Mieczysław Duda mieszkał w Tarnowie przy ulicy Krakowskiej, w kamienicy z windą, która jeździła głośniej niż on sam chrapał. Miał siedemdziesiąt jeden lat, emeryturę tysiąc dziewięćset złotych i żonę Barbarę, z którą przeżył czterdzieści trzy lata, z czego – jak sam liczył – trzydzieści na kłótniach o pilota do telewizora.
We wtorek rano, kiedy Barbara pakowała do torby słoik ogórków i rolkę z makiem dla córki mieszkającej w Bochni, Mieczysław powiedział to, czego nie planował powiedzieć głośno.
— Jedź już, jedź. Odpocznę sobie trochę od ciebie.
Barbara przerwała pakowanie na sekundę. Popatrzyła na niego, jakby sprawdzała, czy nie ma gorączki. Nic nie odpowiedziała – tylko pokręciła głową, wzięła torbę z ogórkami i zeszła po schodach, bo winda znowu utknęła między piętrami. Na przystanku czekał autobus do Bochni, ten sam, co zawsze o dziewiątej dwadzieścia.
Mieczysław zamknął drzwi na klucz, potem jeszcze na łańcuch – z przyzwyczajenia, chociaż nikogo się nie spodziewał. Odetchnął głęboko, jakby po raz pierwszy od lat miał całe mieszkanie tylko dla siebie. Cisza. Żadnego radia z kuchni, żadnego "zdejmij buty na wycieraczce". Teraz on będzie oglądał mecz Wisły Kraków bez komentarzy w tle.
Najpierw wyniósł na balkon koszyk z włóczką, który stał od miesięcy przy kanapie i o który się zawsze potykał. Potem otworzył drzwi na klatkę i wypuścił kota Fistaszka, bo ten drapał fotel, a Barbara zawsze go broniła. Usiadł wygodnie, przełączył kanały – nuda, powtórka za powtórką. Wyłączył telewizor. Przeszedł się po pustych pokojach. W sypialni łóżko było zaścielone tak równo, że aż dziwnie.
Około południa odgrzał sobie żurek z wczorajszego obiadu, poparzył palce, wyciągając miskę z mikrofalówki za szybko, usiadł przy stole i krzyknął z przyzwyczajenia:
— Basiu, podaj chleb!
Cisza. Nikt nie podał. Wstał sam, pokroił bochenek krzywo, bo nóż był tępy, a on nigdy nie ostrzył noży – to zawsze robiła ona na kamieniu koło zlewu.
Włączył wiadomości. Bez Barbary, która zawsze wtrącała swoje trzy grosze o rządzie, program wydawał się jakiś płaski. Z kim się teraz pokłócić o politykę? Wyciągnął z szuflady talię kart, tę wytartą, w którą grywali co wieczór w tysiąca – i przypomniał sobie, jak ona go ograła w poniedziałek, śmiejąc się tak, że aż zakrztusiła się herbatą.
W nocy było gorzej. Bez jej pochrapywania po drugiej stronie łóżka i bez porannego brzęku garnków o szóstej trzydzieści nie mógł zasnąć. Leżał, patrzył w sufit, liczył plamy po zalaniu z zeszłej zimy.
Następnego dnia obudził się w gorszym humorze niż zwykle. Kawa smakowała jak z automatu na dworcu PKP. Mieszkanie wydawało mu się zimne jak kasza manna bez masła. Do wieczora machnął ręką na dumę, zadzwonił do córki i poprosił, żeby dała mu mamę do telefonu. Głos mu się trochę łamał, kiedy powiedział cicho:
— Niedobrze samemu.
Barbara wróciła za godzinę taksówką, bo ostatni autobus z Bochni już odjechał. W progu od razu zauważyła koszyk na balkonie i skrzywiła się na widok kuchni – nóż leżał tępy na desce, a w zlewie stała niedomyta miska po żurku. Wygarnęła mu za bałagan, zawołała Fistaszka z klatki schodowej, wyciągnęła włóczkę z powrotem pod kanapę.
Wieczorem znowu karty, herbata z cytryną i śmiech, który słychać było przez ścianę do sąsiadów. Mieczysław przegrał trzecią rundę z rzędu i mruknął:
— Z tobą nigdy spokoju nie ma… może byś jeszcze raz gdzieś pojechała?
Barbara tylko się roześmiała, nalewając mu dolewkę herbaty. Znała prawdę: ten zrzędliwy staruch nie wytrzymałby bez niej ani jednego dnia dłużej.
Rano, kiedy wychodziła po bułki do piekarni na rogu, zostawiła mu kartkę na lodówce: "Chleb kroi się od tej strony, gdzie skórka twardsza. Wracam za pół godziny." Przykleiła ją tym samym magnesem znad Bałtyku, co zawsze.
