Bartek Sowiński jechał na nocną zmianę do magazynu przy Puławskiej, kiedy zobaczył coś małego na pasie awaryjnym Trasy Łazienkowskiej. Była dwudziesta trzecia czterdzieści, piątek, dwa tygodnie temu. Radio grało jakiś przebój sprzed dwudziestu lat, w kubku od McDonalda dawno wystygła kawa.
Z początku pomyślał, że to worek po śmieciach, który wiatr przywiał z Wisłostrady. Zwolnił, bo przed nim jechała fura z warszawskimi blachami i migała hamulcami bez powodu. I wtedy ten "worek" się poruszył.
Mały, może ośmiotygodniowy kotek, szary w białe łaty, stał przy samej barierce, znieruchomiały w świetle reflektorów. Trzy pasy ruchu, ściana samochodów jadących sześćdziesiąt na godzinę, a on ani drgnie, tylko mruga w blasku świateł.
Bartek zjechał na pobocze przy zjeździe na Rondo Waszyngtona, uderzył czwórkami i wysiadł. Za plecami trąbił ktoś w audi, ktoś inny krzyknął przez uchylone okno, żeby się ruszał, bo tu nie parking. Nie odpowiedział. Poszedł wzdłuż barierki, kucnął, wyciągnął rękę.
Kotek się cofnął, o mało nie wpadł pod koła nadjeżdżającego busa kurierskiego. Kierowca zahamował z piskiem, opuścił szybę i chciał się kłócić, ale zamilkł, gdy zobaczył, o co chodzi. Rzucił tylko: "no bierz go szybko, bo mi tu korek zrobisz" i odjechał.
Drugie podejście się udało. Bartek złapał zwierzaka za kark, przycisnął do bluzy, poczuł, jak małe serduszko wali jak młotek. Kotek nie drapał, tylko trząsł się cały, wtulony w niego, jakby wiedział, że to już koniec zagrożenia.
W samochodzie posadził go na fotelu pasażera, przykrył swoją bluzą. Zadzwonił do szefa zmiany, że się spóźni z powodu wypadku losowego — szef, sam właściciel dwóch kundli z Bródna, nie protestował.
Kotka nazwał Waszek, na cześć ronda, przy którym go znalazł. Zawiózł do całodobowej lecznicy na Mokotowie, gdzie weterynarz stwierdził odwodnienie i lekkie otarcia łapek, nic poważnego. Sto osiemdziesiąt złotych za wizytę, karma, piasek i transporter na start — Bartek zapłacił kartą bez wahania, chociaż do wypłaty zostały jeszcze dwa tygodnie.
Przez pierwszą noc Waszek spał w kartonowym pudle obok łóżka, bo do kuwety jeszcze nie dorósł zaufaniem. Rano zostawił na poduszce Bartka małą smugę błota z łapki — ten nawet się ucieszył, bo to znaczyło, że kot poczuł się na tyle bezpiecznie, żeby wleźć wyżej.
Sąsiadka z dołu, pani Krystyna, zobaczyła go z transporterem na klatce i spytała, czy to na stałe, czy do adopcji. Bartek powiedział, że jeszcze nie wie. Ale kiedy trzeciego dnia Waszek wskoczył mu na kolana podczas oglądania meczu i zasnął w połowie pierwszej połowy, sprawa się rozstrzygnęła sama.
Teraz jest szósta rano. Waszek, już prawie czterokilogramowy, siedzi na klatce piersiowej Bartka i uderza łapką w jego nos, raz, drugi, coraz mocniej, aż w końcu trafia pazurkiem tak, że Bartek otwiera oczy i mruczy pod nosem coś w rodzaju przekleństwa bez złości. Za oknem jeszcze szaro, na balkonie leży koc w kratkę, tam gdzie kiedyś stała suszarka. Bartek sięga po telefon, żeby wyłączyć budzik, który i tak jeszcze nie zadzwonił, i odsuwa kota na bok. Waszek nie ustępuje, wraca, siada mu na piersi i zaczyna mruczeć głośno, jakby to on tu rządził porankiem. Z klatki schodowej dobiega trzask drzwi pani Krystyny, która wychodzi z psem na pierwszy spacer. Bartek wstaje, otwiera drzwi na balkon, żeby wpuścić trochę chłodnego powietrza, i patrzy, jak kot od razu biegnie na koc, kładzie się na nim plackiem i wystawia brzuch do słońca, które dopiero wschodzi nad blokami przy Rondzie Waszyngtona.
