Fotel przy inkubatorze

Pracuję na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodka w szpitalu przy ulicy Kopcińskiego w Łodzi od jedenastu lat i wiem, że najciszej krzyczą ci, którzy nie mają jeszcze głosu. Nocna zmiana kończy się o siódmej, kawomat na korytarzu od miesiąca wystawia napis "awaria", a ja i tak codziennie próbuję nacisnąć guzik z cappuccino, bo przyzwyczajenie silniejsze niż rozsądek.

Pan Ryszard przychodził do nas we wtorki i piątki, zawsze po południu, zawsze w tym samym szarym swetrze z łatami na łokciach. Miał siedemdziesiąt cztery lata, emeryturę po trzydziestu ośmiu latach pracy jako elektryk w zakładach włókienniczych i żonę, która zmarła sześć lat wcześniej. Zgłosił się jako wolontariusz "przytulacz" – tak nieformalnie nazywamy ludzi, którzy biorą na ręce wcześniaki, gdy rodzice nie mogą być przy dziecku. Bo rodzice bywają w pracy, bywają chorzy, bywają setki kilometrów dalej, bo urodziło się za wcześnie i nikt się nie spodziewał.

Pierwszy raz zobaczyłam go, jak stał przy sali numer trzy i pytał ordynatorkę, czy może się przeszkolić. Miał grube, spracowane palce, takie, którymi trudno sobie wyobrazić utrzymanie czegoś ważącego niewiele ponad kilogram. Doktor Wieczorek spojrzała na niego sceptycznie, powiedziała, że musi przejść kurs, testy na nosicielstwo, szczepienia. On tylko kiwnął głową i zapytał, od kiedy może zacząć.

Zaczął od dziewczynki urodzonej w dwudziestym siódmym tygodniu, córki kobiety, która wróciła do pracy w Katowicach trzy dni po porodzie, bo firma nie dawała urlopu bezpłatnego dłuższego niż tydzień. Dziecko ważyło osiemset dwadzieścia gramów. Pan Ryszard siedział wtedy w foteliku bujanym przez dwie godziny, nieruchomo, z rączką dziewczynki owiniętą wokół swojego palca wskazującego. Zapamiętałam to, bo sama wtedy pomyślałam, że facet chyba się boi ruszyć.

Przez prawie osiem lat przychodził regularnie. Podliczyłam kiedyś w naszym rejestrze wolontariatu – ponad pięciuset dwudziestu maluchów przeszło przez jego ręce. Zanim odłożył dziecko z powrotem do inkubatora, zawsze mówił to samo, cicho, tak żeby tylko dziecko słyszało: "rośnij silny, rośnij mądry, rośnij dobry". Pielęgniarki z nocnej zmiany robiły sobie z tego żarty, że to jego mantra, ale nikt nigdy się z tego nie śmiał głośno.

Rok temu zdarzyło się coś, co zmieniło stosunek całego oddziału do pana Ryszarda – nie dlatego, że zrobił coś złego, tylko dlatego, że pokazał, jak daleko potrafi się posunąć zwykła konsekwencja. Na oddział trafił chłopiec, syn siedemnastoletniej dziewczyny z domu dziecka w Zgierzu, urodzony w dwudziestym czwartym tygodniu. Matka odwiedziła go dwa razy w ciągu pierwszych sześciu tygodni – miała problem z dojazdem, nie miała pieniędzy na bilet, kurator nie zawsze mógł ją zawieźć. Chłopiec przeleżał w inkubatorze sto jedenaście dni. Pan Ryszard przychodził do niego częściej niż do innych, czasem nawet w środy, chociaż to nie był jego dzień, bo ordynatorka pozwoliła mu na wyjątek.

Pamiętam dzień, kiedy chłopca – dostał imię Kacper – w końcu wypisywano do domu zastępczego. Ważył już trzy tysiące dwieście gramów, oddychał sam, nie potrzebował już monitorów. Pan Ryszard przyszedł tego dnia niezapowiedziany, chociaż to była środa, i poprosił, żeby mógł go potrzymać po raz ostatni przed wypisem. Siedział z nim czterdzieści minut w tym samym foteliku, w którym siedział z pierwszą dziewczynką osiem lat wcześniej – ten fotel skrzypiał od lewej strony, nikt go nigdy nie naoliwił, bo stał się już częścią rytuału.

Nie widziałam, co powiedział chłopcu na koniec, bo musiałam wyjść przygotować dokumentację wypisową, ale kiedy wróciłam, siedział z opuszczoną głową, a pielęgniarka Beata, która akurat kończyła zmianę i spieszyła się na autobus, podała mu papierową chusteczkę bez słowa.

Trzy miesiące temu pan Ryszard przestał przychodzić. Zadzwoniłam do niego po dwóch tygodniach nieobecności, bo pomyślałam, że może zachorował. Powiedział mi, że lekarz znalazł coś na płucach, że będzie musiał zrobić przerwę, może dłuższą. Zapytałam, czy mogę coś dla niego zrobić. Odpowiedział, że jedyne, o co prosi, to żeby ktoś na oddziale dopilnował, żeby fotel przy sali numer trzy nie został wymieniony na nowy – bo dzieci przyzwyczajają się do skrzypienia, mówił, to jakby wiedziały, że ktoś się kołysze.

Dwa tygodnie temu przyszła do nas kobieta, jakieś dwadzieścia sześć lat, z dokumentami adopcyjnymi w teczce – to była matka Kacpra z domu zastępczego, przyjechała pokazać nam zdjęcia chłopca, który teraz miał już siedem lat i chodził do drugiej klasy w Zgierzu. Zapytała, czy pan Ryszard nadal tu pracuje, bo chciała mu podziękować osobiście, przywiozła nawet rysunek, który zrobił dla niego Kacper – traktor i napis "dla pana Ryśka" krzywymi literami.

Zadzwoniłam do niego, zapytałam, czy może przyjechać, powiedziałam, że ktoś go szuka. Przyjechał dzień później, chudszy niż go pamiętałam, w tym samym szarym swetrze, tylko łaty na łokciach były teraz nowe, ktoś mu je przyszył starannie. Usiadł z tą kobietą w poczekalni, obok automatu z kawą, który wciąż nie działa, i słuchał, jak opowiada mu o synu – że lubi matematykę, że boi się psów, że śpiewa fałszywie, ale głośno.

Kiedy wychodził, zatrzymał się przy sali numer trzy. Fotel wciąż tam stał, nikt go nie ruszył. Nie usiadł, tylko położył dłoń na oparciu, tam gdzie drewno było wytarte od lat używania, i stał tak chwilę, zanim poszedł do wyjścia. Rysunek z traktorem wisi teraz przypięty pinezką do tablicy ogłoszeń na oddziale, tuż obok grafiku dyżurów, i nikt – żadna pielęgniarka, żaden lekarz, nawet ci najbardziej zabiegani – nie zdjął go, żeby zrobić miejsce na coś innego.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: