Mistrz kraju

Warszawska hala AWF, sobotnie popołudnie. Na sztandze — sto siedemdziesiąt pięć kilogramów, trzecie podejście, ostatnie przed normą.

Dawid Kamiński stoi przy podeście, wciera magnezję między dłonie, aż skóra zaczyna piec. Oddycha przez nos, długo, tak jak uczył go Marek — cztery uderzenia serca na wdech, cztery na wstrzymanie. W hali unosi się zapach magnezji i starego drewna, a gdzieś za nim, między rzędami widzów, ktoś sucho stuka krzesełkiem.

Ma dwadzieścia trzy lata, plecak wojskowy zostawił w szatni razem z butami służbowymi, bo z jednostki w Lublińcu wyrwał się na trzydzieści sześć godzin — dowódca podpisał mu przepustkę pod warunkiem, że w poniedziałek rano stawi się na zbiórce co do minuty. Na tablicy wyników, tuż nad jego nazwiskiem, świeci się „Grabowski — 172,5". Krzysztof Grabowski, reprezentant klubu z Rudy Śląskiej, o który Dawid otarł się już dwa razy w tym sezonie i dwa razy przegrał — raz w Katowicach, o dwa i pół kilograma. Teraz Grabowski siedzi w pierwszym rzędzie, ręce splecione na kolanach, i patrzy na sztangę tak, jakby już wiedział, co się zaraz stanie.

Plecy bolą go od czwartku — coś strzeliło w dolnym odcinku przy ostatnim treningu w Lublińcu, fizjoterapeuta z jednostki kazał odpuścić dwa tygodnie, Dawid pojechał mimo to. Przed pierwszym podejściem połknął dwie tabletki przeciwbólowe popite wodą z butelki po izotoniku, żeby Marek nie zobaczył opakowania.

Pierwsze podejście się nie udało. Sztanga zatrzymała się w pół drogi, coś w plecach szarpnęło jak za mocno naciągnięta lina, sędzia pokręcił głową — czerwone światełko, potem jeszcze dwa. Drugie przeszło, ale wolno, boleśnie wolno, a Marek, stojąc przy podeście z ręcznikiem na ramieniu, nic nie powiedział, tylko wskazał palcem na zegar: zostały trzy minuty do trzeciej próby.

Dawid siada na chwilę na krawędzi ławki, opiera łokcie na kolanach. Ręce same, bez udziału myśli, sięgają po butelkę z wodą — chce się napić, ale trafia niecelnie, woda leje się po brodzie i szyi, mocząc kołnierz koszulki. Wyciera się rękawem.

Miesiąc temu w Katowicach, zaraz po przegranej z Grabowskim, zadzwonił do dowódcy z korytarza hali i powiedział wprost: albo dostanie zgodę na oddzielny grafik treningowy, albo będzie musiał wybrać między kompanią sportową a pomostem. Dowódca odpowiedział krótko — niech najpierw wygra mistrzostwa kraju, wtedy pogada z pułkownikiem. Nic więcej. Na stole sędziowskim stoją dziś dwa termosy z herbatą, oba nietknięte, odkąd zaczęła się trzecia seria podejść.

Podchodzi do sztangi. To warsztatowa Eleiko, gumowe talerze przetarte do metalu na krawędziach po latach użytku. Dłonie obejmują gryf, palce zaciskają się do białości. Ciąg zaczyna się od pięt, nie od pleców — powtarza to sobie w myślach. Sztanga rusza się przez pierwsze piętnaście centymetrów ciężko, jakby przyklejona do podłogi. W plecach coś strzela ostro, jednym uderzeniem, aż zaciska zęby, żeby nie wydać z siebie dźwięku. Ale gdzieś na wysokości kolan coś się przełącza — mięśnie się blokują, nogi prostują, sztanga idzie dalej, wolno, bez zatrzymania.

Hala milknie, potem wybucha. Stoi, sztanga zamknięta w rękach, ciało wyprostowane. Trzy białe światełka zapalają się jednocześnie.

Rzuca sztangę. Huk odbija się od ścian, a razem z nim brawa, ktoś z trybun wykrzykuje jego nazwisko. Grabowski wstaje z pierwszego rzędu, podchodzi do barierki, podaje rękę — krótki uścisk, żadnego słowa, tylko skinienie, po czym odwraca się i idzie w stronę szatni. Dawid siada na ławce obok podestu, dłonie wciąż palą od magnezji i metalu, plecy pulsują w rytm serca.

Marek siada obok, rzuca mu na kolana suchy ręcznik.

— No, teraz już oficjalnie: mistrz kraju — mówi, patrząc na tablicę wyników. — Ale jutro jedziesz do lekarza w jednostce, nie na zbiórkę. Widziałem, jak się schylałeś do worka.

— Zobaczymy — odpowiada Dawid i nic więcej nie dodaje.

Wyjmuje telefon, próbuje napisać do dowódcy, ale palec trafia nie w tę literę, kasuje, pisze od nowa: „Wygrane. Norma pobita o pięć kilo." Odkłada telefon obok ręcznika.

Ważył się dziś rano na sto trzy kilogramy — najlżejszy od pół roku, bo w jednostce zjadł w tym tygodniu może połowę tego, co powinien, między zbiórkami a dojazdami. Zaraz po ważeniu zjadł w bufecie hali kanapkę z serem za sześć złotych pięćdziesiąt i banana, bo więcej nie mieściło się w budżecie na ten wyjazd.

Autobus do jednostki odjeżdża o dwudziestej pierwszej trzydzieści z Dworca Zachodniego, bilet kosztuje czterdzieści dwa złote, Dawid ma go już w kieszeni razem z dyplomem złożonym we czworo. Za oknem widać warszawskie ulice, liście kasztanowców na chodniku, suche i skręcone. W szatni ktoś z reprezentacji młodzieżowej krzyczy przez otwarte drzwi prysznica, że mistrz kraju powinien postawić colę z automatu, ktoś inny się śmieje, echo odbija się od kafelków.

Telefon wibruje. Dawid patrzy na ekran, nie odpisuje od razu. Plecy bolą bardziej niż godzinę temu.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: