Kartka na lodówce z jednym słowem

Danuta miała pięćdziesiąt osiem lat i trzydzieści cztery lata małżeństwa za sobą, kiedy Zenon oznajmił jej przy śniadaniu, że przez tydzień poradzi sobie sam. Powiedział to między jednym kęsem kanapki a drugim, nie patrząc na nią, jakby mówił o pogodzie.

— Jedź do Kingi, pobądź z wnukami. A ja tu… odpocznę sobie od ciebie trochę.

Danuta odłożyła nóż. Nie krzyknęła, nie zapytała, co się stało — po trzydziestu czterech latach człowiek już wie, kiedy pytać nie ma sensu. Wstała, wyjęła z szafki termos, zapakowała do niego rosół z wczorajszego gara i postawiła na blacie z takim hukiem, że Zenon aż drgnął.

— Trzy dni, Zenek. Wracam w niedzielę.

Na lodówce zostawiła kartkę: "Kotlety w zamrażarce, cztery sztuki. Nie zapomnij o Fasolce." Fasolka to był kot, rudy, gruby, rozpieszczony do granic możliwości — Zenon go nie znosił, a właściwie udawał, że nie znosi.

Wsiadła do autobusu na Broniewskiego, w Radomiu było akurat piętnaście stopni i mżawka, taka wrześniowa, drobna jak mgła.

Zenon zamknął za nią drzwi, oparł się o framugę i poczuł coś, co przez chwilę wziął za ulgę. Cisza. Żadnego radia z kuchni, żadnego "Zenek, wynieś śmieci", żadnych seriali, przy których musiał siedzieć, bo fotel stał naprzeciwko telewizora, a przesiąść się nie chciało. Wreszcie mecz Widzewa bez komentarza, że "znowu ci ludzie biegają za piłką jak dzieci".

Fasolkę zamknął w łazience, bo drapał kanapę. Rzucił koszyk z włóczką na balkon. Usiadł w fotelu, jak król.

Nuda przyszła po trzydziestu pięciu minutach.

Przełączał kanały — nic. Wyłączył telewizor, przeszedł się po mieszkaniu, dwa pokoje z kuchnią, sześćdziesiąt dwa metry, w których nagle nie było gdzie usiąść. Otworzył lodówkę, popatrzył na kotlety, zamknął z powrotem. Koło południa jednak sięgnął po jeden, odgrzał na patelni, poparzył sobie palec przy przewracaniu i krzyknął z przyzwyczajenia w stronę pustego korytarza:

— Danusia, chleba mi podaj!

Nikt nie podał. Usiadł sam przy stole, żując w milczeniu, i pierwszy raz od bardzo dawna zauważył, że zegar w kuchni chodzi głośno, tyka jakoś natarczywie, jakby chciał wypełnić tę ciszę za dwoje.

Wieczorem włączył wiadomości. Bez Danuty komentującej, że "ci w Sejmie znowu się kłócą jak dzieci w piaskownicy", program stracił sens. Nie miał z kim się pokłócić o politykę, a to był, jak się okazało, jeden z niewielu momentów dnia, na który czekał.

Wyjął talię kart, tę starą, wytartą na rogach, którą grali w tysiąca co wieczór od lat. Rozłożył je na stole i przez chwilę patrzył, jak Danuta zawsze go ogrywała, śmiejąc się przy tym jak nastolatka, i jak on udawał złość, choć naprawdę to lubił. Schował karty z powrotem do pudełka.

Noc była gorsza. Bez jej chrapania — bo to ona chrapała, nie on, choć nigdy się do tego nie przyznała — nie mógł zasnąć. Bez porannego łomotu garnków o szóstej trzydzieści też się nie doczekał snu, bo leżał i nasłuchiwał ciszy, która nie chciała nadejść.

Drugi dzień był gorszy niż pierwszy. Mieszkanie wydawało mu się zimne jak kasza manna bez masła. Nerwowy, obolały w krzyżu od spania na krzywo, poszedł do sklepu na rogu tylko po to, żeby z kimś porozmawiać — z panią Halinką przy kasie, o niczym, o cenach jajek, które znowu poszły w górę.

Fasolkę wypuścił z łazienki trzeciego dnia rano. Kot spojrzał na niego, jakby chciał powiedzieć: "no i co teraz, mistrzu ciszy?"

Wieczorem trzeciego dnia Zenon zadzwonił do córki. Głos miał zachrypnięty, jakby połykał coś większego niż duma.

— Kinga, córeczko… daj mi mamę.

Danuta wzięła telefon w kuchni Kingi, wycierając ręce w fartuch. Milczała, słuchała.

— Nie jest dobrze samemu — powiedział tylko, cicho, i to wystarczyło.

Wróciła w sobotę, dzień wcześniej niż planowała, autobusem o czternastej dwadzieścia. W mieszkaniu zastała bałagan: talerz w zlewie od trzech dni, koszyk z włóczką na balkonie mokry od deszczu, kota głodnego mimo pełnej miski, bo zapomniał dosypać. Nawrzeszczała na niego za kuchnię, wypuściła Fasolkę na kanapę, wyciągnęła robótkę spod ławki, gdzie ją odstawił.

Wieczorem znów karty, herbata w tych samych kubkach co zawsze, jej śmiech, gdy go ograła trzy razy z rzędu. Zenon zebrał karty, pokręcił głową.

— Z tobą to nie ma spokoju. Może byś jeszcze raz gdzieś pojechała na tydzień?

Danuta tylko machnęła ręką i poszła zaparzyć kolejną herbatę. Wiedziała, że ten zrzędliwy staruch nie wytrzymałby bez niej nawet dwóch dni z rzędu — i że następnym razem, kiedy zapakuje torbę do Kingi, on znowu powie to samo przy śniadaniu, z tą samą miną, i znowu będzie kłamał.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: