Mam sześćdziesiąt osiem lat i przez ponad czterdzieści udawałam, że lubię seriale kryminalne, bo to lubił mój mąż. Mieszkamy w Bydgoszczy, w bloku przy Focha, na trzecim piętrze bez windy, i ta klatka schodowa zna nasze małżeństwo lepiej niż niejeden sąsiad. Z Ryszardem jesteśmy razem od czterdziestu dwóch lat. Kolacja o wpół do dziewiątej, on zmywa, ja wycieram blat, potem oboje na kanapę. I tak co wieczór: on bierze pilota, ja mówię „włącz, co chcesz".
Lubi seriale o policji, mecze żużlowe i te programy, gdzie faceci przerabiają stare fiaty na tory wyścigowe — nigdy nie zrozumiałam, po co komu grzejnik w bagażniku. Siadałam obok, robiłam na drutach albo przewijałam telefon, i od czasu do czasu wtrącałam „o, ciekawe", żeby wyglądało, że oglądam. Nie jestem uległa, sama decyduję o połowie spraw w tym domu — ale przy telewizorze zawsze mówiłam „mi wszystko jedno", nawet nie myśląc.
Złamało się to przez zwykłą komedię romantyczną, którą poleciła mi koleżanka z chóru parafialnego. Puściłam ją w środę, kiedy Ryszard poszedł na działkę, i wciągnęłam się tak, że nie zauważyłam, kiedy wrócił. Zostało dwadzieścia minut do końca. Usiadł, popatrzył chwilę i po pięciu minutach zapytał, czy może przełączyć na wiadomości. Wyłączyłam. Zabolało — ale bardziej zabolało to, że on w ogóle nie zauważył, że ja coś oglądam. Dla niego telewizor po prostu grał, żeby mu było raźniej.
Miesiąc później kupiliśmy mały telewizor do pokoju, w którym kiedyś mieszkał nasz syn Bartek, zanim wyjechał do Poznania. Kupiony miał być dla Ryszarda, na żużel, kiedy ja przyjmuję znajome na herbatę. A wyszło inaczej — pewnego wieczoru zabrałam tam kubek melisy i włączyłam swój serial. Przymknęłam drzwi, usiadłam w starym fotelu po Bartku, tym z przetartym podłokietnikiem, i przesiedziałam prawie dwie godziny. Następnego wieczoru to samo. I kolejnego.
Na początku było cudownie. Filmy, teleturnieje, reportaże z podróży — bez komentarzy w tle. Ale po kilku tygodniach coś zaczęło zgrzytać. Praktycznie przestaliśmy spędzać wieczory razem. Kolacja, zmywanie, i każde do swojego ekranu.
Pewnego popołudnia Ryszard stał w kuchni z filiżanką w ręku, mieszał cukier dłużej, niż było trzeba, i w końcu spytał, czy jestem na niego zła.
— Nie jestem — powiedziałam.
— To czemu już w ogóle ze mną nie siadasz?
Odstawiłam czajnik na kuchenkę mocniej, niż zamierzałam.
— Bo przez lata siedziałam obok ciebie i oglądałam rzeczy, które mnie w ogóle nie obchodziły.
— Nigdy nie mówiłaś, że nie lubisz — odparł, a filiżanka stuknęła o blat.
— Bo nigdy nie pytałeś.
— Sądziłem, że lubisz te moje programy. Skąd miałem wiedzieć?
— Stąd, że raz mogłeś zapytać, zamiast zakładać.
Zamilkł. Odwrócił się do zlewu i zaczął płukać filiżankę, choć była czysta już po pierwszym przepłukaniu. Ja stałam z ręcznikiem w dłoni i nie miałam ochoty go podać. Przez lata zbierałam w sobie tę drobną pretensję, o której nigdy głośno nie powiedziałam. Liczyłam, że sam się domyśli, że się nudzę, choć jednocześnie zapewniałam go, że mi wszystko jedno.
— Więc obwiniasz mnie za to, że udawałaś? — spytał w końcu, nie odwracając się.
— Nie obwiniam. Mówię, że oboje robiliśmy z tego wygodne kłamstwo.
Postawił filiżankę na suszarce z takim hukiem, że aż podskoczyła. Wyszedł z kuchni bez słowa. Zostałam sama z ręcznikiem i mokrym blatem, i przez chwilę byłam pewna, że popsułam coś, czego się nie da naprawić jednym telewizorem w drugim pokoju.
Nazajutrz przy kawie usiedliśmy przy stole kuchennym i ustaliliśmy coś, co można było zrobić dwadzieścia lat wcześniej, gdyby ktoś w ogóle na to wpadł. Dwa wieczory w tygodniu wybieram ja, dwa — on, a jeśli komuś nie pasuje to, co leci, może po prostu przejść do drugiego pokoju bez robienia z tego afery. W piątki staramy się znaleźć coś dla obojga.
Pierwszego wieczoru, kiedy wybór był mój, puściłam polski film, o którym Ryszard z góry powiedział, że będzie nudny jak flaki z olejem. Po pół godzinie to on prosił, żebym ściszyła, bo nie dosłyszał jakiejś kwestii. Tydzień później obejrzałam z nim reportaż o historii Zawiszy Bydgoszcz i, ku własnemu zdziwieniu, wciągnęło mnie to.
Kupiłam kalendarz ścienny za dwanaście złotych na targu przy Rzeźnickiej i powiesiłam go w kuchni, przy lodówce. Rozpisałam w nim dni tygodnia — inicjał R, inicjał J, piątek jako wspólny. Ryszard z początku się śmiał, że robię grafik jak w przedszkolu, ale sam pierwszy zaczął go sprawdzać, zanim usiadł na kanapie.
Fotel po Bartku wciąż stoi w tamtym pokoju, ale teraz siadamy w nim na zmianę. Dziś wieczorem to mój dzień. Ryszard wchodzi z dwiema herbatami, jedną stawia przede mną, i sięga po pilota leżący na środku stolika. Waha się przez sekundę, potem podsuwa go w moją stronę.
