Pracuję w tym schronisku od ośmiu lat i myślałam, że widziałam już wszystko. Ale to, co robi ta suczka od trzech miesięcy, każe mi codziennie zaglądać do jej boksu przed wyjściem do domu, nawet jeśli mam już zdjęty fartuch i kluczyki w ręku.
Nazywa się Bella. Chihuahua, może trzy kilogramy z małym hakiem, znaleziona jesienią pod wiaduktem przy Legnickiej, wychudzona, z raną na łapie. Nikt się po nią nie zgłosił. Zaszła w ciążę jeszcze na ulicy — to się u nas zdarza częściej, niż ludzie myślą. W styczniu urodziła pięć szczeniaków, w klatce numer 14, tej przy oknie, gdzie zimą zawsze ciągnie chłodem, więc podkładamy tam dodatkowy koc i matę grzewczą.
Od pierwszej nocy Bella zachowywała się inaczej niż inne suki po porodzie, które widziałam. Nie odchodziła od miski, kiedy przynosiłam jedzenie — jadła w pośpiechu, czasem w ogóle nie kończyła, bo słyszała, że któryś ze szczeniaków zaskomlał. Zwijała się wtedy w kłębek tak, że cała piątka mieściła się między jej łapami i brzuchem, jakby chciała ich zamknąć w sobie z powrotem. Nasza wolontariuszka, pani Halina, przynosiła jej rosół z indyka w słoiczku po dżemie — Bella wypijała trzy łyki i wracała do dzieci.
Najmłodszy szczeniak, ten z białą plamką na uchu, którego chłopak z serwisu nazwał Guzikiem, przez pierwszy tydzień w ogóle się nie ruszał, tylko piszczał cicho. Bella kładła go sobie na szyi, tuż pod brodą, i tak zasypiała, żeby czuć każdy jego oddech. Doktor Rutowski, weterynarz, który przychodzi do nas w poniedziałki i czwartki, ważył go co trzy dni na małej wadze kuchennej i kręcił głową — przybierał wolniej niż reszta miotu, o dwadzieścia, trzydzieści gramów mniej przy każdym ważeniu. „Jak nie zacznie ssać sam z siebie, będziemy dokarmiać ze strzykawki” — powiedział mi wtedy, a ja zapisałam to w zeszycie, żeby nie zapomnieć sprawdzić rano.
Szczeniaki rosły, korytarz zapełniał się ich piskiem i tupotem, jeden nauczył się wskakiwać na niski stołek przy dyżurce, drugi rozgryzł sznurówkę wolontariusza na strzępy. Guzik zostawał w tyle. Mniejszy od rodzeństwa, wolniejszy przy misce, zasypiał w połowie posiłku z pyskiem opartym o brzeg naczynia. Bella zawsze podchodziła wtedy najpierw do niego, popychała go nosem w stronę jedzenia, zanim zajęła się resztą.
W połowie marca, kiedy szczeniaki miały dziewięć tygodni, przyszła do nas kobieta z ogłoszenia — pani Aneta, nauczycielka z Krzyków, która mieszkała sama od śmierci męża. Chciała psa, który „będzie się bał tak samo jak ona wychodzić z domu po zmroku”, tak to ujęła, stojąc w korytarzu w zapiętym pod szyję płaszczu. Kierowniczka pokazała jej całą piątkę. Cztery szczeniaki rzuciły się do siatki boksu, skakały, gryzły jej palce przez otwory. Guzik został z tyłu, przy misce z wodą, i patrzył.
Pani Aneta usiadła na podłodze korytarza, mimo że nikt jej o to nie prosił, i czekała. Po chwili Guzik podszedł sam, wolno, obwąchał jej dłoń i położył się przy jej kolanie. Bella w tym czasie stała przy siatce i nie szczekała, tylko obserwowała, jak jej najsłabszy syn zasypia na czyichś rękach po raz pierwszy poza jej własnym ciałem.
Papiery podpisaliśmy dwa dni później, w środę. Pamiętam datę, bo tego dnia mieliśmy przegląd weterynaryjny całego miotu i doktor Rutowski w końcu przestał kręcić głową nad wagą Guzika. Kiedy pani Aneta wyszła z nim na parking, niosąc go owiniętego w koc, który sama przyniosła z domu, Bella podeszła do siatki i wystawiła przez nią nos, ile się dało. Nie szczekała. Stała tak, dopóki tylna szyba samochodu nie zniknęła za rogiem budynku administracji.
Przez resztę dnia leżała w klatce inaczej niż zwykle — z głową na łapach, zwrócona w stronę drzwi, jakby czekała, że Guzik jeszcze wróci z korytarza. Cztery pozostałe szczeniaki dopchały się do niej wieczorem, ale ona nie zwinęła się wokół nich od razu, tylko po dłuższej chwili.
W kolejnych tygodniach rozeszła się reszta miotu — dwa naraz do jednej rodziny z dziećmi z Muchobora, jeden do emeryta z Karłowic, ostatni do studentki, która przyjeżdżała po niego z Opola samochodem pożyczonym od ojca. Za każdym razem Bella odprowadzała ich wzrokiem do drzwi i za każdym razem klatka numer 14 robiła się trochę cichsza.
Kiedy zabrano ostatniego szczeniaka, kierowniczka zapisała w naszym systemie, że Bella jest gotowa do adopcji jako pies dorosły. Zwykle to oznacza miesiące czekania — małe suczki po porodzie rzadko budzą takie zainteresowanie jak szczenięta. Postawiłam jej klatkę bliżej wejścia, tam gdzie ludzie zaglądają najpierw, i dopisałam do karty informacyjnej jedno zdanie: „Wychowała pięcioro. Nikogo nie zawiodła.”
Trzy dni później zadzwoniła pani Aneta. Powiedziała, że Guzik w nocy skomli, kiedy zostaje sam w pokoju, i że pomyślała — skoro ma już jednego psa z tego miotu, może powinna mieć też jego matkę. Zapytała, czy Bella wciąż u nas jest.
Przyjechała w sobotę. Guzik, teraz już większy, z tą samą białą plamką na uchu, wbiegł do korytarza przed nią i zatrzymał się dokładnie przed czternastką. Bella podniosła się na łapach powoli, jakby sprawdzała, czy to naprawdę on, a potem wsunęła nos przez siatkę tam, gdzie on wsuwał swój z drugiej strony.
Kiedy wypełniałam papiery adopcyjne przy biurku, słyszałam z korytarza, jak pani Aneta rozmawia przez telefon z kimś — chyba z siostrą — mówiąc, że wraca do domu z dwoma psami zamiast jednego. Zapisałam datę w zeszycie ewidencji: dwudziesty dziewiąty marca. Boks numer 14 stał tego popołudnia pusty po raz pierwszy od stycznia, z koszem i matą grzewczą jeszcze ciepłymi, kiedy przecierałam podłogę przed przyjęciem kolejnego lokatora.
