Chłopiec z obręczą z Podlasia

Nazywam się Halina Wróbel, mam sześćdziesiąt trzy lata i od trzydziestu ośmiu prowadzę sklep spożywczy na rogu ulicy Polnej w Sokółce, tuż przy drodze na Krynki. Piszę to, bo w zeszłym tygodniu zdarzyło się coś, co nie daje mi spokoju, a ja akurat stałam za ladą i wszystko widziałam.

Do sklepu przychodzi codziennie chłopiec, może dziewięć lat, mieszka trzy domy dalej u dziadków. Rodzice pracują w Białymstoku i wraca do nich tylko na weekendy. Chłopiec ma na imię Kubuś, choć wszyscy tu mówią na niego Kuba. Przychodzi po bułki, czasem po mleko w kartonie, a resztę reszty zostawia na cukierki toffi, te za dziesięć groszy sztuka, które trzymam w słoju obok kasy.

Tamtego dnia było gorąco, w telewizorze w kącie sklepu leciała prognoza pogody z trzydziestoma stopniami na Podlasiu, a ja czekałam na dostawę pieczywa, która się spóźniała już drugi dzień z rzędu. Kuba wszedł zdyszany, w klapkach pełnych piachu, i zamiast bułek poprosił o sznurek. Zapytałam po co, bo akurat miałam dziesięć minut wolnego i lubię z nim gadać. Powiedział, że znalazł za stodołą dziadka starą obręcz od koła furmanki, jeszcze przedwojennej, i że z kolegami robią z niej toczkę.

Nie miałam sznurka na sztuki, więc dałam mu kawałek ze szpuli, którą trzymam do wiązania paczek. Wziął, podziękował i wybiegł, aż dzwonek nad drzwiami zadźwięczał głośniej niż zwykle.

Przez okno wystawowe, między puszkami konserw a plakatem reklamującym lody, widziałam, jak dołączyło do niego jeszcze dwóch chłopaków i jedna dziewczynka z warkoczykami, córka listonosza. Turlali tę obręcz środkiem ulicy, na zmianę popychając ją patykiem, a kury z podwórka sąsiadki Gostyńskiej rozbiegały się na boki. Sama Gostyńska wyszła na ganek i krzyknęła, żeby nie kurzyli, bo akurat wywiesiła pranie. Nikt jej nie posłuchał, jak to zwykle bywa.

Obserwowałam ich jeszcze z pół godziny, między jednym klientem a drugim. Pamiętam, że pan Kazik z warsztatu przyszedł po żyletki i zapytał, czy to nie wnuk Zdzisławy tak hałasuje. Powiedziałam, że tak, i że od trzech dni ta obręcz jest ważniejsza niż telefon, którego zresztą dzieciak nie ma, bo babcia nie chce mu kupić.

Koło południa Kuba wrócił do sklepu, tym razem sam, cały spocony, z obręczą pod pachą jak z trofeum. Poprosił o szklankę wody, dałam mu z kranu na zapleczu, bo lodówka akurat mi się zepsuła i woda mineralna stała ciepła na półce. Wypił duszkiem, otarł usta wierzchem dłoni i powiedział, że jutro muszą jechać aż do krzyża na rozstaju, bo tam jeszcze nie byli.

Zapytałam, czy babcia wie, gdzie się włóczy. Wzruszył ramionami i powiedział, że babcia zawsze wie, kiedy trzeba wracać, bo krzyczy tak głośno, że słychać na drugim końcu wsi.

Miał rację. Około osiemnastej, kiedy zamykałam kasę, usłyszałam z daleka głos Zdzisławy wołającej Kubę na kolację. Chłopak przebiegł obok mojego okna z powrotem, obręcz zostawił opartą o płot sąsiada, bo jutro miała być znowu potrzebna, i pobiegł tak szybko, że zgubił jeden klapek na środku drogi. Wrócił po niego, śmiejąc się, i dopiero wtedy zniknął za rogiem.

Zamknęłam sklep, policzyłam utarg, który tego dnia był marny, bo dostawa się spóźniła i ludzie kupowali mniej. Zanim zgasiłam światło, jeszcze raz spojrzałam przez okno na tę obręcz opartą o płot, całą w rdzy, z kawałkiem mojego sznurka owiniętym wokół krawędzi.

Nie wiem, czy Kuba będzie kiedyś pamiętał tamto lato tak, jak ja pamiętam swoje, kiedy w tym samym miejscu, sześćdziesiąt lat temu, sama turlałam podobną obręcz aż do stawu Kowalskich i z powrotem. Wiem tylko, że następnego ranka, gdy otwierałam sklep, obręczy przy płocie już nie było, a na ladzie ktoś zostawił dziesięć groszy więcej, niż wynosił rachunek za bułki — reszty nikt nie zabrał, bo widocznie ktoś się śpieszył do krzyża na rozstaju.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: