Był piątek, dwudziesty trzeci października, kiedy sztygar Ryszard Wojtala zszedł windą na poziom tysiąc dwustu metrów i poczuł, że coś jest nie tak jeszcze zanim dotarł do przodka.
W kopalni „Wiktoria" pod Wałbrzychem od trzech dni drążono nowy chodnik w kierunku wschodnim. Robota szła zwyczajnie, zmiana za zmianą, ktoś nawet przyniósł termos z rosołem od żony i częstował całą brygadę na przerwie. A potem, tuż przed końcem nocnej zmiany, wiertło przeszło przez twardą warstwę łupku i osunęło się w pustkę.
Górnik Tomasz Bielak, ten najmłodszy w brygadzie, ledwie dwa lata po szkole górniczej w Wałbrzychu, akurat trzymał wiertarkę. Poczuł, jak opór nagle znika, jakby wiertło wpadło w powietrze. Cofnął rękę odruchowo, o pół kroku za daleko, aż potrącił hełmem lampę na ścianie.
— Coś tam jest — powiedział tylko.
Sztygar kazał wstrzymać roboty. Kolejny wybuch mógł zawalić calutki odcinek, a nikt nie wiedział, co jest po drugiej stronie. Brygada miała już zbierać narzędzia i jechać na górę, gdy jeden ze starszych górników, Zenon Kaczorowski, przyłożył dłoń do otworu wielkości pięści.
Ciągnęło stamtąd powietrzem. Nie stęchłym, podziemnym, tylko takim, jakby ktoś otworzył okno na wiosnę.
Zenon przywołał resztę. Po kolei podchodzili, wąchali. Ktoś powiedział, że to pachnie mokrą trawą po deszczu, jak u niego na działce w Boguszowie. Inny się roześmiał, że im się przewietrzyło w głowie od zmęczenia, bo dwunasta godzina pod ziemią robi swoje.
Nikt się nie śmiał następnego ranka.
Otwór poszerzali ostrożnie, młotkiem pneumatycznym po trochu, żeby nie ruszyć calizny. Robota trwała do południa. Kiedy w ścianie zrobiła się dziura na tyle duża, żeby zajrzeć głową, Bielak poprosił, żeby to on pierwszy spojrzał — chciał sobie udowodnić, że tamten pierwszy strach był głupi.
Zajrzał. I odsunął się tak gwałtownie, że o mało nie upadł na tory wagonika.
— Co tam? — krzyknął Wojtala.
Bielak nie odpowiedział od razu. Otarł czoło rękawem kombinezonu, jakby chciał zetrzeć to, co zobaczył, zanim powie na głos.
— Światło — wykrztusił w końcu. — Tam jest światło, panie sztygarze.
Wojtala sam podszedł do otworu. Uklęknął w błocie, przyłożył oko do dziury i patrzył tak długo, że reszta brygady zaczęła się niecierpliwić. W końcu wstał, otrzepał kolana i kazał wezwać geologa z nadzoru górniczego — natychmiast, telefonicznie, z aparatu w sztolni.
Do wieczora otwór powiększono na tyle, żeby przez niego przejść, schylając głowę. Górnicy podchodzili teraz po kolei, każdy zaglądał kilka sekund i cofał się bez słowa, ustępując miejsca następnemu.
Nad nimi leżało ponad kilometr skały. A za dziurą w ścianie, tam gdzie od milionów lat powinien być tylko węgiel i łupek, rozciągało się coś, czego zwyczajnie być nie mogło.
Miasto. Zwyczajne miasto, z brukowaną ulicą, latarniami i domami z czerwonej cegły, jakby ktoś przeniósł tu kawałek starego Wałbrzycha sprzed stu lat i zamknął pod ziemią razem z powietrzem i światłem dnia.
Geolog, Barbara Sielicka, przyjechała po dwóch godzinach prosto z Politechniki Wrocławskiej, gdzie prowadziła wykład. Kazała nikomu nie wchodzić bez niej. Kiedy sama przecisnęła się przez otwór, milczała przez dłuższą chwilę, tylko wodziła latarką po fasadach.
— To nie jest naturalna jaskinia — powiedziała w końcu. — Te domy są murowane. Ktoś to zbudował.
Sprawą zainteresowało się od razu Ministerstwo Górnictwa, a potem, dyskretnie, ktoś z Warszawy, kto nie przedstawił się z nazwiska, tylko pokazał legitymację i kazał wstrzymać wszelkie prace w rejonie do odwołania. Kopalnię na czas badań częściowo zamknięto, co w małym Wałbrzychu, gdzie co druga rodzina miała kogoś na dole, wywołało tyle plotek, że w miejscowej gazecie „Trybuna Wałbrzyska" musieli uspokajać czytelników osobnym artykułem na pierwszej stronie.
Ekipa złożona z geologów, archeologów z Wrocławia i dwóch inżynierów górnictwa spędziła pod ziemią kolejne trzy tygodnie. Światło, jak się okazało, dawały nie lampy elektryczne, tylko coś w rodzaju fosforyzujących kryształów wtopionych w sklepienie — dawały bladą, równomierną poświatę, bez cienia jakiegokolwiek źródła zasilania. Powietrze krążyło systemem szybów wentylacyjnych tak starych, że kamień w nich był wygładzony jak w rzece.
Miasteczko liczyło może trzydzieści budynków. Kościół bez krzyża, coś w rodzaju ratusza, kilka domów mieszkalnych — puste, bez śladu mebli, jakby ktoś je wymurował, ale nigdy nie zamieszkał. Żadnych szczątków, żadnych przedmiotów codziennego użytku, żadnego pisma na ścianach. Data budowy pozostała zagadką: węgiel wokół komory miał, według wstępnych badań, kilkadziesiąt milionów lat, ale sama komora — sądząc po zaprawie murarskiej — mogła mieć najwyżej dwieście, trzysta lat.
Sielicka napisała później w raporcie dla ministerstwa, że najbardziej niepokojące nie było samo miasto, tylko brak odpowiedzi na pytanie, jak w ogóle mogło powstać pod kilometrem litej skały, bez żadnego szybu łączącego je z powierzchnią.
Tomasz Bielak, ten, który pierwszy zajrzał w otwór, przez rok po tym zdarzeniu nie mógł spać bez zapalonego światła w korytarzu. Rzucił pracę w kopalni wiosną osiemdziesiątego dziewiątego i przeniósł się do pracy w wałbrzyskiej ciepłowni, gdzie, jak mówił kolegom przy piwie w barze „Pod Choinką", przynajmniej wiadomo, co jest za ścianą.
Chodnik, który prowadził do komory, zamurowano betonem w listopadzie osiemdziesiątego siódmego, oficjalnie „ze względów bezpieczeństwa górniczego". Dokumentacja badań trafiła do archiwum resortowego z klauzulą ograniczonego dostępu, a kopalnię „Wiktoria" zamknięto ostatecznie już w latach dziewięćdziesiątych, jak wiele innych na Dolnym Śląsku — oficjalnie z powodów ekonomicznych.
Do dziś w Wałbrzychu, zwłaszcza wśród starszych mieszkańców osiedla Podgórze, krąży opowieść o mieście pod ziemią. Zenon Kaczorowski, już na emeryturze, do końca życia powtarzał wnukom przy niedzielnym obiedzie tę samą historię: że tam, na dole, czuł powietrze takie samo jak u niego na działce po deszczu, i że nikt mu nigdy nie wytłumaczył, skąd ono się tam wzięło.
