Psy Marty nie interesuje polityka płci

Weronika Zych karmiła kota o wpół do siódmej rano, kiedy w telewizji leciał program śniadaniowy z Krakowa, a prowadząca cytowała jakąś aktorkę z festiwalu w Cannes. Coś o tym, że gotowanie i sprzątanie to nie "babska robota", tylko zwykły obowiązek dorosłego człowieka. Weronika prychnęła w kubek z kawą i powiedziała do psa:

— Słyszysz, Marty? Ktoś to w końcu powiedział na cały świat.

Marty, owczarek podwórkowy w łaty, nie zareagował. Jemu było wszystko jedno, kto zmywa naczynia, byle miska była pełna.

Weronika prowadziła schronisko dla zwierząt na obrzeżach Rzeszowa od jedenastu lat. Wcześniej pracowała w banku, ale rzuciła to po rozwodzie — mąż, Robert, zabrał wtedy samochód, telewizor i, jak twierdziła, resztki złudzeń co do tego, że facet z wyższym wykształceniem umie odróżnić pralkę od zmywarki. Odziedziczyła po babci stary dom z podwórkiem, przerobiła szopę na kojce i tak to się zaczęło.

Teraz miała czternaście psów, siedem kotów, jednego kuca imieniem Fasola i wolontariuszkę, Anitę, studentkę weterynarii, która przychodziła po zajęciach. I miała też problem, którego program śniadaniowy akurat nie poruszał: pieniądze się kończyły, a rachunek za prąd za sierpień wynosił osiemset dwadzieścia złotych, bo klimatyzacja w izolatce dla chorych zwierząt musiała chodzić całą dobę.

Tego samego dnia po południu przyjechał do niej brat, Marcin, z propozycją, która brzmiała jak pomoc, a była czymś zupełnie innym.

— Sprzedaj kawałek działki od strony drogi — powiedział, stojąc w progu kuchni, nie zdejmując butów, choć wiedział, że Weronika tego nie znosi. — Deweloper daje sto dziewięćdziesiąt tysięcy za pół hektara. Postawisz nowe kojce, spłacisz długi, jeszcze zostanie.

— To ziemia babci. Cała działka to jedna całość, psy biegają po niej od lat.

— Psy nie płacą rachunków, Weronika.

To zdanie zapadło jej w pamięć, bo powiedział je dokładnie tym samym tonem, jakim kiedyś mówił Robert o "babskich fanaberiach" ze zwierzętami. Marcin od zawsze uważał, że schronisko to jej fanaberia, kosztowna zabawka po nieudanym małżeństwie. Nigdy nie przyjechał pomóc przy sprzątaniu kojców, ale zawsze miał zdanie, co zrobić z ziemią.

— A jeśli nie sprzedam?

— To ja jako współwłaściciel mogę wystąpić o zniesienie współwłasności. Sąd i tak każe podzielić albo sprzedać. Wolałbym, żebyśmy się dogadali po ludzku.

Okazało się, że babcia, umierając, zostawiła działkę na obu wnuków po połowie — notariusz przy podziale spadku coś pokręcił, a Weronika, zajęta wtedy pogrzebem i pierwszymi psami, nie doczytała dokładnie aktu. Przez jedenaście lat Marcin nie napomknął się o swoją część. Teraz, kiedy deweloper zapukał do jego drzwi z konkretną sumą, nagle przypomniał sobie, że ma prawa.

Anita, słysząc tę rozmowę zza uchylonych drzwi, weszła do kuchni z miską dla szczeniaków i powiedziała cicho:

— Pani Weroniko, jeśli on złoży wniosek do sądu, sprawa może się ciągnąć rok albo dłużej. A w tym czasie deweloper może się rozmyślić.

— Wiem.

— Może trzeba porozmawiać z prawnikiem od razu, nie czekać, aż złoży pozew.

Weronika przez chwilę wpatrywała się w kartkę papieru leżącą na stole — to był ten sam akt notarialny sprzed jedenastu lat, który wyciągnęła z segregatora zaraz po wyjściu Marcina. Palcami przesunęła po linijce z podziałem procentowym. Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, czarno na białym.

Przez kolejne trzy tygodnie Weronika robiła dwie rzeczy naraz: karmiła zwierzęta i szukała pieniędzy. Zadzwoniła do fundacji w Warszawie, złożyła wniosek o grant unijny na modernizację schroniska, wystawiła na sprzedaż stary meleks, którym woziła karmę z magazynu. Uzbierało się dwadzieścia sześć tysięcy złotych. Nie dość, żeby spłacić brata, ale dość, żeby pójść do notariusza z czymś w ręku.

Marcin faktycznie złożył pozew o zniesienie współwłasności — pismo z sądu przyszło pod koniec września, w kopercie z pieczątką, którą Weronika otworzyła przy stole kuchennym, gdy za oknem szczekał Marty, bo listonoszka zawsze wjeżdżała rowerem prosto pod bramę.

Na rozprawę przyszła z teczką, w której miała wycenę działki od niezależnego rzeczoznawcy, wydruki z konta fundacji i propozycję ugody przygotowaną przez prawniczkę z kancelarii przy ulicy Grunwaldzkiej. Marcin przyszedł sam, w garniturze, który wkładał chyba tylko na pogrzeby.

— Nie chcę zabierać ci schroniska — powiedział, zanim sędzia zdążyła otworzyć akta. — Chcę tylko to, co moje.

— Wiem. I dlatego mam dla ciebie propozycję, zamiast czekać, aż sąd coś nam narzuci.

Zaproponowała mu spłatę jego połowy działki — nie stu dziewięćdziesięciu tysięcy od dewelopera, ale sto piętnaście tysięcy złotych, wyliczonych przez rzeczoznawcę jako realna wartość rynkowa bez uwzględnienia planów inwestycyjnych dewelopera, rozłożonych na cztery lata, z przelewami co miesiąc, poświadczonych notarialnie. Dwadzieścia sześć tysięcy od razu, jako zaliczkę, resztę w ratach po niecałe dwa tysiące. Sędzia zerknęła na dokumenty, zapytała Marcina, czy się zgadza.

Marcin milczał chwilę, wodząc oczami po siostrze, jakby dopiero teraz zauważył, że ma teczkę, plan i podpis prawniczki, a nie tylko psy i łzy, których się spodziewał.

— Zgadzam się.

Ugodę podpisali tego samego dnia w sekretariacie sądu, na zwykłym biurku, długopisem, który się zacinał. Weronika wróciła do domu wieczorem, kiedy Anita kończyła wieczorne obchody kojców. Wyjęła z szuflady stary akt notarialny babci, zrobiła jego kopię do segregatora ze sprawami sądowymi, a oryginał odłożyła z powrotem tam, gdzie leżał od jedenastu lat.

Marty czekał przy bramie, bo o tej porze zawsze czekał. Weronika usiadła na progu, nalała mu wody do miski, chociaż wcale nie było gorąco, i powiedziała:

— Zostaje nasze. Cała działka.

Telefon w kieszeni kurtki zawibrował — esemes od Marcina: "Pierwszy przelew zrobię w piątek." Odpisała jednym słowem: "Dobrze." Potem wstała, zamknęła bramę na skobel i poszła zamknąć kojce na noc, bo szczeniaki od trzeciego miotu jeszcze nie umiały same otworzyć sobie klapy do budy, a jesienią robiło się chłodno nawet w Rzeszowie.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: