Klinika przy Brzozowej

Pracuję jako pielęgniarka środowiskowa w Krakowie od jedenastu lat i większość wizyt zapominam, jeszcze zanim dojadę do następnego adresu. Tę pamiętam, bo tamtego dnia po raz drugi w karierze ktoś się rozpłakał na progu, a to nie była pacjentka.

Jeździłam wtedy do pana Ryszarda, starszego mężczyzny po zawale, mieszkał sam na Podgórzu, w bloku przy Brzozowej. Miałam u niego zmieniać opatrunek co drugi dzień, więc znałam korytarz, znałam sąsiadów, znałam nawet psa spod trójki, który zawsze szczekał na windę. Tamtego wtorku, jakoś koło siedemnastej, wjeżdżam na czwarte piętro i widzę, że drzwi do mieszkania obok są otwarte na oścież, a w progu stoi mężczyzna po sześćdziesiątce, w garniturze, jakby prosto z pociągu, z walizką na kółkach.

Nie wchodził. Stał, jakby ktoś go przybił gwoździem do wycieraczki.

Zapukałam do pana Ryszarda, załatwiłam swoje, a kiedy wychodziłam z powrotem na klatkę, tamten mężczyzna dalej tam stał, tyle że teraz drzwi przytrzymywała kobieta, może trzydzieści parę lat, w fartuchu do pieczenia, z mąką na przedramieniu. Usłyszałam tylko urwane zdanie, coś w stylu: „to niemożliwe, ty nie mogłaś tego wszystkiego sama…”, i zamilkł.

Nie moja sprawa, pomyślałam, i już miałam iść do windy, ale zza kobiety wyszedł mężczyzna, młodszy, w dresie, boso, z dzieckiem na biodrze, może roczne, może półtoraroczne, i powiedział spokojnie: „Panie Zenonie, niech pan wejdzie, ostygnie kolacja”.

Zenon. Zapamiętałam imię, bo tak samo miał na imię mój teść, świeć Panie nad jego duszą.

Winda akurat przyjechała, ale coś mnie zatrzymało przy poręczy, udawałam, że szukam czegoś w torbie. Kobieta powiedziała mu, że to mieszkanie kupili trzy lata temu, po tym jak sprzedali kawalerkę na Ruczaju i dołożyli to, co odłożyła z nadgodzin w przychodni, gdzie pracuje jako rejestratorka, bo pielęgniarką zostać nie mogła, wypadła z uczelni w drugim roku. Powiedziała to bez żalu, jak fakt, jak datę urodzenia.

Zenon wszedł w końcu do przedpokoju, ale nie zdjął butów. Stał na wycieraczce z napisem „welcome”, wytartym w połowie, i patrzył na regał w salonie, bo drzwi były szeroko otwarte i wszystko było widać: dyplom w ramce, nie wiem czyj, jakieś certyfikaty, zdjęcie ślubne, a obok, na osobnej półce, mała statuetka anioła, taka, jaką dostaje się czasem od pacjentów rodziny na Wszystkich Świętych, kiedy ktoś odchodzi spokojnie.

Usłyszałam, jak mówi: „Myślałem, że mieszkacie w wynajętej kawalerce gdzieś pod Wieliczką. Ostatnio jak dzwoniłem, dwa lata temu, mówiłaś, że ledwo starcza na czynsz”.

Ona odpowiedziała, że wtedy faktycznie ledwo starczało, bo Marek, ten w dresie, dopiero wracał do formy po chorobie i pracował na pół etatu jako technik w warsztacie samochodowym przy Wielickiej. Że teraz ma już cały etat, a do tego bierze zlecenia po godzinach, naprawia klimatyzacje w blokach dla sąsiadów za gotówkę, i że ona same nadgodziny w przychodni odkłada od czterech lat, co do grosza, w kopercie w szufladzie, bo nie ufa bankom po tym jak jej babcia straciła oszczędności w latach dziewięćdziesiątych.

Zenon zapytał, ile to było. Nie krzyczał, pytał jak ktoś, kto liczy w głowie i nie wychodzi mu rachunek.

Powiedziała: sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych wkładu własnego, reszta kredyt na dwadzieścia dwa lata.

Wtedy Marek, ten cichy dotąd, przełożył dziecko na drugą rękę i powiedział, że jak wyzdrowiał, to sam poszedł do notariusza przy Karmelickiej i przepisał na nią połowę udziałów w warsztacie, który odziedziczył po ojcu, bo uznał, że bez niej nie miałby czego dzielić. Papiery są w segregatorze w komodzie, może panu pokazać, jak pan chce.

Zenon nie chciał papierów. Stał dalej na wycieraczce, a ja z korytarza widziałam, jak patrzy nie na regał już, tylko na dziecko, które wyciągnęło rączkę w jego stronę, bo dzieci tak mają, nie znają protokołu.

Winda w końcu odjechała beze mnie na dół, bo ktoś ją wezwał z parteru, a ja wcisnęłam guzik jeszcze raz i czekałam, udając bardziej, niż to wypadało.

Kobieta, chyba miała na imię Weronika, bo tak zawołał ją Marek, powiedziała ojcu, że nie prosi go, żeby zrozumiał, dlaczego wtedy odeszła z uczelni. Prosi tylko, żeby przestał liczyć, ile straciła, bo ona to policzyła już dawno, co do złotówki, i wyszło jej, że nie jest mu nic winna.

Wtedy sięgnęła za siebie, do komody przy drzwiach, wzięła stamtąd telefon, otworzyła aplikację bankową i pokazała mu ekran, nie wiem co dokładnie, bo stałam za daleko, ale widziałam, jak mężczyzna patrzy na ekran dłużej niż potrzeba, żeby przeczytać jedną liczbę.

Powiedziała mu jeszcze, że drzwi do tego mieszkania będą dla niego otwarte w każdą niedzielę na obiad, jeśli przyjedzie bez walizki. Że z walizką, jakby po nią, po dorosłą kobietę z dzieckiem i kredytem, nie musi trudzić się drogą z Katowic.

Winda w końcu przyjechała. Wsiadłam, bo dłużej nie dało się już udawać zajętej. Ostatnie, co zobaczyłam, zanim drzwi się zamknęły, to jak Zenon stawia walizkę na wycieraczce, zdejmuje buty, i jak dziecko śmieje się na widok jego łysej głowy odbitej w lustrze przy wejściu.

Do pana Ryszarda wracałam jeszcze trzy razy tamtej wiosny. Za każdym razem w mieszkaniu obok pachniało niedzielnym obiadem, choć to nie była niedziela, i za każdym razem walizki przy drzwiach już nie było.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: