Suka z Wólki Grabskiej, dwoje dzieci i kotek pod kurtką

Nazywam się Bartek, mam dwadzieścia sześć lat i od dwóch lat rozwożę karmę dla schronisk pod Lublinem — to moja zwykła fucha między jednym kursem kurierskim a drugim, bo na etat mnie nikt nie brał. Tamtego dnia, w ostatni czwartek października, miałem dostawę do schroniska w Wólce Grabskiej, dwadzieścia worków suchej karmy i cztery kartony puszek. Deszcz lał tak, że wycieraczki w moim starym kombim nie nadążały, a droga dojazdowa zmieniła się w błoto po kostki — auto o mało nie ugrzęzło przy samej bramie.

Prowadzą to schronisko dwie kobiety, Agata i Kasia. Znam je z widzenia, bo przyjeżdżam raz na dwa tygodnie, ale tego dnia od razu poczułem, że coś jest nie tak. Zwykle na mój przyjazd wybiega ich pies pokojowy, kundelek imieniem Budyń, i skacze mi na nogi. Tym razem nikt nie wybiegł. W boksie numer trzy leżała owczarka — Agata mówiła mi kiedyś, że nazywa się Sarna — i nie tknęła jedzenia. Kasia klęczała przy siatce z miską owsianki na mięsie, ciepłą, rozmoczoną, taką jaką się robi dla szczeniaków. Suka nawet nie podniosła łba.

Postawiłem kartony pod wiatą i miałem wracać do auta, ale zostałem, bo zaczęło się coś, czego nie chciałem przegapić.

Sarnę przywieźli tu pod koniec sierpnia. Ktoś przywiązał ją do latarni przy przystanku koło targowiska w Świdniku — z miską wody, ze smyczą, porządnie, jakby robił to z troską. Tylko że była w ciąży. Formalnie nikt nic złego nie zrobił. W gruncie rzeczy zostawiła ją na pastwę losu, razem z przyszłymi szczeniakami. Dwa miesiące dochodziła do siebie. Zaczęła jeść, zaczęła wychodzić na spacery, nawet pozwalała Kasi wyczesywać kołtuny z boków. A tydzień wcześniej, w nocy, urodziła dwoje szczeniąt. Oba za małe, za słabe — do rana w kącie została sama Sarna. Mleko przybywało, i to tylko pogarszało sprawę.

Agata otarła twarz rękawem, nie wiadomo, czy to był deszcz, czy nie.

— Szuka ich — powiedziała cicho. — Ja przecież już wszystko posprzątałam, przesłałam świeżą słomę. A ona wącha i wącha.

Blaszany dach walił od deszczu tak, że trzeba było krzyczeć, żeby się dogadać. Koniec października, podwórko rozmokłe, gumowce chlupały w błocie od bramy aż do boksów. Agata od trzech tygodni chciała zamówić naprawę dachu nad blokiem A, bo tam lało prosto na słomę, ale pieniędzy starczało tylko na karmę — to akurat wiedziałem, bo sam widziałem fakturę, którą przypięła do tablicy w biurze.

Kasia wyprostowała się nagle.

— A gdyby jej podłożyć cudze?

— Cudze co?

— Szczeniaki. Choć jedno. Zacznie karmić, przełączy się. Suki to przyjmują, czytałam.

Agata spojrzała na nią tak, jak patrzy się na kogoś, kto proponuje coś idealnego i zupełnie niewykonalnego.

— I skąd ja ci wezmę noworodka? U nas nikt się nie oszczenił. Po wsiach teraz też nie sezon.

— Napiszemy w internecie — uparła się Kasia. — Ktoś ma duży miot, matka nie ogarnia wszystkich. Różnie bywa.

Ogłoszenie przepisywała chyba z cztery razy. Za sucho, potem za żałośnie, potem zapomniała podać numer. Wrzuciła je na grupę lokalną koło wpół do siódmej wieczorem i zaczęła sprawdzać telefon co kwadrans. Serduszka szły. Komentarze szły. „Trzymajcie się dziewczyny", „dobrej energii", „biedna psina". Szczeniaka nie było.

Zjadłem kanapkę w aucie, czekając, aż deszcz zelżeje, i już miałem odpalić silnik, kiedy zobaczyłem tych dwoje przy bramie.

Chłopiec, jakieś dziewięć lat, w za dużej kurtce z zepsutym zamkiem, i dziewczynka, mniejsza, w różowej czapce przekrzywionej na bok. Oboje mokrzy, oboje zapłakani. Dziewczynka przyciskała coś do piersi pod rozpiętą kurtką. Psy w boksach zaczęły ujadać tak, że Agata z Kasią nie od razu skapowały, o co chodzi — to nie było normalne szczekanie na mój przyjazd, tylko to, którym wita się kogoś obcego pod furtką.

— Proszę pani — zaczęła dziewczynka i zaraz się załkała. — Proszę pani, niech go pani weźmie.

Wyciągnęła spod kurtki maleńkiego szarego kotka. Wielkości dłoni, ślepy, z sierścią przylepioną do ciałka, piszczący tak cienko, że dźwięk prawie ginął w deszczu.

— Znaleźliśmy go koło śmietnika za blokiem — mówił szybko chłopiec, jakby się bał, że mu nie dadzą dokończyć. — Był tam karton, a on jeden został. Zanieśliśmy go do domu, ale mama powiedziała nie. Babcia u nas mieszka, jej się od kotów źle oddycha, to prawda, nie zmyślam.

— On nie umie sam jeść — dodała dziewczynka. — Chcieliśmy go pipetą, ale nie chce brać.

Chłopiec sięgnął do kieszeni i wysypał na mokrą dłoń pogniecione banknoty i drobne. Rozpoznałem złotówki i parę monet po dwadzieścia groszy.

— Proszę. To na karmę. Zbierałem na piłkę, ale piłka może poczekać.

Agata z Kasią spojrzały na siebie. Myśl przyszła im do głowy w tej samej sekundzie, obu było widać, że boją się ją wypowiedzieć.

— Schowaj pieniądze — powiedziała Agata do chłopca. — Serio, schowaj, bo ci zmokną. A kotka dawajcie tutaj. Uważajcie, że waszemu znajdzie bardzo się poszczęściło. Chyba będzie miał mamę.

— Prawdziwą? — spytała nieufnie dziewczynka.

— Zobaczymy.

W środku, sądząc po minie Agaty, pewności nie było żadnej. Przyjmie czy nie. I czy w ogóle przyjmie kogoś, kto nie jest psem.

— A można będziemy przychodzić? — dziewczynka wycierała nos rękawiczką. — On się Mruczek nazywa. Ja wymyśliłam.

— Przychodźcie — skinęła Kasia. — Tylko z dorosłymi.

Kotka grzały ze dwadzieścia minut w biurze, na starym ręczniku położonym na kaloryferze. Agata trzymała go w dłoniach i oddychała na niego, jakby odmrażała palce. Mruczek przestał piszczeć i zaczął się ruszać — to już było coś.

Do boksu weszły we dwie. Sarna podniosła łeb, ale nie wstała.

— Sarna, dziewczynko — Agata usiadła prosto na słomie, położyła jej dłoń na karku. — Patrz, co ci przyniosłam.

Suka spięła się, nozdrza jej zadrgały, i przez chwilę myślałem, że warknie. Kasia trzymała kotka w złożonych dłoniach, blisko brzucha Sarny, tam gdzie jeszcze tydzień temu leżały jej własne szczenięta. Sarna obwąchała go raz, drugi — długo, powoli, jakby sprawdzała dokument. Potem językiem przejechała po jego grzbiecie, od razu, jednym ruchem, jak robi się to szczeniakowi. Mruczek zapiszczał i wtulił się w jej futro.

Nikt się nie odezwał. Słychać było tylko deszcz na blasze i to, jak Sarna oddycha coraz spokojniej.

Zostałem tam jeszcze z godzinę, bo Agata poprosiła, żebym pomógł przesunąć worki karmy bliżej suchego kąta — dach nad blokiem A dalej ciekł, a rynny nie było komu naprawić. Zanim odjechałem, zajrzałem jeszcze raz do boksu trzy. Mruczek ssał, choć nieudolnie, bardziej się o nią ocierał niż jadł, a Sarna leżała nieruchomo, z łapą przełożoną przez jego cielsko, tak jak trzyma się coś, czego się nie odda po raz drugi.

Dzieciaki wróciły w sobotę, z ojcem, w gumiakach za dużych o dwa numery, i przyniosły Mruczkowi grzechotkę z piórkiem. Agata pozwoliła im postać przy siatce z dziesięć minut. Dziewczynka zapytała, czy kotek już umie chodzić. Kasia powiedziała, że jeszcze nie, ale że Sarna go pilnuje dzień i noc, i że to ona teraz jest jego mamą, taką jaką akurat mógł dostać.

Fakturę za dach Agata w końcu opłaciła dopiero w listopadzie, kiedy zebrała ze zbiórki internetowej sześćset dwadzieścia złotych — nie na blachę całą, tylko na łatę, żeby przetrwać do wiosny. Widziałem to na własne oczy, bo przywiozłem im wtedy kolejną dostawę karmy i Kasia pokazała mi na telefonie potwierdzenie przelewu.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: