Krystyna czeka na telefon z Bolonii

Krystyna Wolska pachniała zawsze tak samo: mokrym tynkiem, kredą i odrobiną octu winnego, którym czyściła pędzle. W Toruniu, mieście, gdzie co druga kamienica ma pod tynkiem warstwę malowideł sprzed czterystu lat, ona jedna potrafiła po zapachu zaprawy powiedzieć, w którym stuleciu murarz mieszał wapno i czy tego dnia był w dobrym humorze. Miała trzydzieści dwa lata, prowadziła własną pracownię konserwatorską przy Wydziale Sztuk Pięknych, a jej opinie o gotyckich polichromiach cytowano na konferencjach w Krakowie i w Toruniu samym. Kiedy szła rusztowaniem pod sklepieniem kościoła świętego Jakuba, z węzłem jasnych włosów spiętym byle jak, cała w złotym pyle, ludzie na dole przestawali rozmawiać. Wyglądała, jakby freska zeszła sama zjeść kanapkę.

Jej mężem był Robert Kaczorowski, kierownik działu zaopatrzenia w fabryce mebli tapicerowanych pod Toruniem. Pobrali się na trzecim roku studiów, kiedy Krystyna jeszcze nie wiedziała o sobie tego, co wiedziała teraz. Robert za to wiedział wszystko o wszystkich i dzielił się tą wiedzą chętnie, jak grypą. Był człowiekiem systematycznym do bólu, każdą sprawę miał w swojej głowie poukładaną w segregatorach z etykietkami, i biada temu, kto próbował mu wcisnąć myśl, która do żadnego segregatora nie pasowała. Z wyglądu przypominał dużego, przedwcześnie zmęczonego chłopca, którego matka karmiła kaszą manną aż do trzydziestki, przez co twarz miał wiecznie nadąsaną, nawet gdy milczał. A milczał rzadko.

Poranek w ich mieszkaniu na Bydgoskim Przedmieściu był wyreżyserowany co do sekundy, jak zły spektakl amatorski, który gra się od lat bez zmian.

— Normalnie wyglądam? — Krystyna obróciła się przed lustrem w przedpokoju, poprawiając kołnierz roboczej kurtki z logo pracowni.

Robert, nie odrywając wzroku od gazety, mruknął tonem, jakim dyktuje się dzieciom ortografię:

— Krysiu, nie jesteś Madonną Rafaela. Po co się kręcisz jak przed konkursem piękności? Na trójkę z plusem, tak jak zawsze. Zapamiętaj to i się uspokój.

I gdy Krystyna, przy drzwiach, zapinała kozaki, dorzucił, przewracając stronę i głośno siorbiąc herbatę:

— Za mało soli w jajecznicy. Ostatnio gotujesz byle jak. Więcej myślisz o swoich tynkach niż o domu, o nas z Kubą. A dom to podstawa. Bez podstawy wszystko się sypie, Krysiu. Ty jako fachowiec powinnaś to rozumieć.

Rozumiała. Tylko czemu w tej samej chwili przypomniał jej się przystanek autobusowy przy Rynku Nowomiejskim, gdzie tydzień wcześniej starsza kobieta z siatką jabłek powiedziała za nią cicho do koleżanki: „Popatrz, jaka piękna kobieta poszła, oczu nie można oderwać". Krystynę wtedy zatkało z niedopasowania tych dwóch obrazów i przyspieszyła kroku, jakby się bała, że Robert to usłyszy i natychmiast rozłoży na czynniki pierwsze, jak wadliwy kosztorys.

Wieczorami nie było lepiej. Krystyna przynosiła z pracowni zdjęcia odsłoniętych fragmentów polichromii, szykowała referat na konferencję do Wrocławia. Kiedyś rozłożyła na stole kalkę z przerysem twarzy świętego spod siedmiu warstw przemalowań i zawołała Roberta:

— Zobacz tę linię, ten kąt nachylenia głowy! To piętnasty wiek, warsztat toruński, ale widać wpływy krakowskie! Myśleliśmy, że to strata, a okazało się zamalowane ochrą. To prawie kryminał!

Robert podszedł z kanapką z szynką, pochylił się nad stołem tak, że okruchy posypały się na kalkę, popatrzył chwilę i wydał wyrok:

— Broda mu krzywa. I jedno oko wyżej drugiego. Zezowaty święty, słowo daję. I na to marnujesz najlepsze lata? Dziecinada, mówię ci. Pył, brud, ta twoja chemia. A pensja jaka? Ja w fabryce dostałem premię kwartalną, to jest realny wkład, namacalny. A twoi brodaci nieboszczycy nikomu poza wariatami niepotrzebni. Lepiej byś poszła uczyć plastyki w szkole. I bliżej domu, i sens jest.

Mówił to tym samym tonem, jakim komentował spadek planów produkcyjnych na fotelach rozkładanych. Spokojnie, zabójczo logicznie, ze znudzeniem. I Krystyna złapała się na tym, że patrzy na męża jak na obcego człowieka w swojej kuchni, który wszedł się ogrzać, a zachowuje się jak gospodarz. Ta myśl jednak zawsze znikała szybko, zdmuchnięta formułą „no, nieidealny, ale nie pije i nie bije, to już coś".

Na spotkania z koleżankami i kolegami z pracowni Robert chodził z miną dyplomaty zesłanego do dzikiego plemienia. Siadał w kącie, jadł dużo i milczał, a potem w domu rozkładał gości na czynniki pierwsze z dokładnością patologa.

— Ten twój Danielak, co dwie godziny gadał o kredzie klejowej, on się w ogóle myje? Śmierdzi rozpuszczalnikiem na kilometr. A żarty ma głupie. I ten krawat w jelenie, kompromitacja. Ty w tym kurniku jesteś jeszcze najbardziej normalna, ale też się nabierasz tych pyłowych bzdur. To nieudacznicy, Krysiu, zrozum. Chowają się w przeszłości, bo w teraźniejszości nic nie mają do zaoferowania. A ja mówię ci prawdę, bo kocham i chronię.

Chronił ją przed wszystkim. Przed koleżankami, które „zazdroszczą i tylko czekają, aż się potkniesz". Przed wyjazdami służbowymi, bo „bez ciebie sobie poradzą, lepiej ugotuj coś porządnego". Przed jaskrawymi ubraniami: „Gdzie się tak wystroiłaś, jak na dyskotekę? Poważna kobieta, mąż, rodzina, a spódnica nad kolano. Wstyd przed sąsiadami". Przed nią samą, najgroźniejszym zagrożeniem zdaniem Roberta.

I najgorsze — to działało. Powoli, jak woda drąży kamień, niezauważalnie, jak wilgoć zjada fresk w piwnicy kościoła. Krystyna zaczęła się zgadzać. Może faktycznie jest na trójkę? Może chwalą ją tylko z uprzejmości? Może rzucić tę konserwację, zatrudnić się w domu kultury i żyć jak wszyscy normalni ludzie, bez pyłu, bez wysokości, bez tego dławiącego zachwytu, kiedy spod szpachelki wychodzi prawdziwy kolor z piętnastego wieku?

W ten grzęzący dołek wdarło się coś, co Robert nazwał później „włoskim cyrkiem", a kierownik pracowni „bezprecedensową szansą dla polskiej szkoły konserwatorskiej". Do Torunia przyjechała delegacja z Bolonii. Interesowała ich technika pracy z murem w warunkach wibracji gruntu. Oprowadzanie Włochów i prowadzenie konsultacji powierzono Krystynie, bo tylko ona w pracowni czytała włoskie podręczniki i miała doświadczenie w pracy na wysokich rusztowaniach kopuł.

Szefem grupy był starszy pan o nazwisku brzmiącym jak tytuł opery — Antonelli. Miał blisko siedemdziesiątkę, nosił śmieszne okulary w cienkiej złotej oprawce, pił wyłącznie espresso z własnoręcznie skonstruowanego termosu i mówił po polsku z okropnym akcentem, ale gramatycznie poprawnie, przez co jego zdania brzmiały jak ze starego podręcznika. Obeszli z Krystyną wszystkie obiekty, od wilgotnych piwnic kamienic staromiejskich po dzwonnicę, gdzie hulał wiatr zdolny zwalić z nóg, a pod koniec tygodnia, siedząc na ławce przy klasztorze i odganiając natrętne osy, powiedział zdanie, które wszystko zmieniło.

— Signora Krystyno — zdjął okulary, przetarł je chusteczką — mamy w Bolonii trudny projekt. Kaplica San Giovanni w Monterosso, freski z czternastego wieku, prawie zniszczone po osunięciu ziemi. Zbieramy międzynarodową grupę na cztery miesiące. Chcę panią zaprosić. Pani oko, pani ręce, to rzadki dar. Czuje pani zaprawę jak żywy organizm. Zapłacimy dobrze. Doświadczenie bezcenne. Mieszkanie zapewnione. Proszę przyjechać.

Krystyna wróciła do domu, nie czując nóg pod sobą. Nie z radości, tylko z przerażenia przed rozmową, która ją czekała. Robert siedział w fotelu, oglądał wiadomości i chrupał chleb tostowy. Nie odwracając się, zapytał:

— No, odprowadziłaś swoich makaroniarzy? Mam nadzieję, że nie ukradli nam żadnych sekretów. Bo z nich chytry naród, południowcy.

— Robert — Krystyna usiadła na brzegu krzesła, ściskając pasek torebki — zapraszają mnie do Włoch. Na cztery miesiące. Do konserwacji fresków. Zbierają grupę z całej Europy. To wielki zaszczyt, nawet nie wiesz jaki…

— Dokąd zapraszają? — Robert wyłączył telewizor i odwrócił się całym ciałem, a jego twarz przybrała wyraz obrzydzonego niedowierzania, jaki ma człowiek, który znalazł w talerzu coś obcego. — Do Włoch? Ciebie? Boże, Krysiu, ty siebie w ogóle słyszysz? Rozumiesz, po co faceci zapraszają młode kobiety w delegacje zagraniczne?

— Signor Antonelli ma sześćdziesiąt dziewięć lat, Robert. I będą tam specjaliści z pięciu krajów…

— Sześćdziesiąt dziewięć, siedemdziesiąt, choćby sto! Włoch, to wszystko wyjaśnia! Myślisz, że ich twoje krzywe święte interesują? Mają w nosie twoje freski! Na Zachodzie takie jak ty wiesz, gdzie zapraszają? Nie do kaplicy, tylko zupełnie gdzie indziej!

Krystyna zbladła tak, że wystąpiły piegi na nosie, a Robert, rozkręcony, chodził po pokoju, wymachując niedojedzonym tostem.

— Kim ty jesteś? Lekarzem? Inżynierem? Naukowcem znanym na świecie? Jesteś tynkarką, Krysiu! Robotnicą z pędzelkiem! No dobra, u nas cię chwalą, bo kadr brak, byle jaki zapaleniec na wagę złota! A tam konkurencja, fachowcy! I nagle ty! Z jakiejś toruńskiej pracowni! Nie czujesz podstępu? Wykorzystają cię, rozumiesz? Jak chcesz, tak rozumiej, dosłownie wykorzystają! A potem wyrzucą, nawet biletu powrotnego nie opłacą.

— Robert, przestań. Pleciesz bzdury. To moja praca, rozumiesz? Mój zawód, moje życie.

— Życie masz tutaj, Krysiu! Tu mąż, syn, dom, twoje obowiązki! A tam rozpusta, obcy kraj, i sama, bez opieki! A kto nam ugotuje? Kto koszule wypierze? Matka twoja, może? Ma rwę kulszową, zapomniałaś? Ty w ogóle o kimś poza sobą myślisz? Egoistka jesteś i karierowiczka! Nie, nie i nie! Zapomnij! Nawet słyszeć nie chcę!

Rzucił resztkę tosta na talerz, poszedł do sypialni i trzasnął drzwiami, odcinając dalszą rozmowę. Krystyna została sama w ciszy przedpokoju, ale w głowie pękła jej struna naciągana od siedmiu lat — ta sama, na której Robert grał swoją ponurą melodię o „trójce" i „nie wychylaj się".

Nie płakała. Usiadła przy stole, tam, gdzie jeszcze leżała kalka ze świętym o krzywej brodzie, i po raz pierwszy od dawna zaczęła liczyć — nie łzy, tylko dni. Do wyjazdu grupy zostały trzy tygodnie. Zadzwoniła do Antonellego następnego ranka z pracowni, kiedy Robert był już w fabryce, i powiedziała jedno słowo: „Tak". Kupiła bilet sama, z własnych oszczędności odłożonych na renowację łazienki, jedenaście tysięcy złotych, które przez lata gromadziła, bo Robert uważał wanny za „fanaberię". Kubę, ośmioletniego syna, zostawiła u matki na Chełmińskiej, tłumacząc dokładnie, na jak długo i dlaczego.

Robert przez trzy tygodnie nie mówił do niej wprost, tylko przez syna: „Powiedz matce, że robi z siebie pośmiewisko". W dniu wylotu z Warszawy nie odprowadził jej nawet na dworzec PKP.

Cztery miesiące w Monterosso zmieniły coś więcej niż technikę pracy pędzlem. Krystyna spała w małym pokoju nad warsztatem, jadła focaccię z sąsiedniego sklepiku, uczyła się mówić po włosku na tyle, by kłócić się z konserwatorem z Lyonu o proporcje wapna, i codziennie wchodziła na rusztowanie do fresków, które ją potrzebowały bardziej niż ktokolwiek w Toruniu. Antonelli, gdy skończyli pierwszy etap, powiedział jej wprost: „Pani ma to, czego się nie uczy. Niech pani nie marnuje tego w kraju, gdzie pani tego nie widzą". Zaproponował stały kontrakt przy fundacji ochrony zabytków — dwa lata, z opcją przedłużenia, pensja czterokrotnie wyższa niż w toruńskiej pracowni.

Wróciła do Polski, żeby zabrać syna i podjąć decyzję na miejscu, nie przez telefon. Mieszkanie na Bydgoskim Przedmieściu zastała inne — Robert przemeblował salon, jakby chciał pokazać, że dom funkcjonuje bez niej bez zarzutu. Powitał ją słowami: „No, najadłaś się makaronu, to teraz może wrócisz do normalnego życia". Krystyna postawiła walizkę w przedpokoju i po raz pierwszy od siedmiu lat nie zaczęła się tłumaczyć.

Poszła prosto do sekretarza w salonie, gdzie trzymali dokumenty, wyjęła akt notarialny mieszkania — kupionego wspólnie, ale spłaconego głównie z jej pensji reserwatorskiej i premii za konferencje, bo Robert od lat odkładał na własne konto „na czarną godzinę", o czym Krystyna wiedziała, tylko nigdy nie chciała drążyć. Zadzwoniła do adwokatki, którą poznała jeszcze przed wyjazdem przez koleżankę z pracowni, i umówiła się na rozdzielność majątkową i podział mieszkania. Na stole zostawiła kopertę z dokumentami rozwodowymi i karteczkę: „Podpisz do piątku, potem sąd zrobi to bez ciebie".

Robert przyszedł do pracowni trzy dni później, kiedy Krystyna kończyła szkicować kartony do nowego zlecenia — polichromie w kościele w Chełmży. Stanął w progu, w tej samej znudzonej pozie, którą znała z kuchni, i powiedział, że to „przesada", że „nikt nie robi tak nagle", że „pomyśl o synu". Krystyna nie odłożyła pędzla.

— Kuba zostaje ze mną, mam już zgodę mediatora. Mieszkanie sprzedajemy, twoja połowa trafi na twoje konto, moja połowa idzie na mieszkanie bliżej pracowni. Kontrakt z Bolonią podpisałam wczoraj — dwa lata, z możliwością przedłużenia. Wyjeżdżamy z Kubą za sześć tygodni.

Robert stał w drzwiach jeszcze chwilę, czekając, że zacznie się tłumaczyć albo płakać, jak zawsze. Nie doczekał się. Odwrócił się i wyszedł, a Krystyna wróciła do rysunku — do linii brwi świętego z Chełmży, które tym razem, sprawdziła to trzy razy cyrklem, były idealnie równe.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: