Kuchnia Grabowskich, godzina pierwsza w nocy
Ewa obudziła się, bo z kuchni dobiegał cichy męski głos. Zerknęła na budzik – dwadzieścia po pierwszej. Serce jej podskoczyło: Tomasz? Z kim on może rozmawiać o tej porze? Wstała ostrożnie, boso, żeby deski w korytarzu nie zaskrzypiały, i podeszła do uchylonych drzwi.
Tomasz siedział przy stole, telefon przyłożony do ucha, mówił półgłosem.
– …nie, mamo, nie mogę teraz powiedzieć Ewie. Poczekaj, aż wszystko się wyjaśni, dobrze? Ja też się boję, ale nie mamy wyjścia.
Ewa poczuła zimno przechodzące jej przez plecy. Boi się? Czego? I dlaczego przed nią ukrywa rozmowę z teściową o pierwszej w nocy?
Weszła do kuchni bez pukania. Tomasz podskoczył, telefon wypadł mu z ręki i wylądował na stole ekranem w dół.
– Ewa… nie spałaś?
– Wyraźnie nie. Z kim rozmawiałeś i czego się boisz?
Milczał chwilę za długo. Potem wskazał jej krzesło.
– Usiądź. Musiałem ci to powiedzieć wcześniej, tylko nie chciałem cię straszyć, zanim będę pewny.
Dzień wcześniej, wracając z pracy, spotkał na klatce schodowej sąsiadkę z parteru, panią Halinę, która mieszkała w budynku od czterdziestu lat. Kobieta zapytała, jakby mimochodem, czy "nowi już wiedzą o córce staruszki". Tomasz zapytał, o co chodzi. Pani Halina opowiedziała mu, że zmarła właścicielka mieszkania miała jeszcze jedno dziecko poza Robertem – córkę, Agnieszkę, z którą nie utrzymywała kontaktu od dwudziestu lat po rodzinnej kłótni o dawną działkę pod Bydgoszczą. Agnieszka mieszkała w Niemczech, o śmierci matki dowiedziała się z opóźnieniem, wróciła do Polski i teraz twierdziła, że nigdy nie zrzekła się prawa do spadku – że Robert sfałszował jej podpis na akcie zrzeczenia u notariusza, korzystając z tego, że nikt jej o niczym nie informował.
Tomasz od razu zadzwonił do matki – nie po radę prawną, tylko dlatego że jego siostra Kinga, asystentka w kancelarii adwokata Zbigniewa Woźniaka w Toruniu, mogła sprawdzić, czy sprawa faktycznie trafiła do sądu.
– I co powiedziała twoja mama? – Ewa sięgnęła po segregator z dokumentami mieszkania, leżący na półce nad lodówką. Gumka do włosów, którą próbowała związać kok, dwa razy wyślizgnęła jej się z palców i spadła na podłogę.
– Że Kinga sprawdzi jutro rano w sądzie rejonowym. Że jeśli to prawda, możemy mieć problem – Kaczmarek mógł nam sprzedać coś, do czego nie miał pełnego prawa.
Nikt tej nocy już nie zasnął.
*
Zanim uzbierali sto sześćdziesiąt pięć tysięcy na to mieszkanie, minęło siedem lat oszczędzania. Żadnych kredytów – to była zasada Tomasza, ustalona po tym, jak jego rodzice przez piętnaście lat spłacali kredyt frankowy i o mało nie stracili domu, kiedy kurs poszedł w górę. „Wolę zjeść chleb z pomidorem przez pięć lat, niż podpisać coś, czego nie kontroluję" – powtarzał. Ewa pracowała w przychodni jako rejestratorka, on jako elektryk w firmie budowlanej. Z jednej pensji żyli, drugą odkładali co do grosza. Odmówili sobie wakacji za granicą, nowego samochodu, nawet nowej pralki.
Mieszkanie na Szwederowie, trzypokojowe, na trzecim piętrze starej kamienicy, znaleźli jako czwartą i ostatnią ofertę do obejrzenia.
– Remontu tu dawno nie było, bo babcia mieszkała tu do dziewięćdziesiątki – tłumaczył właściciel, Robert Kaczmarek, mężczyzna około czterdziestki w za dużej kurtce. – Ale przestrzeni jest sporo, sami widzicie.
Cena, sto sześćdziesiąt pięć tysięcy, była wyraźnie poniżej rynku. Tomaszowi mieszkanie od razu nie przypadło do gustu – trzecie piętro bez windy, dalej do pracy, najbliższe przedszkole dwie przecznice dalej. Ewa za to chodziła po pokojach z błyskiem w oczach, dotykała parapetów, mierzyła kroki od okna do okna.
– Tomek, tu jest miejsce na wszystko. Na dziecięcy pokój, na twój warsztat, na gabinet dla mnie.
– Cena za niska, Ewa. Coś tu śmierdzi.
– Może po prostu facet chce się szybko pozbyć kłopotu.
Kaczmarek zniknął w kuchni "poszukać dokumentów", a kiedy wrócił, twarz miał bledszą niż wcześniej.
– Powiem wam szczerze, bo i tak się dowiecie od sąsiadów. Babcia zmarła tu, w tym mieszkaniu, trzy miesiące temu. Spadek, sprawa u notariusza już zamknięta, wszystko czysto, papiery mam. Ale rozumiem, jeśli to was zniechęca.
Tomasz wzruszył ramionami – nie był przesądny, ale coś w tonie Kaczmarka, w tym jak unikał kontaktu wzrokowego, siedziało mu w żołądku jak kamień. Mimo to, po namowach Ewy, zgodzili się. Podpisali umowę przedwstępną, wpłacili zadatek dziesięć tysięcy złotych. Przed samym aktem Tomasz poszedł do wydziału ksiąg wieczystych i sam sprawdził wpis – dział trzeci czysty, żadnej wzmianki o roszczeniach. Uspokoił się, choć do końca powtarzał Ewie, że "coś go jeszcze gryzie".
Przeprowadzili się w listopadzie. Remont odłożyli na wiosnę, na razie odmalowali tylko sypialnię i kupili na raty nową kanapę. Przez pierwsze dwa miesiące wszystko było w porządku. Aż do tej nocy w kuchni.
*
Rano Ewa zadzwoniła do przychodni i wzięła dzień wolny – pierwszy raz od trzech lat pracy nie z powodu choroby. Koło południa zjawiła się nieproszona pani Halina z ciastem drożdżowym, "żeby dodać otuchy", ale głównie po to, żeby dopytać, co będzie, jeśli sąd każe im się wyprowadzić. Ewa odprowadziła ją do drzwi szybciej, niż wypadało.
Kinga zadzwoniła dopiero następnego wieczoru. Telefon leżał pośrodku stołu, oboje wpatrywali się w niego jak w coś, co za chwilę wybuchnie.
– Halo, Kinga, mów – Tomasz włączył głośnik.
– Sprawdziłam akta. Agnieszka rzeczywiście złożyła pozew jeszcze przed waszym zakupem, ale sąd nie zdążył wpisać ostrzeżenia do księgi. To skomplikowana sprawa, mecenas Woźniak chce się temu przyjrzeć dokładniej, zanim coś obiecamy. Zadzwonię, jak będę wiedziała więcej, może jutro, może pojutrze.
– Kinga, ale co z naszym mieszkaniem? – Ewa ścisnęła brzeg segregatora tak mocno, że papier się pomiął.
– Nie chcę teraz strzelać na oślep. Poczekajcie.
Rozłączyła się. Zostało im czekanie – i codzienne wpłacanie na konto raty za kanapę, jakby to była jedyna rzecz w życiu, na którą wciąż mieli wpływ.
Trzy dni później na klatce schodowej zderzyli się z Robertem Kaczmarkiem. Stanął im na drodze przy skrzynkach pocztowych, twierdząc, że przyszedł "odebrać resztę rzeczy babci ze strychu", chociaż strych opróżnili jeszcze przed przeprowadzką.
– Musimy porozmawiać – powiedział, a głos miał inny niż podczas oglądania mieszkania, bardziej błagalny niż handlowy. – Wiecie już pewnie od tej starej plotkarki spod jedynki, co się dzieje. Moja siostra chce cofnąć zrzeczenie się spadku, twierdzi, że sfałszowałem jej podpis. Adwokat mówi, że jak sąd jej przyzna rację, to może unieważnić też sprzedaż mieszkania. Może dałoby się to załatwić polubownie – oddalibyście mi mieszkanie za zwrotem pieniędzy, a ja bym już jakoś dogadał się z siostrą.
– Oddać? – Ewa poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Pomyślała o segregatorze z dokumentami, o siedmiu latach chleba z pomidorem, o kanapie spłacanej w dwunastu ratach. – Panie Robercie, myśmy zapłacili panu sto sześćdziesiąt pięć tysięcy złotych. Uczciwie. Za mieszkanie, które pan nam sprzedał jako czyste.
– Ja to rozumiem, ale jak sąd unieważni akt notarialny sprzed lat, to całą transakcję może cofnąć jak domino, łącznie z waszą. Nikt wam tego nie zagwarantuje.
– Niech pan to załatwia z siostrą, nie z nami – powiedział Tomasz, stając bliżej Ewy.
– Właśnie że to jest też z wami, bo jak przegram, to wy zostajecie z niczym, a ja… ja też mogę stracić wszystko.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko brzęk czyichś kluczy piętro wyżej. Ewa spojrzała na segregator, który wciąż trzymała pod pachą – jedyną rzecz, jaką miała przy sobie jako dowód, że to mieszkanie jest ich.
– Jeśli mamy stracić dach nad głową i pieniądze, które odkładaliśmy siedem lat, to nie oddając je panu za darmo, tylko w sądzie, z adwokatem. Dobranoc panu.
Kaczmarek chciał jeszcze coś powiedzieć, otworzył usta, ale Tomasz już otwierał drzwi do klatki i pociągnął Ewę za sobą do środka. Zamek szczęknął głośniej, niż było trzeba.
Wieczorem, gdy siedzieli już w kuchni, nie mogąc nic przełknąć poza herbatą, zadzwoniła Kinga.
– Mecenas Woźniak przeanalizował sprawę. Możecie odetchnąć. W dniu, w którym podpisywaliście akt, księga wieczysta była czysta, żadnego ostrzeżenia, żadnego wpisu. Kupiliście mieszkanie w dobrej wierze, a prawo w takiej sytuacji staje po stronie kupującego, nie sprzedającego. Nawet jeśli sąd przyzna rację Agnieszce, ona będzie dochodzić swojego od Roberta, nie od was. Wasze mieszkanie jest bezpieczne.
Ewa odstawiła kubek tak gwałtownie, że herbata chlupnęła na blat. Nie wytarła jej od razu – siedziała, patrząc na plamę, jakby dopiero teraz naprawdę wierzyła, że to koniec.
– Na sto procent? – spytał Tomasz.
– Na tyle procent, na ile prawo daje pewność. Żeby nie było wątpliwości, złóżcie do sądu pismo jako uczestnicy postępowania. To będzie kosztować z osiemset złotych za poradę i przygotowanie.
– Zapłacimy – powiedział Tomasz bez wahania, a Ewa po raz pierwszy od dwóch dni się roześmiała, cicho, z ulgi, ocierając rękawem plamę po herbacie.
Sprawa między Robertem a Agnieszką toczyła się w sądzie jeszcze przez kolejny rok. Grabowscy dostali dwa wezwania jako uczestnicy postępowania, złożyli wyjaśnienia przez pismo przygotowane przez mecenasa Woźniaka i więcej nie musieli się martwić. Raz tylko, zimą, Ewa dostała od Agnieszki krótki list – bez pretensji, tylko z prośbą o kilka starych zdjęć babci, które mogły zostać w mieszkaniu. Ewa znalazła pudełko na antresoli, w nim kilkanaście fotografii sprzed dekad, i odesłała je pocztą, dopisując na kartce, że życzy jej, żeby to wszystko się już skończyło.
Pani Halina jeszcze przez kilka miesięcy zaczepiała ich na klatce z nowymi plotkami, aż w końcu przestała, gdy zrozumiała, że Grabowscy nie mają zamiaru się wyprowadzać ani dzielić się szczegółami.
Wiosną, tak jak planowali, zabrali się za remont. Ewa malowała framugi w pokoju, który miał zostać pokojem dziecięcym, Tomasz kończył instalację w gabinecie. Kot Fasola wskoczył na parapet świeżo umalowanego okna i położył się w plamie popołudniowego słońca, jakby to mieszkanie od zawsze było jego.
