Pościel pachniała lawendowym płynem do prania, tym samym, którego Stanisław Wróbel używał od czterdziestu lat, odkąd żona kupiła mu pierwszą butelkę na Zaspie. Teraz leżał w tej pościeli sam, w mieszkaniu przy ulicy Kartuskiej w Gdańsku, i oddech miał płytki jak u kogoś, kto już wie, że to ostatnia noc.
— Chcę zobaczyć Bazylego. Przyprowadź go, Marku. Muszę się z nim pożegnać.
Syn stał w drzwiach z kubkiem herbaty, która dawno wystygła.
— Tato, może lepiej odpocznij, ja…
— Nie ciągnij go. Porozmawiaj z nim po drodze. On wszystko rozumie, wiesz przecież.
Marek wiedział. Od czterech lat, odkąd zmarła matka, kot był jedynym stworzeniem, które nie bało się starości ojca. Bazyli miał już szesnaście lat, prawie nie widział, jedno oko zasnuwała mu mleczna mgiełka, ale trafiał bezbłędnie na kolana Stanisława, nawet gdy ten siedział w innym fotelu niż zwykle.
Spędzali razem długie popołudnia przy oknie wychodzącym na podwórko, gdzie sąsiedzi wybijali dywany, a gołębie obsiadały parapet trzeciego piętra. Nie rozmawiali wiele. Zmęczony człowiek i zmęczony kot — to im wystarczało.
Kiedy Marek wrócił z sąsiedniego pokoju, niosąc Bazylego jak coś kruchego, ojciec ledwo unosił dłoń znad koca. Palce drżały, ale oczy — wciąż żywe, wciąż czujne — szukały czegoś po pokoju. Kogoś.
Postawił kota na łóżku, przy samej piersi ojca.
— Pożegnaj się z tatą, Bazyli. Jest tutaj.
Kot nie potrzebował tłumaczenia. Ruszył pewnie, mimo mgły w oku, aż dotarł do twarzy Stanisława i przytulił się do niej całym ciałem.
— Bazyli… mój Bazyli.
Kot ocierał się pyszczkiem o policzki, o powieki, o wargi. Powoli. Z czułością, jakiej Marek nigdy wcześniej u niego nie widział — jakby zwierzę chciało zapamiętać każdy szczegół twarzy na zawsze. Jakby wiedziało, że to pożegnanie ostatnie.
Z zapadniętych oczu ojca popłynęły łzy, bezgłośnie, po zmarszczkach jak po starej mapie.
Ogromnym wysiłkiem Stanisław uniósł rękę. Lekką, trzęsącą się. Położył ją na ciepłym futrze przyjaciela. Palce już prawie nie słuchały. Ale Bazyli poczuł ten dotyk i przytulił się jeszcze mocniej, jakby ciepło jego ciała mogło zatrzymać to, co nieuniknione.
— Dziękuję… za wszystko…
To były niemal ostatnie słowa. Ręka znieruchomiała. Bazyli się nie ruszył. Został tam, przy twarzy, jak cichy strażnik.
Pokój wypełniła cisza tak gęsta, że aż niesamowita. Słychać było tylko mruczenie kota — powolne, miarowe, jak modlitwa odmawiana pod nosem. Jakby próbował zatrzymać życie choćby na kilka chwil dłużej.
Marek usiadł na brzegu łóżka i ujął dłoń ojca w swoje dłonie.
— Tato, jesteśmy tu. Nie jesteś sam.
Wtedy Bazyli uniósł łepek i miauknął. Raz. Dźwięk cichy, ale tak przejmujący, że Marek musiał zacisnąć powieki, żeby nie rozpłakać się na głos. Zza okna dobiegł stukot tramwaju numer 8, który skręcał w stronę Wrzeszcza — zwykły, codzienny odgłos, zupełnie nie na miejscu w tej chwili.
Kot znów dotknął zamkniętych powiek człowieka. Raz. Drugi. Trzeci. Jakby chciał wchłonąć każdy lęk, każdy ból, każdy ślad samotności.
Nikt nie liczył godzin. Czas w tym pokoju się zatrzymał — między mężczyzną odchodzącym z tego świata a kotem, który nie zgadzał się, żeby odszedł sam.
Kiedy nastał ranek i przez firankę wpadło pierwsze zimne światło października, Bazyli wciąż tam był. Nie odsunął się. Nie okazał strachu. Trwał przy nim do końca, pilnując ostatniej ciszy najlepszego przyjaciela.
Dopiero gdy Marek wziął go na ręce i przytulił do piersi, Bazyli wydał z siebie długie westchnienie. Wtulił pyszczek w jego dłoń i znieruchomiał.
Zrobił wszystko, co mógł. Do samego końca.
Trzy dni później Marek siedział w kancelarii notarialnej przy ulicy Długiej, z teczką ojca na kolanach. W środku było mieszkanie na Kartuskiej, książeczka oszczędnościowa z sumą dwudziestu ośmiu tysięcy złotych i jedna kartka, dopisana ręką ojca kilka miesięcy wcześniej, drżącym już wtedy pismem: "Marku, zaopiekuj się Bazylim. Zostaw mu jego kocyk i miejsce przy oknie."
Notariusz czytał testament beznamiętnie, aż doszedł do tej ostatniej linijki i uniósł brwi, bo takich zapisów w praktyce nie widuje się często. Marek nie musiał nic podpisywać, żeby to spełnić — po prostu zabrał kota do siebie, na Siedlce, gdzie miał trzeci piętro bez windy, ale za to okno wychodzące na park.
Bazyli przeżył jeszcze osiem miesięcy. Umarł we śnie, na tym samym kocyku, który Marek przywiózł z mieszkania ojca i położył dokładnie tam, gdzie zawsze — przy oknie, w plamie popołudniowego słońca.
