Salon fryzjerski przy córce

Pracuję jako recepcjonistka w salonie na Mokotowie od siedmiu lat, więc widziałam już różne klientki. Ale tamten wtorek zapamiętam.

Pani Halina przyszła bez umówionej wizyty, około czternastej, tuż po tym, jak skończyłam parzyć kawę dla poprzedniej klientki. Zapytała, czy Marta ma dziś okienko — mówiła cicho, jakby nie chciała, żeby ktoś w poczekalni usłyszał, o co pyta. Marta to nasza najlepsza koloryzatorka, ma zapisy na trzy tygodnie do przodu, ale akurat tego dnia ktoś odwołał wizytę o piętnastej. Powiedziałam, że mamy okienko. Pani Halina usiadła na kanapie przy oknie i czekała, mimo że proponowałam kawę czy herbatę. Odmówiła, tylko trzymała na kolanach dużą kopertę z folderem w środku — róg wystawał trochę, jakby dokumenty ledwo się mieściły. Palcami cały czas gładziła zagięty brzeg, jakby chciała go wyprostować.

Znam ją, bo przychodzi do nas regularnie, odkąd zamknęła swój warsztat samochodowy przy Puławskiej. Prowadziła go po mężu, dwadzieścia dwa lata, zatrudniała czterech mechaników. Kiedyś opowiadała mi, siedząc pod suszarką, jak zaczynała — mąż zmarł, zostawił jej firmę z długami, a ona te długi spłaciła w trzy lata, bo nie miała wyjścia, syn wtedy chodził jeszcze do liceum.

Syn to Bartek. Przyszedł tego dnia razem z nią, choć nie do fryzjera — usiadł na krześle przy wejściu, w skórzanej kurtce, telefon w ręku. Warsztat przed dwoma laty przepisała na niego — chciała, żeby miał zabezpieczenie, żeby nie martwił się o przyszłość. Prowadził tam serwis, ludzie go znali, przynosił dobre pieniądze. Wiedziałam też, że ostatnio między nimi jest napięcie — kilka razy przychodził odebrać matkę spod salonu i czekał w samochodzie zamiast wejść do środka, co wcześniej się nie zdarzało.

Marta zawołała panią Halinę do fotela o piętnastej dokładnie. Poszła, zostawiając kopertę na kanapie. Bartek spojrzał na nią, wstał, usiadł z powrotem, jakby się wahał, czy zajrzeć do środka. Nie zajrzał. Ja siedziałam przy recepcji, słyszałam strzępki rozmowy z tyłu salonu, bo akustyka u nas kiepska, wszystko się niesie. Marta pytała o zwykłe rzeczy, o kolor, o długość, a pani Halina odpowiadała krótko, prawie szeptem. W pewnym momencie usłyszałam, jak mówi coś o notariuszu przy Marszałkowskiej, o umówionym terminie na czwartek rano.

Po skończonej wizycie, koło szesnastej trzydzieści, wróciła do poczekalni z nowymi, krótszymi włosami — obcięła prawie dwadzieścia centymetrów, co u nas rzadko się zdarza, klientki zwykle boją się takich zmian. Podeszła do syna, wzięła kopertę z kanapy. Bartek wstał gwałtownie, telefon wylądował w kieszeni kurtki.

— Co to za papiery, mamo? — spytał głośniej, niż wypadało w naszej poczekalni. Kobieta pod suszarką odwróciła głowę.

— Sprawy do uregulowania — odpowiedziała, wkładając kopertę do torby.

— Jakie sprawy? To o warsztat chodzi? Kasia mówiła, że byłaś u księgowej.

— Kasia dużo mówi.

— Mamo, jeśli masz coś do powiedzenia, to powiedz mi wprost, a nie za pośrednictwem notariusza.

Pani Halina zapięła torbę, spojrzała na syna spokojnie, tylko dłonie miała zaciśnięte na pasku.

— Powiem, kiedy będę gotowa. Na razie zapłać recepcjonistce, bo się spieszę.

Bartek nie zapłacił — wyszedł pierwszy, trzasnął drzwiami mocniej, niż trzeba. Ona zapłaciła kartą, jak zawsze, dała mi napiwek, dwadzieścia złotych.

Trzy tygodnie później przyszła znowu, tym razem sama, na strzyżenie końcówek. Siedziała u Marty i tym razem rozmawiały głośniej, bo w salonie było pusto, tylko ja przy recepcji i jedna klientka pod suszarką.

— Mieszkanie przy Woronicza zapisałam fundacji — usłyszałam wyraźnie, bo Marta akurat wyłączyła suszarkę. — Pomagają kobietom, które muszą same prowadzić firmę po stracie męża czy partnera. Ja kiedyś takiej pomocy nie miałam.

— A warsztat? — spytała Marta.

— Warsztatu nie odzyskam, bo prawnie nie ma jak. Bartek jest właścicielem od dwóch lat, umowa ważna, sama ją podpisałam. Ale przestałam tam zaglądać. Przestałam prowadzić księgowość, którą robiłam za darmo, odkąd mu przepisałam firmę. Jeśli to jego biznes, niech sam płaci komuś trzy tysiące miesięcznie za to, co ja robiłam za miskę zupy.

Nie odezwała się więcej na ten temat, a ja nie pytałam, bo nie moja sprawa. Ale miesiąc później, może półtora, przy kasie stała za mną kobieta, która czekała na wizytę, i rozmawiała przez telefon — mówiła coś o warsztacie na Puławskiej, że mechanicy odchodzą, bo nowy szef nie wie, jak liczyć marże na częściach, i że klienci się skarżą na terminy. Wspomniała nazwę ulicy, numer domu — ten sam, który znałam z papierów Marty, kiedy kiedyś pani Halina zostawiła u nas wizytówkę warsztatu.

Pani Halina przychodzi do nas nadal, co sześć tygodni, zawsze na czternastą trzydzieści, zawsze zamawia to samo — koloryzację i strzyżenie końcówek. W poczekalni czasem sobie z nią rozmawiam, kiedy nie mam klientek przy recepcji. Ostatnio pytałam, czy planuje jakiś urlop — bo akurat leciała reklama biura podróży w telewizorze nad lustrami. Powiedziała, że myśli o Chorwacji, może we wrześniu, kiedy będzie taniej. Nie wspomniała o synu. Ja też nie pytałam.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: