W maju, w Krakowie, w podgórskiej kamienicy pachniało bzem i mokrym asfaltem. Pachniało bardziej niż zwykle, bo sąsiedzi z dołu trzymali otwarte drzwi do ogródka. I tym bzem, i swoim własnym, piekielnie denerwującym szczęściem.
Aneta postawiła na stole blachę z karkówką zapiekaną pod serem i borowikami. Przy tym gorącym mięsie nawet domowy kompot z wiśni wydawał się zbyt skromny.
Naprzeciw niej siedział mąż Paweł, obok niego jego matka Krystyna, a przy rogu stołu siostra Joanna. Cała rodzina w komplecie. Widać było, że nie przyszli na kolację. Przyszli po decyzję.
Paweł przełożył sobie największy kawał, odsunął talerz z ziemniakami i powiedział tak, jakby ogłaszał wyniki przetargu:
— Aneta, przecież ci mówiłem. Mama musi pojechać do sanatorium w Krynicy. Turnus z masażem i kąpielami. Ty jej to w poniedziałek zalatwisz, co?
Aneta oparła oba łokcie na ceracie. W tle szczekał pies sąsiadów, stary jamnik, któremu zdarzało się wyć o tej porze do tramwaju.
— Jakie „to”, Paweł? — zapytała.
— No twoja premia. Roczne rozliczenie z firmy. Przecież mówiłaś, że przyjdzie w środę.
Joanna pociągnęła łyk kompotu i dodała:
— Mnie też by się w końcu te okna dało wymienić. W zeszłym tygodniu zdjęłam firankę i wiało tak, że musiałam lodówkę odsunąć od ściany.
Krystyna tylko westchnęła i pomachała sobie gazetą z Biedronki. Nie musiała mówić. Syn już mówił za nią.
Aneta wstała. Podeszła do szafki, wyciągnęła ładowarkę, podpięła telefon do kontaktu. Nie spieszyła się. Wiedziała, że Paweł od awansu na kierownika logistyki zaczął się zachowywać jak facet, który rozdziela cudze pieniądze, bo na własne mu szkoda.
— Paweł, naprawdę ci obcięli premię? — zapytała, dalej stojąc przy kuchni.
— No mówiłem ci. Kryzys, cięcia. Dostanę dopiero po wakacjach.
Aneta usiadła z powrotem. Otworzyła aplikację banku. Nie po to, żeby przelewać. Przewinęła ekran, położyła telefon na stole.
— A to czemu u was w firmie na stronie wewnętrznej wisi tabelka z premią za maj? Ciebie wpisali przy kwocie czterdzieści dwa tysiące trzysta złotych.
Paweł przeżuł zbyt duży kęs mięsa. Szyja mu się napięła.
— Skąd ty to masz?
— Od Ewy z kadr. Pijemy razem kawę przy ekspresie. Ty byś tam nie wszedł, bo ty kawę pijesz tylko z automatu obok biura.
Krystyna położyła gazetę. Joanna odsunęła talerz.
— Anetka, co ty wygadujesz — zaczęła Joanna. — To pewnie jakaś stara tabelka. Paweł by nas nie okłamał.
— Z tego miesiąca, Joasiu. Data w rogu, dwudziesty drugi maja, czternasta dwadzieścia.
Paweł nie odłożył widelca. Trzymał go w garści jak mały, tani medalista.
— No dobra, dostałem. Ale to nie znaczy, że mam wszystko oddać. To moja nagroda za pół roku pracy. Twoja premia jest nasza. Rodzinna.
Aneta pokiwała głową. Tak jakby rozważała sens tego zdania.
Potem wzięła telefon. Otworzyła PKO BP. Trzy szybkie przelewy, potem jeden, ale ten jeden trwał dłużej — wpisała odbiorcę, kwotę, tytuł.
— Co ty robisz? — zapytała Krystyna, bo Paweł zamilkł.
— Swoją premię, trzydzieści osiem tysięcy dziewięćset. Przelana. Na fundację, która opłaca turnusy dla dzieci po domach dziecka.
Joanna poderwała się z krzesła.
— Oszalałaś? To były nasze okna!
— Twoje okna są w twoim mieszkaniu, Joasiu. Twój brat ma na koncie czterdzieści dwa tysiące. To jego matka i jego siostra. Niech płaci.
Paweł wstał. Uderzył pięścią w stół. Talerz podskoczył raz. Kompot chlupnął na ceratę.
— To nie jest tylko moja sprawa! Jesteśmy małżeństwem!
Aneta podeszła do regału. Wyciągnęła z dolnej szuflady czerwoną teczkę. Rzuciła ją na stół obok blachy z karkówką.
— Małżeństwem, Paweł. Ale nie wspólnotą portfela. Podpisywałeś intercyzę. Wszystko, co zarabiam osobno, jest moje. To mieszkanie też jest tylko moje. Akt notarialny na Anetę Wiśniewską, panieńskie nazwisko.
On sięgnął po teczkę. Rozpiął. Przewrócił dwie strony, potem odsunął od siebie.
— To nie fair.
— Fair? Ty chciałeś zabrać mi całą premię i dać ją swojej mamie i siostrze, a własną zatrzymać na nowy rower i wypad z kolegami w Bieszczady. Nie mów mi o fair.
Krystyna przesuwała palcem po brzegu szklanki. Częściej, szybciej, jakby próbowała zetrzeć z niej starą, zaschniętą plamę.
— To może chociaż… część? — zapytała.
— Nie. Całą przelałam. Na dzieci, którym nikt nie mówi, że ich ferie to strata pieniędzy.
Joanna wyszła z kuchni. W przedpokoju uderzyła ramieniem w wieszak. Kurtka spadła, ale jej nie podniosła. Paweł wyszedł za nią. Krystyna wstała bardzo wolno, opierając się o krzesło.
Aneta zamknęła teczkę. Schowała ją z powrotem do regału.
W tle znów szczekał jamnik, tym razem na tramwaj linii sześć.
Następnego dnia rano Aneta zadzwoniła do ślusarza. Kosztował sto osiemdziesiąt złotych. Założył nowy zamek w drzwiach od korytarza. Tego samego popołudnia Paweł dzwonił cztery razy. Za czwartym razem Aneta odebrała.
— Nie mogę wejść. Klucz nie pasuje.
— Bo zmieniłam zamek. Ta czerwona teczka zostaje u mnie. Możesz się wprowadzić do Joanny. Skoro tak dużo dla niej chciałeś, to teraz masz okazję.
— Gdzie moje rzeczy?
— Dwie kartony przed drzwiami. Buty i rzeczy z szafy. Resztę wyślę pocztą.
Przez dłuższy czas słyszała tylko jego oddech. Potem, gdzieś w tle, Krystynę:
— Paweł, no powiedz jej, że to śmieszne. Przecież ona tak nie myśli.
Aneta oparła się o futrynę. Wolną ręką odgięła róg naklejki ze ślusarza, którą przyklejono na framudze.
— Myślę, Paweł. I właśnie dlatego nie płacę już za wasze plany. Masz własną premię. Zapłać za sanatorium, zapłać za okna. A jak nie chcesz, to jedź w te Bieszczady. Swoje.
Zakończyła rozmowę. Potem weszła do kuchni, odkręciła kran i po raz pierwszy od trzech miesięcy nie umyła cudzych naczyń od razu. Zostawiła kubek po kawie na suszarce. Niech się sam sobą zajmie.
