Sukienka na wieszaku

Krystyna Wiśniewska otworzyła szafę i przez chwilę stała nieruchomo, patrząc na rząd ciemnych swetrów i spódnic poniżej kolan, które kupowała sobie od lat, bo „w tym wieku już nie wypada inaczej". Za oknem jej mieszkania na Bemowie akurat przejeżdżał tramwaj numer 20, a w telewizorze w kuchni ktoś zapowiadał pogodę na jutro — chłodno, deszczowo, typowy październik w Warszawie. Krystyna miała sześćdziesiąt dziewięć lat i od śmierci męża, czternaście miesięcy temu, nie kupiła sobie nic poza praktycznym płaszczem na zimę.

Tego dnia zadzwoniła córka, Ania, żeby zaprosić ją na wesele kuzynki do Zalesia Górnego. „Mamo, przyjedź, proszę. I nie zakładaj tej swojej granatowej marynarki po raz setny." Krystyna się roześmiała, ale coś w niej ścisnęło — bo miała dokładnie taki plan.

Sąsiadka z dołu, pani Bożena, która hoduje na balkonie pelargonie i zawsze wie, co się dzieje na klatce, zaczepiła ją przy skrzynkach na listy.

— Idzie pani gdzieś w tym roku? Bo pani, przepraszam, że powiem, ale pani się ostatnio jakoś… schowała.

Krystyna nie odpowiedziała od razu. Wróciła do mieszkania, zaparzyła herbatę w kubku po mężu — tym z odpryskiem na uchu, którego nigdy nie wyrzuciła — i usiadła przy stole z laptopem córki, zapożyczonym na tydzień. Otworzyła zdjęcia z internetu, które ktoś jej kiedyś przysłał: dwie znane aktorki w podeszłym wieku, jedna w prostej, dobrze skrojonej bluzce, druga w czerwonej sukience i kapeluszu, z wyrazistą szminką. Patrzyła długo.

Nazajutrz pojechała do domu towarowego przy Marszałkowskiej. Nie do sekcji z workowatymi bluzkami w kwiatki, gdzie zwykle się zatrzymywała, tylko piętro wyżej. Sprzedawczyni, dziewczyna może dwudziestopięcioletnia, z kolczykiem w nosie, podała jej sukienkę koloru butelkowej zieleni. Krystyna zawahała się przy kasie — sto osiemdziesiąt złotych to nie był mały wydatek z jej emerytury — ale zapłaciła kartą i wyszła ze sklepu z torbą, którą niosła jak coś kruchego.

W domu przymierzyła ją przed lustrem w przedpokoju. Stała tak długo, że zapomniała o gotującym się w kuchni rosole, który w końcu wykipiał i zalał palnik. Wytarła kuchenkę, śmiejąc się sama do siebie — pierwszy raz od dawna śmiała się bez powodu, tylko dlatego, że czuła się dobrze we własnej skórze.

Na weselu w Zalesiu Górnym, w sali przy starym dworku, gdzie na stołach stały świece w słoikach, a zespół grał disco polo przeplatane walcami, Krystyna usiadła obok cioci Danuty, kobiety po osiemdziesiątce, która od lat farbowała włosy na intensywny rudy kolor i nosiła bransoletki aż po łokieć. Ciotka Danuta spojrzała na zieloną sukienkę i powiedziała tylko: „Nareszcie."

Nie wszyscy byli zachwyceni. Kuzynka matki panny młodej, niejaka Halina, kobieta apodyktyczna, znana z tego, że komentuje wszystko i wszystkich, podeszła do stołu z kieliszkiem wina.

— Krysiu, w twoim wieku taki kolor? Nie sądzisz, że to trochę… za dużo?

Krystyna odłożyła widelec. Nie podniosła głosu.

— A ty, Halinko, w swoim wieku uważasz, że trzeba komuś mówić, co ma na sobie nosić?

Zapadła cisza przy stole, ktoś zaczął nerwowo poprawiać serwetkę. Ciotka Danuta parsknęła śmiechem i podniosła kieliszek: „Za Krysię."

Wieczorem, kiedy tańczyła z zięciem przy wolnym kawałku, Ania patrzyła na matkę z boku i widziała coś, czego nie widziała od dawna — nie makijaż, nie sukienkę, tylko to, jak matka trzymała ramiona, jak się śmiała, odrzucając głowę do tyłu.

Po weselu Krystyna nie wróciła do szafy pełnej granatów i szarości. Zrobiła coś konkretnego: umówiła się na sobotę z Anią i razem zawiozły siedem worków starych ubrań do kontenera PCK przy ulicy Górczewskiej. Osiem lat noszonych rzeczy, które kupowała, bo „już nie wypada", oddała ludziom, którzy ich potrzebowali bardziej niż ona potrzebowała udawać, że nie ma prawa wyglądać dobrze.

Tego samego dnia otworzyła w banku PKO nową książeczkę oszczędnościową — nie na pogrzeb, jak planowała wcześniej odkładać, tylko z dopiskiem „na siebie". Wpłaciła pierwsze sto złotych.

Pani Bożena z dołu zobaczyła ją tydzień później na klatce, w tej zielonej sukience, idącą do fryzjera zamiast, jak zwykle, do apteki po więcej maści na kolana.

— O, dokąd to pani tak wystrojona?

— Do siebie — odpowiedziała Krystyna i minęła sąsiadkę na schodach, nie tłumacząc się dalej.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: