Zosia miała siedemnaście lat, kiedy zaczęła pracować jako pokojówka w rezydencji hrabiego Konstantego Rawicza pod Wilanowem. Rodzina Zosi mieszkała w jednoizbowym mieszkaniu na Pradze, ojciec chorował na płuca, a matka szyła na akord dla warsztatu krawieckiego przy ulicy Ząbkowskiej. Sto dwadzieścia złotych miesięcznie, które Zosia przynosiła do domu, było jedynym stałym dochodem rodziny.
Rezydencja stała za żelazną bramą, otoczona lipami, które we wrześniu obsypywały podjazd żółtymi liśćmi. Zosia wstawała o czwartej trzydzieści, nosiła wodę ze studni, prała pościel w balii na tyłach kuchni, froterowała parkiety w dwunastu pokojach. Jadła to, co zostało po służbie wyższej rangą — zazwyczaj kartoflankę i kawałek czerstwego chleba. W pokoju dla służby, który dzieliła z trzema innymi dziewczynami, w kącie stała miska z wodą, w której co rano pływał martwy komar — nikt nie miał siły jej opróżnić poprzedniego wieczoru.
O samym hrabim krążyły opowieści, od których cierpła skóra. Mówiono, że za rozbity kieliszek kazał odesłać pokojówkę bez zapłaty i bez listu polecającego, przez co dziewczyna nie znalazła potem pracy nigdzie w powiecie. Że stangreta, który spóźnił się dziesięć minut, kazał wychłostać na oczach reszty służby. Nikt nie sprzeczał się z hrabią. Nikt nie patrzył mu w oczy dłużej, niż to konieczne.
— Do jego sypialni wchodzisz tylko wtedy, kiedy musisz — powiedziała jej stara gospodyni, pani Wanda, pierwszego dnia. — Wchodzisz, robisz swoje i wychodzisz. Nie siadasz. Nie dotykasz niczego, czego nie musisz dotknąć. Zapamiętaj to sobie, dziecko, bo ja nie będę cię drugi raz ostrzegać.
Zosia zapamiętała. Przez trzy tygodnie robiła dokładnie to, co jej kazano.
Tego dnia przypadła jej kolej na sprzątanie sypialni hrabiego — obszernego pokoju z oknami na sad, z łóżkiem z rzeźbionego drewna orzechowego i pościelą sprowadzaną z Wiednia. Odkurzyła komodę, wymieniła świece w lichtarzach, poprawiła zasłony. Ostatniej nocy spała może trzy godziny — jedna z dziewcząt w pokoju kaszlała do rana, a Zosia bała się, że to gruźlica, więc czuwała, nasłuchując. Kiedy skończyła pracę, usiadła na brzegu łóżka tylko po to, żeby zawiązać sznurowadło w bucie. Materac ugiął się pod nią miękko. Zamknęła oczy na sekundę, żeby odpocząć od pulsowania w skroniach.
Obudził ją dopiero czyjś oddech tuż nad nią.
W tym samym czasie przez korytarze rezydencji przetoczyła się fala paniki.
— Hrabia wraca z Warszawy wcześniej, niż zapowiadał!
Lokaje biegli do swoich stanowisk, kucharka wyrzucała nadpalone ciasto do kubła, stajenny zapinał surdut w biegu. Ktoś przypomniał sobie o Zosi.
— Ona jeszcze sprząta u niego w sypialni. Niech ktoś ją stamtąd wyciągnie, na miłość boską.
Nikt nie zdążył.
Drzwi sypialni otworzyły się bez pukania. Hrabia Rawicz, w płaszczu jeszcze wilgotnym od jesiennego deszczu, wszedł do środka i stanął jak wryty na progu — na jego łóżku, w pomiętym fartuchu, z twarzą wtuloną w poduszkę, spała pokojówka.
Za jego plecami zamarł lokaj, który niósł walizkę. Nikt się nie poruszył. W korytarzu było słychać tylko trzask drewna w kominku piętro niżej.
Hrabia podszedł do łóżka powoli, bez pośpiechu, jakby chciał się dobrze przyjrzeć temu, co widzi. Stał tak dłuższą chwilę, patrząc na śpiącą dziewczynę, na jej dłonie zaciśnięte na brzegu kołdry, na sine cienie pod oczami, których nawet sen nie potrafił wygładzić.
Potem zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał — nawet on sam.
Zdjął płaszcz, powiesił go na oparciu krzesła i usiadł przy biurku, żeby napisać list. Nie krzyknął. Nie wezwał gospodyni. Kazał tylko lokajowi zamknąć drzwi i nikogo nie wpuszczać, dopóki dziewczyna się nie obudzi sama.
Zosia otworzyła oczy dwadzieścia minut później i zamarła. Hrabia siedział przy biurku plecami do niej, pióro skrzypiało po papierze.
— Panie hrabio, ja… — głos jej się załamał. — Ja zaraz wyjdę, przepraszam, ja nie chciałam…
— Siedź — powiedział, nie odwracając się. — Ile godzin spałaś tej nocy?
Pytanie tak ją zaskoczyło, że odpowiedziała prawdę, zanim zdążyła pomyśleć, że powinna skłamać.
— Może trzy, panie hrabio. Jedna z dziewcząt w naszym pokoju kaszlała całą noc, bałam się, że to suchoty.
Hrabia odłożył pióro. Odwrócił się w krześle i po raz pierwszy spojrzał na nią bez tej twardości, którą znała cała służba.
— A ile godzin śpisz zwykle?
— Cztery. Czasem pięć, jeśli nie ma prania.
Milczał chwilę. Potem wstał, podszedł do okna i patrzył na sad, gdzie ogrodnik zbierał ostatnie jabłka przed przymrozkiem.
— Mój ojciec też budził tę służbę o czwartej — powiedział w końcu, jakby do siebie. — Mawiał, że sen jest dla panów, nie dla sług. Ja to samo powtarzałem przez dziesięć lat, nie zastanawiając się nad tym ani razu.
Zosia nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc milczała, siedząc na skraju łóżka z rękami zaciśniętymi na kolanach.
Tego wieczoru hrabia wezwał panią Wandę i kazał jej sporządzić nowy grafik dla służby: sześć godzin snu dla każdego, bez wyjątków, oraz gorący posiłek z mięsem przynajmniej raz dziennie. Kazał też, żeby dziewczyna z kaszlem — nazywała się Hanka — pojechała następnego dnia do lekarza w Wilanowie, na jego koszt.
Pani Wanda wysłuchała rozkazu z twarzą bez wyrazu i wyszła bez słowa komentarza, ale w kuchni tej nocy służba szeptała długo, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszała.
Zosia myślała, że na tym się skończy — że hrabia po prostu okazał chwilową słabość i za tydzień wszystko wróci do dawnego porządku. Myliła się.
Minęły dwa miesiące. Pewnego popołudnia hrabia wezwał ją do swojego gabinetu — pokoju, do którego żadna pokojówka nigdy nie była wzywana osobno. Na biurku leżała teczka z papierami.
— Rozmawiałem z zarządcą folwarku w Konstancinie — powiedział bez wstępów. — Potrzebują tam kogoś do prowadzenia księgi gospodarczej i nadzoru nad spichlerzem. To praca siedząca, płatna czterokrotnie więcej niż to, co dostajesz teraz, z osobnym pokojem i wolnymi niedzielami.
Zosia patrzyła na niego, nie rozumiejąc.
— Ale ja nie umiem prowadzić żadnych ksiąg, panie hrabio. Ja tylko sprzątam.
— Umiesz czytać i liczyć?
— Tak, ojciec mnie nauczył, zanim zachorował.
— To wystarczy na początek. Reszty nauczy cię zarządca w ciągu miesiąca albo cię odeśle, jeśli się nie nadasz. Decyzja należy do ciebie, nie do mnie.
Zosia podpisała papiery tego samego dnia drżącą ręką, nie do końca wierząc, że to się dzieje naprawdę.
Rok później, kiedy przyjechała odwiedzić matkę na Pragę, przywiozła ze sobą całą swoją pierwszą pensję z Konstancina — czterysta złotych, więcej niż ojciec zarabiał w najlepszym roku przed chorobą. Położyła pieniądze na stole obok wyszczerbionego dzbanka na mleko i powiedziała tylko, że w folwarku zawsze potrzebują rzetelnych ludzi do liczenia zboża, gdyby ojciec poczuł się na tyle silny, żeby spróbować.
Matka rozpłakała się nad tym dzbankiem, a Zosia, patrząc na jej ręce zaciśnięte na banknotach, pomyślała, że ten sen, w który zapadła tamtego popołudnia na cudzej pościeli, był chyba pierwszym normalnym snem, jaki miała od dawna — i że wcale nie żałuje, że ją wtedy złapano.
