Sekret Marysi z pokoju numer dwa

Miałam trzydzieści cztery lata i po raz pierwszy w życiu wierzyłam, że mam wszystko poukładane. Ślub w Wilanowie, na tarasie restauracji z widokiem na park, sierpniowe popołudnie, trzydzieści osiem stopni w cieniu i kelnerki roznoszące lemoniadę, żeby nikt nie zemdlał przed toastem. Wyszłam za Tomasza po dwóch latach związku. On miał czterdzieści jeden lat i córkę, Marysię, sześcioletnią dziewczynkę o grzywce ściętej krzywo, bo sama sobie ją obcięła nożyczkami do papieru, kiedy miała cztery lata.

Matka Marysi zmarła z powikłań przy porodzie. Tomasz wychowywał ją sam, z pomocą swojej matki, pani Krystyny, która mieszkała w Piasecznie i przyjeżdżała trzy razy w tygodniu z rosołem w słoiku. Kiedy poznałam Marysię, miała trzy lata i bała się odkurzacza. Przez kolejne trzy lata nauczyłam ją pływać na basenie przy Wołoskiej, czytałam jej na głos "Plastusiowy pamiętnik" tyle razy, że umiałam go na pamięć, i pewnego wieczoru, kiedy Tomasz oświadczył mi się w kuchni, z pierścionkiem schowanym w pudełku po herbacie, Marysia stała w drzwiach w piżamie w żyrafy i krzyczała: "Powiedz tak, powiedz tak!"

Na weselu to ona niosła koszyczek z płatkami róż i mówiła każdemu gościowi, że to ona nas "pobiera". Miałam wtedy wrażenie, że życie w końcu zdecydowało się być dla mnie łaskawe.

Do przyjęcia w sali na tyłach restauracji, gdzie DJ puszczał już drugą godzinę disco polo przemieszane z Sanah, uśmiech nie schodził mi z twarzy. Aż poczułam dwa małe palce ciągnące mnie za tiul sukni.

— Teraz, jak jesteś moją mamą, to mogę ci powiedzieć sekret taty?

Uklękłam przy niej, żeby nie pogniotła mi welonu.

— Jaki sekret?

Marysia zerknęła w stronę stołu, przy którym Tomasz śmiał się z bratem, z kieliszkiem prosecco w ręku.

— Tata kazał mi obiecać, że nigdy ci nie powiem.

Uśmiech zsunął mi się z twarzy jak za dotknięciem wyłącznika.

— To czemu mi mówisz?

Spojrzała na mnie z tą szczerością, którą mają tylko dzieci, kiedy naprawdę nie rozumieją, o co ten cały szum.

— Bo teraz jesteś moją mamą. Mamom się mówi sekrety, nie?

Przełknęłam ślinę.

— No dobrze. Powiedz.

Podeszła bliżej mojego ucha.

— Tata jeździ w każdą sobotę do jednej pani.

— Do pani? — powtórzyłam, jakby te dwa słowa nie mieściły mi się w głowie.

— No. Do pani Beaty.

— Znasz ją?

— Byłam tam raz.

Popatrzyłam na Tomasza. Obrączka, którą włożył mi na palec trzy godziny wcześniej, błyszczała pod żyrandolem, kiedy podnosił kieliszek.

— Gdzie byliście?

— W tym nowym domu.

— Jakim nowym domu?

— Tym ładnym. Pani Beata wybiera tam meble.

— Jakie meble?

— Drzwi. Kolory ścian. Kanapę. — Zamilkła na chwilę. — I mój pokój.

Muzyka gdzieś ucichła, jakby ktoś przekręcił gałkę.

— Ty masz tam pokój?

Kiwnęła głową z dumą.

— Pokazała mi go. Tata powiedział, że jak będzie gotowy, to przewiozę tam zabawki.

— A kto tam będzie mieszkał?

Wzruszyła ramionami.

— Nie wiem. Tata powiedział, że to tajemnica.

Objęła mnie w pasie.

— Ale tobie już mogę powiedzieć, prawda?

Przytuliłam ją mocno.

— Tak, kochanie. Możesz.

To nie była jej wina. Dla niej to był prezent ślubny. Pobiegła w stronę stołu z tortem bezowym, a ja zostałam tam, gdzie stałam, z butami uwierającymi po siedmiu godzinach.

Tomasz podszedł, pocałował mnie w skroń.

— Wszystko dobrze, żono?

— Wszystko super — odpowiedziałam.

Tego wieczoru tańczyliśmy do "Przekroczyć Alpy". Kroiliśmy tort. Robiliśmy zdjęcia przy fontannie czekoladowej. Nic nie powiedziałam. Bo jeśli sześciolatka coś źle zrozumiała, nie chciałam psuć sobie wesela przez dziecięcą wyobraźnię.

Był jednak konkretny powód, dla którego to nie dawało mi spokoju. Rok wcześniej firma Tomasza, zajmująca się instalacjami fotowoltaicznymi, przeżywała najgorszy okres, jaki pamiętam. Dwóch dużych klientów wycofało się z podpisanych umów, a on zalegał z płatnościami za leasing busów. Pamiętam tę rozmowę przy stole kuchennym, z filiżanką wystygłej kawy między nami: "Jeśli w ciągu dwóch miesięcy nie wpadnie gotówka, nie wiem, czy utrzymam firmę."

Miałam wtedy odłożone sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych. Dziewięć lat oszczędzania z pensji analityczki w banku, plus premie. Planowałam je przeznaczyć na wkład własny pod kredyt hipoteczny. Pożyczyłam mu sto siedemdziesiąt tysięcy. Spisaliśmy umowę u notariusza przy Puławskiej. "Oddam ci co do złotówki" — obiecał. Nie naciskałam. Za każdym razem, kiedy pytałam, jak idzie w firmie, odpowiedź brzmiała podobnie: "Trzymamy się."

Po weselu imię "Beata" nie dawało mi spokoju. Zalogowałam się do wspólnego konta firmowego, do którego miałam wgląd z racji umowy pożyczki, i zaczęłam przeglądać przelewy z ostatnich miesięcy. Znalazłam. Nie ją samą — firmę architektoniczną prowadzoną przez niejaką Beatę Wardzińską. I to nie jeden przelew. Kilka. Duże kwoty. Wszystkie z ostatniego kwartału.

Czytałam dalej i zauważyłam coś jeszcze gorszego. Firma Tomasza wcale nie była już w sytuacji, w jakiej byłam, kiedy pożyczałam mu pieniądze. Podpisał dwa duże kontrakty na instalacje dla gminy pod Grójcem. Bieżące zadłużenie spadło. Sytuacja finansowa poprawiła się wyraźnie. Od prawie trzech miesięcy. Tomasz mi o tym nie powiedział. Za to w tym samym okresie zaczęły się przelewy do firmy Beaty.

Popatrzyłam na obrączkę na palcu. Nie wiedziałam, czy istnieje jakieś niewinne wytłumaczenie. Ale wiedziałam już, że mój mąż ukrył przede mną trzy rzeczy: że firma stanęła na nogi, że wysyła dziesiątki tysięcy złotych kobiecie, o której nigdy mi nie wspomniał, i że jego córka ma już swój pokój w domu, o którego istnieniu nie miałam pojęcia.

Nie skonfrontowałam się z nim od razu. W kolejną sobotę Tomasz powiedział, że musi wpaść na budowę pod Grójcem. Odczekałam kilka minut i pojechałam za nim swoim autem, trzymając dystans na obwodnicy. Nie jestem z tego dumna. Ale musiałam zobaczyć na własne oczy.

Zatrzymał się przy kawiarni na Mokotowie. Wysiadła z niej kobieta i wsiadła do jego samochodu. Brunetka, elegancka, w moim wieku mniej więcej. Sprawdziłam zdjęcie na stronie firmy architektonicznej z telefonu. Zgadzało się — Beata Wardzińska.

Jechali jakieś czterdzieści minut, aż dotarłam za nimi do miejscowości pod Grójcem. Samochód Tomasza wjechał na posesję ze starym domem w trakcie remontu, z rusztowaniem na elewacji i stertą cegły przy bramie. Beata wysiadła. Tomasz podszedł do niej. Weszli razem do środka.

Zostałam w aucie. Godzina. Dwie. Prawie trzy. Powtarzałam sobie, że to może być zwyczajny projekt. Może firma robi tam instalację fotowoltaiczną. Może Beata jest po prostu architektką. Może Marysia widziała pokój przygotowany dla kogoś innego i pomyliła się.

Potem wyszli. Beata powiedziała coś, Tomasz się roześmiał. I objęła go ramionami. On odwzajemnił uścisk. Odłożyłam telefon na fotel pasażera. Odjechałam, zanim mnie zauważył.

Kiedy dotarłam do domu, Marysia była u babci Krystyny w Piasecznie. Tego wieczoru nic nie powiedziałam. Otwierałam usta dziesiątki razy w ciągu następnych dni. Za każdym razem przypominałam sobie o pokoju Marysi i zamykałam je z powrotem.

Dwa dni później teściowa przywiozła ją do domu z naręczem zabawek. Marysia usiadła na dywanie w salonie, a po chwili podeszła do mnie z pluszowym misiem.

— Mamo?

To był pierwszy raz, kiedy powiedziała to bez pytania, czy może.

Uklękłam i pocałowałam ją w czoło.

— Tak, kochanie?

— Myślisz, że mogę zabrać tam też Bruna? — Wskazała na misia.

— Dokąd?

— Do nowego domu.

Poczułam, jak żołądek zaciska mi się w pięść.

— Marysiu, tata mówił ci, kiedy tam pojedziemy?

— Nie. — Zastanowiła się. — Powiedział, że musi jeszcze skończyć parę rzeczy.

— Mówił, kto tam będzie mieszkał?

Pokręciła głową.

— Nie. Tylko że jak będzie gotowe, to my tam zamieszkamy.

— My?

— No, my.

— Kto to jest "my"?

Wzruszyła ramionami, wzięła misia i wróciła do zabawek. Za moimi plecami zazgrzytał klucz w zamku. Tomasz wszedł, zobaczył mnie przy Marysi i uśmiechnął się.

— Co robią moje dziewczyny?

Nie odpowiedziałam. Bo po tym, jak widziałam go w objęciach Beaty, i po tym, co wiedziałam już o pieniądzach, nie miałam pewności, czy wciąż jestem jedną z "moich dziewczyn".

Poszłam do kancelarii adwokackiej przy alei Niepodległości w poniedziałek rano, przed pracą, z teczką z umową pożyczki i wyciągami z konta. Adwokatka, pani Michalska, przeczytała dokumenty dwa razy, zanim się odezwała.

— Umowa jest solidna. Termin spłaty minął miesiąc temu. Może pani żądać zwrotu w całości, z odsetkami umownymi, i wystąpić o zabezpieczenie na jego udziałach w spółce, zanim przepisze cokolwiek na kogoś innego.

Poprosiłam ją, żeby przygotowała wezwanie do zapłaty.

Nie czekałam do soboty. We wtorek wieczorem, kiedy Marysia już spała, położyłam przed Tomaszem na stole kuchennym trzy rzeczy: wydruk przelewów do firmy Beaty Wardzińskiej, zdjęcie zrobione telefonem przed domem pod Grójcem i kopię naszej umowy pożyczki z zaznaczonym terminem spłaty.

Milczał dłużej, niż się spodziewałam.

— To nie jest to, co myślisz — powiedział w końcu.

— Powiedz mi, co to jest.

— Beata robi mi projekt domu. Miałem ci powiedzieć, jak będzie gotowy. Chciałem, żeby to była niespodzianka. Dla nas. Dla Marysi.

— Sto siedemdziesiąt tysięcy złotych na projekt architektoniczny?

Zamilkł.

— I te uściski przed domem to też część niespodzianki?

Nie potrafił na to odpowiedzieć. Wystarczyło mi to za odpowiedź, której nie usłyszałam.

Nie krzyczałam. Nie zbiłam niczego. Wyjęłam z torby wezwanie od pani Michalskiej i położyłam obok pozostałych dokumentów.

— Masz czternaście dni na zwrot całej kwoty pożyczki z odsetkami, zgodnie z umową. Jeśli nie, sprawa idzie do sądu, a ja wystąpię o zabezpieczenie na twoich udziałach w spółce, zanim przepiszesz cokolwiek na kogokolwiek.

— To dom Marysi. Ona ma tam pokój.

— Marysia ma pokój tu, w tym mieszkaniu, od trzech lat. I będzie go miała, dopóki będzie chciała. Ale ten drugi dom, ten z Beatą, nie jest moją sprawą. Twoje pieniądze i twoje sekrety też przestały być moją sprawą w tę sobotę, kiedy zobaczyłam was pod tamtym rusztowaniem.

Trzy tygodnie później stałam w tym samym mieszkaniu, w którym mieszkałyśmy z Marysią, kiedy przyszedł przelew — sto osiemdziesiąt sześć tysięcy złotych, cała kwota z odsetkami, z konta firmowego, bo Tomasz musiał sprzedać udziały wspólnikowi, żeby zebrać gotówkę na czas, zanim sprawa trafiła do sądu. Zamknęłam wspólne konto oszczędnościowe tego samego dnia i przelałam wszystko na własne, nowe konto w innym banku.

Rozwód wzięliśmy w grudniu. Marysia zostaje ze mną co drugi weekend i w środy, bo tak zdecydował sąd rodzinny na Wiśniowej, uwzględniając jej wniosek, żeby nadal nazywać mnie mamą — nikt jej tego nie zabronił, a ona się nie zgodziła przestać.

W zeszłą sobotę przyszła do mnie z rysunkiem: dwa domy narysowane kredkami, połączone ścieżką z żółtych kwiatków.

— To ten dom, w którym mieszkam z tobą, i ten, w którym mieszkam z tatą — wyjaśniła, kładąc rysunek na lodówce obok magnesu z Zakopanego. — Bruno mieszka w obu.

Przykleiłam rysunek pinezką, dokładnie na wysokości jej oczu.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: