dwa miesiące. Minęły trzy. Ona zna mój rozkład dnia lepiej niż ty znasz swój. Nie chcę, żebyś myślała, że ci go zabieram. Chcę tylko powiedzieć, jak to widzę.
Wyjął z koperty leżącej pod papierami dwa tysiące pięćset złotych — odłożone z emerytury przez ostatnie miesiące, nietknięte.
— To na twoje mieszkanie, na kaucję, na cokolwiek. A Kiełbaska zostaje tutaj. Będziesz przyjeżdżać, kiedy chcesz, mieszkanie zawsze dla ciebie otwarte. Ale ona zostaje ze mną.
Nadia patrzyła na kopertę, potem na psa, który już wracał pod fotel dziadka i kładł się tam, wtulony w jego stopę.
— Ona rzeczywiście cię wybrała — powiedziała w końcu.
— Nie ja ją wybrałem. Ona mnie.
Kiełbaska ziewnęła szeroko i zamknęła oczy. Za oknem, na Żoliborzu, ktoś wywieszał pranie na sznurze między balkonami, a z dołu dobiegał zapach świeżo upieczonych obwarzanków z kiosku na rogu. Kazimierz sięgnął po gazetę leżącą na krześle i zaczął czytać na głos — jak zwykle, sytuacja na świecie, wiadomości z dzielnicy. Kiełbaska uniosła łeb i słuchała.
