Basia Wróbel od jedenastu lat mierzyła świat w kilometrach między Bolonią a Lipinami, wsią pod Ostrowcem Świętokrzyskim, gdzie została jej matka. Miała czterdzieści dwa lata i pracowała jako opiekunka u osiemdziesięcioletniej signory Rosalby, w mieszkaniu przy via Saragozza, dwie przecznice od bazyliki San Luca.
Wyjeżdżała z jedną walizką i obietnicą.
— Rok, mamo. Najwyżej dwa. Spłacę kredyt na dach i wracam.
Rok zamienił się w trzy. Trzy w siedem. Siedem w jedenaście. Zawsze coś się działo: to remont łazienki, to signora akurat trafiła do szpitala i nie było komu jej pilnować, to nowa rodzina płaciła lepiej i szkoda było rezygnować w środku sezonu.
W Bolonii myła Rosalbę, gotowała jej risotto, o trzeciej w nocy wstawała, bo starsza pani wołała po imieniu córkę, która nie żyła od dwudziestu lat. Basia czasem, poprawiając jej poduszkę, myślała o matce w Lipinach.
Matka, pani Zofia, miała siedemdziesiąt trzy lata i mieszkała sama w domu z czerwonej cegły przy drodze na Bałtów. Kolana bolały ją coraz bardziej, drewna do pieca już nie nosiła sama, tylko prosiła sąsiada, pana Mareczka, żeby przywiózł taczką.
— Wszystko dobrze, córeczko — mówiła zawsze przez telefon.
— Na pewno?
— Na pewno. Ty tam na siebie uważaj.
Basia wiedziała, że to nieprawda, ale nie naciskała. W niedziele rozmawiały na wideorozmowie. Basia pokazywała jej wieżę Asinelli z okna tramwaju. Matka pokazywała pelargonie na parapecie.
— Popatrz, zakwitły. Te, co mi przywiozłaś.
— Jeszcze żyją?
— A co miały robić.
Po każdej takiej rozmowie Zofia siedziała jeszcze parę minut z telefonem w dłoni, a w kuchni robiło się cicho, słychać było tylko zegar na ścianie i pociąg towarowy gdzieś za stawami.
Przez ostatnie trzy lata Basia była w domu jeden raz, na cztery dni. Zawsze, gdy planowała przyjazd, coś wypadało w pracy — albo rodzina Rosalby zmieniała grafik, albo trzeba było zostać na święta za podwójną stawkę.
We wrześniu, w środę wieczorem, matka zapytała wprost:
— Basiu, zobaczę cię w tym roku?
Basia zamilkła na chwilę. Bilet leżał już w mailu, walizka stała spakowana w połowie, ale postanowiła zrobić niespodziankę.
— Chyba nie, mamo.
Po drugiej stronie zapadła cisza, słychać było tylko oddech.
— No, trudno.
— Nie mogę zostawić signory. Nie ma kto przy niej być.
— Dobrze, córeczko. Zdrowie najważniejsze.
— Obraziłaś się?
— A na co miałabym się obrazić.
Wtedy Zofia powiedziała zdanie, które Basia zapamiętała na długo:
— Wiesz, w moim wieku ja już nie liczę lat. Liczę, ile razy jeszcze was zobaczę.
Basia odłożyła telefon na parapet, usiadła na brzegu łóżka w pokoju Rosalby i płakała, dopóki starsza pani nie zawołała ją po imię swojej zmarłej córki.
Dwa dni później, tuż po południu, taksówka zatrzymała się na końcu drogi w Lipinach, przy sklepie spożywczym Danuty. Basia poprosiła kierowcę, żeby nie jechał dalej — resztę chciała przejść piechotą.
Rozpoznawała po kolei: płot sąsiadów pomalowany na zielono, orzech na rozstaju, studnię z żurawiem, furtkę, którą otwierała setki razy jako dziecko, ze skrzypieniem, którego nikt nigdy nie naoliwił.
Na podwórku matka podlewała pelargonie z plastikowej konewki. Basia zatrzymała się przy furtce. Przez dwie sekundy nie mogła wydusić słowa. Potem krzyknęła:
— Mamo!
Zofia odwróciła się, konewka wypadła jej z ręki, woda rozlała się po betonowej płycie pod oknem.
— Basiu? To ty?
Basia rozłożyła ręce. Matka przycisnęła dłonie do ust, a potem po prostu zaczęła płakać, tak jak płacze się tylko raz na kilka lat. Basia zostawiła walizkę przy furtce i pobiegła do niej. Trzymały się długo, bez słowa, matka oburącz, jakby bała się, że jeśli puści, córka znowu wsiądzie w samolot.
— Okłamałaś mnie…
— Tylko tym razem.
— Mówiłaś, że nie przyjedziesz.
— Bo gdybym powiedziała prawdę, nie spałabyś dwie noce.
Zofia dotknęła jej policzków obiema dłońmi.
— Pokaż się. Jeszcze moja córka, czy już nie poznaję.
— No i co?
— Moja. Cała moja.
Wieczorem nie było nic uroczystego. Żadnej restauracji, żadnego wina musującego. Zofia postawiła na stole żurek z domowym chlebem, twaróg, jajka z kurnika i pomidory prosto z tunelu foliowego za domem. Basia jadła tak, jakby to był najlepszy posiłek jej życia.
— Przecież we Włoszech masz wszystko — powiedziała matka.
— Mam.
— To czemu jesz w ten sposób?
Basia rozejrzała się po kuchni, w której dorastała. Po ręczniku wiszącym przy piecu kaflowym, po kocie sąsiadów, który akurat wskoczył na parapet i patrzył przez szybę, po matce siedzącej naprzeciwko.
— Bo tego tam nie mam.
Zofia nic nie odpowiedziała, tylko dolała jej żurku.
Przez następne dni Basia robiła rzeczy, których wcześniej prawie nie zauważała. Pojechała z matką autobusem do przychodni w Ostrowcu po recepty. Naprawiła zawiasy furtki, w końcu je naoliwiła. Piły razem kawę rano, siadały wieczorem na ławce przed domem, czasem bez jednego słowa.
Pewnego dnia matka zapytała:
— Kiedy wyjeżdżasz?
Basia odłożyła kubek na stół.
— Za dwa tygodnie.
— Szybko to leci.
— Wiem.
Wtedy Basia wzięła jej dłoń.
— Ale tym razem nie pozwolę, żeby znowu minęły lata, zanim przyjadę.
— Nie obiecuj, jeśli nie dasz rady dotrzymać.
— Dam radę.
Wróciła do Bolonii, dokończyła kontrakt z Rosalbą do końca roku. Kiedy przyjechała do Lipin na dobre, pierwszego wieczoru usiadły z matką przy tym samym stole, na którym leżał już kalkulator i kartka w linie.
— Czynsz za nic, dom spłacony — mówiła Zofia, zapisując cyfry grubym, drżącym pismem. — Opał to może z osiemset na sezon, jak zima łagodna.
— A leki?
— Sto pięćdziesiąt, dwieście. Zależy od miesiąca.
Basia dopisała jedzenie, prąd, wodę, podsumowała w słupku i popchnęła kartkę w stronę matki.
— Mniej niż wysyłałam ci co miesiąc.
— To po co tyle lat siedziałaś w tej Bolonii?
Basia nie odpowiedziała od razu. Wzięła kalkulator, wyzerowała go i odłożyła obok kubka.
W Ostrowcu wynajęła mały gabinet przy rynku, zrobiła kurs opiekunki środowiskowej — papiery z Włoch miała, brakowało tylko polskiego zaświadczenia. Pierwszą klientkę zapisała w nowym zeszycie, w rubryce na adres wpisując tylko: Lipiny, dom rodzinny.
Rok później, znów we wrześniu, zrobiły sobie zdjęcie przy tej samej furtce. Zofia trzymała córkę mocno za ramię, Basia patrzyła w obiektyw z wilgotnymi oczami. Furtka za nimi otwierała się bezgłośnie — Basia w końcu ją naoliwiła tamtego pierwszego wieczoru i od tamtej pory nikt już nie musiał nasłuchiwać jej skrzypienia, żeby wiedzieć, że ktoś wraca do domu.
