Wiktor Kowalik wraca do Lubowidza

Moje życie wśród zwierząt

— Ty się chyba pomieszałeś w głowie, chłopcze, albo pamięć masz jak sito. — Wójt odsunął zniszczoną teczkę i popatrzył na mnie zmrużonymi oczami. — Dobrze wiesz, kto twojego ojca z tego stanowiska wygryzł i zdrowie mu odebrał. Cała wieś to pamięta. A ty teraz wracasz i chcesz na tych chwastach własny biznes stawiać? Ludzie będą palcami wytykać.

— Niech wytykają. — Odpowiedziałem bez podniesionego głosu, choć w środku coś się we mnie skręcało. — Ludzie zawsze będą coś mówić. Jak ojca szczuli, to siedzieli cicho. A teraz nagle im się język rozwiązał? Mam odłożone pieniądze, ręce sprawne. Ziemia leży odłogiem, za dzierżawę nikt nawet złotówki nie płaci. Biorę działkę w dzierżawę, wszystko będzie na papierze, przez notariusza.

— No, twoja sprawa, Wiktorze. Tylko pamiętaj: to nie jest zagranica, gdzie odrobiłeś zmianę i zapomniałeś. Tutaj każdy płot ma oczy i uszy.

Wyszedłem z urzędu gminy w Lubowidzu na podwórko. Miałem dwadzieścia dziewięć lat. Prawie jedenaście lat tłukłem się po robotach za granicą: zaczynałem jako pomocnik na budowie, marzłem na wietrze, sypiałem w barakowozach, chwytałem każdą nadgodzinę, jaka się nadarzyła. Wszystko, co zarobiłem, wpłacałem na osobne konto w banku. Nie kupowałem sobie żadnych fajnych ciuchów, nie chodziłem z kolegami na piwo w soboty. Miałem jeden cel, który nie dawał mi opuścić rąk w najgorsze dni: wrócić do domu i pokazać wszystkim, że nazwisko po ojcu jest coś warte.

Ojciec nazywał się Ryszard Kowalik. Całe życie oddał zwierzętom gospodarskim — znał każdą jałówkę z widzenia, pamiętał pochodzenie każdej krowy z tamtej dużej, państwowej jeszcze fermy pod Lubowidzem. Ludzie do niego w środku nocy przychodzili, jeśli krowa nie mogła się wycielić. A potem przyszło nieszczęście. Na fermę weszła jakaś zaraza, krowy zaczęły masowo padać. Ojciec miesiąc przed tym chodził do tamtejszego kierownika, Henryka Zaremby, i prosił o pieniądze na zabezpieczenie, na odgrodzenie części obory, żeby nie sprowadzać podejrzanej karmy z sąsiedniego powiatu. Zaremba tylko machał ręką. Nie panikuj, Ryszardzie, nie mamy wolnych środków, mamy plan do wykonania, a nie na płoty i dezynfekcję pieniądze rozrzucać.

Kiedy zwierzęta zaczęły masowo padać i przyjechała kontrola z urzędu wojewódzkiego, Zaremba szybko znalazł kozła ofiarnego. Sporządzili protokół, że główny specjalista nie dopilnował, dopuścił do zaniedbania i nie zgłosił w terminie kierownictwu. Ojca zwolnili z hukiem. Nigdzie w okolicy już go nie przyjęto do pracy, bo Zaremba miał znajomości i pozamykał mu wszystkie drzwi. Ojciec się załamał. Nie krzyczał, nie chodził po sądach — po prostu przygasł. Zamknął się w sobie, siedział w domu, patrzył przez okno i cicho tęsknił za tym, czemu poświęcił całe życie. Serce nie wytrzymało tej niesprawiedliwości kilka lat później, kiedy właśnie kończyłem szkołę zawodową. Stałem tamtego dnia nad jego grobem na cmentarzu w Lubowidzu i obiecałem sobie: podniosę to, co mu odebrali. Tylko już po swojemu. Uczciwie i otwarcie.

Pierwsze lato po powrocie było jednym wielkim sprawdzianem. Wynająłem stary dom u dalekiej ciotki, załatwiłem papiery na kilkanaście hektarów zarośniętego perzem pola, kupiłem używany traktorek, kosiarkę i starą ciężarówkę marki Star. Pieniądze, które zbierałem latami ciężkiej pracy, topniały jak śnieg w marcu. Musiałem jeszcze wziąć kredyt z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa na rozwój działalności.

Kupiłem dziesięć jałówek rasy simentalskiej od rolnika z Płocka — akurat tyle, na ile mnie było stać po opłaceniu papierów. Mój stary chlew, po latach stania pustego, przeciekał w dwóch miejscach, a stodoła pachniała stęchłym sianem jeszcze po dziadku. Naprawiałem dach sam, po nocach, przy świetle latarki czołowej, bo dnia było mało, a roboty jeszcze mniej opłacanej i więcej za darmo.

Sąsiad z lewej strony, pan Feliks, przychodził czasem popatrzeć przez sztachety, nic nie mówił, tylko kręcił głową i szedł dalej do swojego psa, który wył za każdym razem, jak przejeżdżał traktor. Ten pies, kundel łaciaty imieniem Burek, jako jedyny w całej wsi wydawał się mną nie gardzić — biegał czasem za moim wozem aż do rowu i wracał zadowolony, jakby to była najlepsza rozrywka tygodnia.

We wrześniu, kiedy pierwsza jałówka o mało nie padła od wzdęcia, zadzwoniłem po nocy do weterynarza z Żuromina, bo w Lubowidzu nikt już nie miał odwagi jechać do mnie po zmroku. Doktor Mirosław Paska przyjechał w samą porę, uratował zwierzę, a wychodząc powiedział tylko: — Twój ojciec by się z ciebie ucieszył. On też zawsze wolał stratę czasu niż stratę krowy.

Te słowa trzymały mnie przez całą zimę, kiedy prąd w oborze wysiadał podczas mrozu minus dwudziestu stopni, a ja grzałem wodę dla zwierząt w kotle na drewno, bo nowej instalacji jeszcze nie było na co postawić.

Wiosną Zaremba — już wtedy siedemdziesięcioletni, na emeryturze, ale wciąż z tym samym tonem — przyszedł do mnie sam, bez zaproszenia. Stanął przy bramie, poprawił czapkę i powiedział, że słyszał, że mam kłopoty z dzierżawą jednej z działek, bo poprzedni właściciel zmarł i sprawa spadkowa się przeciąga. Zapytał, czy nie chciałbym może tej ziemi się zrzec na jego rzecz, bo on ma znajomego w starostwie, co sprawę szybko załatwi. Za drobną prowizję, oczywiście.

Poznałem od razu tę samą metodę, którą kiedyś złamał mojego ojca — najpierw czekać, aż komuś zabraknie sił, potem podejść z pomocą, która w rzeczywistości jest przejęciem.

— Panie Henryku — powiedziałem — ja tę ziemię i bez pana znajomego załatwię. Zresztą już jest załatwiona, sprawa spadkowa się skończyła w zeszłym tygodniu w sądzie w Żurominie. Dziękuję za troskę.

Zaremba nie odpowiedział, tylko spojrzał na obórkę za mną, na te dziesięć jałówek, które zdążyły już wyrosnąć na dwadzieścia sześć, i wyszedł bez słowa.

Trzy lata później moje gospodarstwo liczyło już czterdzieści dwie krowy mlecznej rasy i osiemnaście hektarów własnej ziemi, oprócz dzierżawionej. Sprzedawałem mleko do spółdzielni w Sierpcu, a nadwyżkę przerabiałem na twaróg i oscypki, które sam woziłem na targ w Żurominie w każdą środę. Ludzie, którzy niedawno wytykali mnie palcami, teraz stawali w kolejce po mój twaróg, bo najlepszy w okolicy.

Pan Feliks umarł zimą tego samego roku, a Burek — już stary, siwy na pysku — przywędrował do mnie na dobre, jakby wiedział, że tu jest jego miejsce. Śpi teraz w sianie koło obory i szczeka na każdego, kto podjeżdża pod bramę bez zapowiedzi.

W kwietniu przyszła do mnie list z urzędu gminy: informacja, że działka po sąsiedzku, ta sama, o którą zabiegał Zaremba, w końcu trafiła na aukcję komorniczą, bo spadkobiercy się nie dogadali. Kupiłem ją za sto dziewiętnaście tysięcy złotych, płacąc gotówką z kredytu obrotowego, który dostałem dzięki historii spłat w banku spółdzielczym w Żurominie. Podpisałem akt notarialny w tym samym budynku, gdzie jedenaście lat wcześniej wójt patrzył na mnie zmrużonymi oczami i pytał, czy zwariowałem.

Na tej samej ziemi postawiłem nową halę udojową, z automatycznym systemem, który mój ojciec widział tylko w niemieckiej telewizji, kiedy jeszcze mieliśmy stary telewizor z anteną na kominie.

Zaremba przyszedł raz jeszcze, tej samej wiosny, kiedy stawiałem płot wokół nowej działki. Stanął z drugiej strony, tam gdzie kiedyś jego krowy padały na tamtej fermie, i zapytał, czy nie potrzebuję pomocnika do prac sezonowych, bo syn mu wyjechał, a wnuki nie chcą w tym siedzieć.

Popatrzyłem na niego, na jego ręce, które kiedyś podpisały protokół zwalniający mojego ojca z pracy z powodu "zaniedbania obowiązków", i powiedziałem tylko: — Nie, panie Henryku. Ale jak pan chce, może pan kupić u mnie mleko. Po cenie rynkowej, jak każdy.

Zaremba kiwnął głową, odwrócił się i poszedł w stronę wsi, a Burek odprowadził go szczekaniem aż do zakrętu drogi.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: