Zwierzątko z zeszytu Hani

Ten telefon zadzwonił u mnie w schronisku w Rybniku, tuż przed zamknięciem, kiedy sprzątałam klatki po ostatnim karmieniu. Dzwoniła Beata Kwiatek, wychowawczyni z przedszkola przy ulicy Gliwickiej — mówiła szybko, bez tchu, jakby biegła po schodach. Powiedziała, że muszę przyjechać, bo jedna z jej podopiecznych, pięcioletnia Hania, nie chce wyjść z szatni, dopóki nie porozmawia z kimś, kto "naprawdę zna się na zwierzętach". Nie z panią dyrektor. Nie z rodzicami. Z kimś takim jak ja.

Pracuję w schronisku dwadzieścia dwa lata i widziałam już różne telefony — od zagubionego jeża w piwnicy po psa zamkniętego na balkonie przez sąsiadów na wakacjach. Ale żeby przedszkolanka prosiła mnie o interwencję psychologiczną u pięciolatki — to było nowe. Wzięłam kurtkę, zamknęłam boks kotów i pojechałam moim starym Polonezem, który akurat tego dnia dymił bardziej niż zwykle i żarł benzynę jak dziesięcioletni traktor. Było wpół do piątej, korek na Raciborskiej stał jak wmurowany, a ja siedziałam z otwartą szybą, bo w środku czuć było spalonym olejem.

Przedszkole pachniało kredkami i zupą pomidorową z obiadu. W szatni, na ławeczce między wieszakami, siedziała dziewczynka w czerwonym sweterku, ściskając w rękach zeszyt w kratkę — taki, w jakim dzieci rysują domy i słońca z promieniami. Obok kucała Beata, próbując coś wytłumaczyć, ale Hania milczała, jakby czekała na kogoś konkretnego.

— To pani od zwierzątek? — spytała, kiedy usiadłam na sąsiedniej ławce, za dużej dla mnie, tak że kolana sterczały mi pod brodą.

— Tak. Nazywam się Danuta. A ty jesteś Hania, prawda?

Kiwnęła głową i otworzyła zeszyt. Na kartce, niewprawną kreską, narysowany był szary kotek z długim ogonem i coś, co przypominało kałużę pod jego łapami — może wodę, może coś innego.

— Zrobiłam coś złego — powiedziała cicho, patrząc nie na mnie, tylko na rysunek. — Bardzo złego. Czy mnie za to zamkną?

Beata za jej plecami zrobiła minę, jakby chciała powiedzieć: właśnie to powtarza od rana, nikomu innemu nie chce tego opowiedzieć. Wzięłam oddech i odpowiedziałam tak, jak zwykle mówię do dzieci przyprowadzających mi zwierzęta w kartonach po butach.

— Nikt nikogo nie zamyka za pięć lat, Haniu. Ale opowiedz mi, co się stało. Ja się na zwierzętach znam, więc może razem to naprawimy.

Dziewczynka przesunęła palcem po narysowanym kotku i zaczęła mówić, z przerwami, jakby każde zdanie kosztowało ją coś więcej niż poprzednie.

Chodziło o kota sąsiadki, pani Weroniki spod dziewiątki, rudego macka imieniem Kicek, który regularnie wchodził przez uchylone okno piwniczne do bloku, gdzie mieszkała Hania z rodzicami. Trzy dni wcześniej, w sobotę, Hania bawiła się na podwórku sama, bo mama rozmawiała z sąsiadką, a tata był w pracy w Żorach. Kicek wskoczył na murek przy śmietniku, goniąc coś — może ptaka, może własny cień. Hania, chcąc go pogłaskać, pociągnęła go za ogon, żeby nie uciekł. Kot się wyrwał, skoczył w stronę ulicy Gliwickiej i przebiegł tuż przed nadjeżdżającym samochodem dostawczym. Kierowca zahamował, nic się kotu nie stało, uciekł między krzaki i od tamtej pory nikt go nie widział.

— To ja go wystraszyłam — wyszeptała Hania, ściskając brzeg zeszytu tak mocno, że róg kartki zrobił się miękki i szary od potu na palcach. — Może go samochód przejechał, tylko daleko, i nikt nie wie. Może umarł przeze mnie. I nikomu nie powiedziałam, bo się bałam, że mama powie, że jestem zła. Czy to jest przestępstwo? Czy mnie zamkną, tak jak w telewizji zamykają złych ludzi?

Beata przycisnęła dłoń do ust. Zrozumiałam wtedy, skąd ten cały alarm — dziecko od trzech dni nie jadło porządnie i budziło się w nocy, bo w przedszkolnej bajce ktoś mówił o więzieniu dla złodziei, a Hania połączyła te dwie sprawy w głowie po swojemu.

Nie skłamałam jej, że wszystko jest w porządku, bo dzieci to wyczuwają. Powiedziałam, że sprawdzę, co się stało z Kickiem, i że przyjadę z odpowiedzią, choćby smutną. Zapisałam numer do pani Weroniki, który dała mi Beata z listy kontaktów przedszkolnych, i zadzwoniłam z korytarza, między rzędem malutkich kaloszy.

Nikt nie odbierał. Trzy sygnały, cztery, pięć — odłożyłam telefon i zobaczyłam, że Hania patrzy na mnie znad zeszytu z taką miną, jakby już wiedziała, co to znaczy. Spróbowałam jeszcze raz. I jeszcze raz, tym razem odłożyłam po ósmym sygnale i powiedziałam Beacie, że spróbujemy za dziesięć minut, bo może sąsiadka jest w sklepie. Hania przez te dziesięć minut nie odezwała się ani słowem, tylko obracała długopis w palcach, aż jej się zsunął i potoczył pod ławkę.

W końcu pani Weronika odebrała, zdziwiona telefonem ze schroniska, bo akurat wyjmowała pranie z suszarki i nie słyszała pierwszych dzwonków. Kicek żył. Wrócił do domu tego samego wieczoru, głodny i z rozdartym uchem od jakiejś bójki z innym kotem, ale cały. Od tamtej pory siedział grzecznie w mieszkaniu, bo sąsiadka, przestraszona jego wcześniejszą ucieczką, zamknęła okno piwniczne na klamkę.

Wróciłam do szatni z telefonem jeszcze w ręku i pokazałam Hani zdjęcie, które pani Weronika przesłała mi w wiadomości — rudy kot śpiący na kołdrze w kwiatowy wzór, z zabandażowanym uchem.

Dziewczynka patrzyła na ekran długo, jakby sprawdzała, czy to na pewno ten sam kot, a potem złapała mnie za rękaw swojego czerwonego sweterka.

— To on żyje? Naprawdę żyje?

— Naprawdę. Ma tylko rozcięte ucho, bo pobił się z innym kotem, nie z twojej winy. Koty tak mają, Haniu — czasem uciekają, czasem wdają się w bójki, to nie znaczy, że ktoś zrobił coś złego.

Hania oddychała wtedy krótko i urywanie, jak po biegu, a potem nagle wypuściła powietrze jednym długim westchnieniem i osunęła się na ławkę, jakby ktoś przestał ją trzymać za sznurki. Beata przytuliła ją, a ja usiadłam obok i zaproponowałam coś, co czasem robię z dziećmi po podobnych historiach: żeby razem odwiedziły kota, zobaczyły go na własne oczy i pogłaskały już bez pociągania za ogon.

W następną sobotę pojechałyśmy z Hanią i jej mamą pod dziewiątkę. Pani Weronika otworzyła drzwi w fartuchu upaćkanym mąką, bo piekła sernik, i zaprosiła nas na herbatę. Kicek leżał na parapecie w plamie słońca, obojętny na całe zamieszanie, jakie wywołał w głowie pięciolatki. Hania usiadła obok niego cicho, z rękami złożonymi na kolanach, i patrzyła długo, zanim odważyła się dotknąć jego łapy jednym palcem.

— Przepraszam, że cię przestraszyłam — powiedziała do kota, który w odpowiedzi tylko ziewnął i przekręcił się na drugi bok.

Zanim wyszłam, mama Hani — pani Ilona — odciągnęła mnie na chwilę do przedpokoju i podziękowała, ściskając w dłoniach kubek z niedopitą herbatą, mówiąc, że przez trzy dni córka nie jadła kolacji porządnie.

Kicek zeskoczył wtedy z parapetu i podszedł do miski z wodą, a Hania odwróciła się za nim, kucając przy jego łapach.

— Będziesz teraz siedział w domu, dobrze? Bo na dworze jest niebezpiecznie — powiedziała, poprawiając mu bandaż na uchu jednym palcem, ostrożnie, żeby nie zerwać plastra.

Kicek prychnął, otrząsnął się i wrócił do picia wody, zupełnie nieporuszony całą sprawą.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: