Trzynaście świec dla Kacperka z Bochni

Ewelina Wardęga zapaliła pierwszą świeczkę o wpół do szóstej rano, jeszcze przed budzikiem. Postawiła ją na parapecie kuchennym, obok kubka z zimną już kawą, i długo patrzyła, jak knot się rozpala. Za oknem dopiero szarzało, a ona wiedziała, że tego dnia w kalendarzu nie ma nic zwyczajnego.

To miały być urodziny jej syna. Trzynaste. Kacper się ich nie doczekał — odszedł osiemnaście dni wcześniej, w szpitalu w Krakowie, po dwóch latach walki z guzem mózgu, który lekarze nazywali długim, trudnym słowem, jakiego Ewelina nigdy nie potrafiła powtórzyć bez zacinania się.

Mąż, Tomasz, mechanik z warsztatu przy ulicy Kazimierza Wielkiego, tego ranka nie poszedł do pracy. Zadzwonił do szefa jeszcze w nocy, powiedział tylko: „Nie dam rady, Zenek, wybacz" — i tyle. Zenek nie pytał więcej. W małym mieście takim jak Bochnia wszyscy wiedzieli, co się stało z chłopcem od Wardęgów.

O ósmej rano do drzwi zapukała sąsiadka, pani Halina, z talerzem przykrytym ściereczką — pierogi z jagodami, ulubione Kacpra. Postawiła je na stole bez słowa, tylko przytrzymała dłoń Eweliny odrobinę dłużej niż zwykle, i wyszła. Ewelina nie tknęła pierogów. Odstawiła talerz na parapet, obok świeczki.

O dziewiątej zaczęły przychodzić wiadomości. Najpierw od cioci z Tarnowa, potem od koleżanki z pracy, od nauczycielki Kacpra ze szkoły podstawowej nr 4. Każda z fotografią zapalonej świecy albo choinkowej lampki w oknie. Bo tak umówili się ludzie z fundacji Dary Serca, która przez ostatni rok pomagała rodzinie opłacać dojazdy do onkologii — żeby w dniu, który miał być urodzinami, a stał się czymś zupełnie innym, cała okolica zapaliła światło z imieniem chłopca w podpisie.

Do południa telefon Eweliny miał już sto dwadzieścia takich zdjęć. Sto dwadzieścia okien w Bochni, w Tarnowie, nawet jedno z Wrocławia, od dawnej sąsiadki, która się tam przeprowadziła. Ewelina przewijała je jedno po drugim, siedząc na brzegu łóżka Kacpra, które od osiemnastu dni stało wciąż pościelone tak, jak on je zostawił — z pluszowym psem wciśniętym pod kołdrę, bo bał się, że inaczej ktoś go zabierze do prania.

Tomasz stanął w drzwiach pokoju z filiżanką herbaty, której nikt nie pił, i zapytał cicho:

— Pokażesz mi?

Usiadła obok niego, telefon między nimi, i przewijali razem. Przy zdjęciu z okna sali gimnastycznej w szkole Kacpra — nauczycielka WF-u zapaliła tam trzynaście małych lampek choinkowych, po jednej na każdy rok chłopca — Tomasz odłożył filiżankę na podłogę, bo ręce mu się trzęsły za mocno, żeby ją utrzymać.

— Trzynaście — powiedział tylko.

— Trzynaście — powtórzyła.

Nikt z nich nie dodał nic więcej. Nie trzeba było.

Około czternastej na klatce schodowej rozległy się kroki. Ewelina rozpoznała je po dźwięku obcasów, jeszcze zanim usłyszała pukanie — teściowa, Krystyna, przyjechała autobusem z Wieliczki, bez zapowiedzi, z reklamówką z dyskontu w ręku. Postawiła torbę na stole, obok nietkniętych pierogów, i zaczęła wyjmować z niej zwitki banknotów przewiązane gumkami, jeden po drugim, aż na obrusie zrobił się z nich mały, nierówny stosik.

— Czternaście tysięcy. Odkładałam od lat, na czarną godzinę — powiedziała, nie patrząc na nikogo z nich, tylko na te pieniądze, jakby ich liczenie było łatwiejsze niż mówienie. — Wiem, że nic tego nie naprawi. Ale Zenek już od miesiąca nie płaci wam nadgodzin, bo sam ledwo wiąże koniec z końcem, a wy macie jeszcze dwadzieścia sześć tysięcy do spłacenia za to leczenie prywatne, co nie weszło do refundacji. Nie chcę, żebyście teraz liczyli grosze.

Tomasz stał oparty o framugę drzwi, z twarzą, jakiej Ewelina nie widziała u niego od dnia diagnozy. Podszedł do stołu, ujął jeden ze zwitków w dłoń, jakby sprawdzał, czy to prawda, i odłożył go z powrotem na miejsce, dokładnie tak, jak leżał.

Wieczorem, kiedy Krystyna wyjechała ostatnim autobusem do Wieliczki, Ewelina usiadła przy stole z kartką papieru i długopisem, który od miesięcy leżał w szufladzie nieużywany. Zaczęła spisywać: ile jeszcze zostało do spłacenia w klinice przy ulicy Kopernika, ile teściowa dołożyła, ile dołoży ona sama ze sprzedaży starego roweru Kacpra, którego już nikt nie miał używać. Dwadzieścia sześć tysięcy minus czternaście od Krystyny, minus tysiąc dwieście za rower — zostawało jedenaście tysięcy osiemset. Zapisała tę liczbę grubą kreską na dole kartki i podkreśliła ją dwa razy.

Nazajutrz rano, gdy Tomasz wrócił do warsztatu, bo Zenek zadzwonił i powiedział, że nie musi się śpieszyć, ale że klienci czekają, Ewelina zaniosła kopertę z pierwszą ratą do okienka bankowego przy Rynku. Kasjerka spojrzała na nazwisko na przelewie, na tytuł „leczenie onkologiczne — spłata", i nic nie powiedziała. Tylko przybiła pieczątkę i podała pokwitowanie.

Ewelina schowała je do tej samej torebki, w której od osiemnastu dni nosiła zdjęcie Kacpra z ostatnich, dobrych jeszcze wakacji nad Rabą — pokwitowanie i fotografię, jedno przy drugim, w tej samej przegródce.

Po drodze do domu telefon zabuczał jeszcze raz. Sto dwadzieste pierwsze zdjęcie — od nauczycielki WF-u, zrobione tego ranka, kiedy sprzątała salę gimnastyczną: trzynaście lampek choinkowych, wciąż zawieszonych na siatce do siatkówki, wciąż zapalonych, bo nikt nie miał odwagi ich zgasić.

Ewelina stanęła na chodniku, popatrzyła na zdjęcie chwilę dłużej niż na poprzednie sto dwadzieścia, i schowała telefon do kieszeni płaszcza. W domu, na parapecie, dwunasta świeczka tego dnia dopalała się już do końca. Zanim zdjęła płaszcz, zapaliła od niej trzynastą.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: