Ewa Malinowska wsunęła do kieszeni klucze od działki i poprawiła pasek torby na ramieniu. Był piątkowy wieczór, za szybą kuchennego okna w bloku przy ulicy Pabianickiej w Łodzi padał październikowy deszcz, wiatr rzucał krople na parapet. W telewizorze leciała Familiada, ale nikt na nią nie patrzył.
Teresa Malinowska stała przy kuchence, mieszając kompot z wiśni. Nie odwróciła się, gdy córka weszła do pokoju. Dopiero po dłuższej chwili postawiła garnek na kratce i wytarła dłonie w fartuch.
— No i co? — rzuciła przez ramię. — Spakowane?
Ewa położyła torbę na krześle. Pachniało kapustą z grzybami i czymś, co od lat kojarzyło się jej z weekendami, które zawsze brała, by ratować działkę pod Aleksandrowem Łódzkim: wilgocią, farbą olejną, mokrą ziemią z ubrań.
— Mamo, wyjeżdżam w niedzielę rano — powiedziała cicho. — Siedem dni. Sanatorium w Ciechocinku. Tężnie, inhalacje, zabiegi.
Teresa odgarnęła siwe włosy. Jej dłoń na chwilę zatrzymała się na uchwycie szafki, jakby szukała oparcia.
— Siedem dni. — Matka cedziła słowa. — A ja tu z dachem przeciekającym nad głową. Wiesz, że w sypialni od tygodnia stoi miednica?
Ewa podeszła do stołu. Na ceracie w biało-czerwoną kratę leżały rachunki: prąd, woda, jakaś faktura z gminy za wywóz odpadów. Przymknęła powieki.
— Mówiłam. Weź fachowca. Dam ci pieniądze.
— Fachowca! — Teresa odwróciła się. — A kto mu będzie stał nad karkiem? Kto przypilnuje, żeby nie oszukał? Ty już nawet na działkę nie przyjeżdżasz.
Ewa wyjęła z torebki telefon. Na ekranie migało powiadomienie z aplikacji banku: przelew za sanatorium — 1490 zł, noćlegi i wyżywienie wliczone. Ten sam przelew od tygodnia nie dawał matce spokoju.
— Przyjeżdżałam co tydzień przez trzy lata, mamo — powiedziała. — Odkąd Mariusz odszedł.
Teresa machnęła ręką.
— Mariusz, Mariusz. Znam to. Zawsze uciekał wzrokiem za innymi. Ale ja cię nie zostawiłam, gdy byłaś w pieluchach. I nie zostawię teraz, chociaż ty mnie zostawiasz z dziurą w dachu.
Ewa poczuła, jak sztywnieją jej palce na pasku torby. Za oknem autobus linii 72 podjechał na przystanek, syknął hamulcami, odjechał. Krople deszczu rysowały na szybie krzywe ścieżki.
Sześć tygodni wcześniej stała w księgowości firmy transportowej na Widzewie, trzymając w ręku kopertę z premią. Kierownik wręczył jej osobiście: za zamknięcie ubiegłorocznego bilansu, za nadgodziny, za cierpliwość do kierowców, którzy gubili faktury.
— Masz, Ewa — powiedział. — Cztery tysiące osiemset. To twoje, nie oddawaj nikomu.
Aneta, koleżanka z biurka obok, od razu otworzyła przeglądarkę. Znalazła ofertę sanatoryjną w Ciechocinku: siedem dni, pełne wyżywienie, zabiegi na kręgosłup. Ewa przygryzła wargę, patrząc na cennik.
— Nie mogę — zaczęła.
— Możesz — Aneta podsunęła jej laptop. — Masz czterdzieści pięć lat i od trzech lat nie byłaś nigdzie dalej niż na działkę z łopatą.
I wtedy Ewa kliknęła „Rezerwuj”. Był to pierwszy raz od dawna, gdy robiła coś wyłącznie dla siebie.
Ale telefon do matki zepsuł wszystko. Teresa odebrała i, zanim córka zdążyła powiedzieć dzień dobry, przeszła do rzeczy:
— Wiesz, ile kosztuje papa dachowa? W Castoramie podnieśli ceny. A rynny? Rynny przepuściły ostatnio, wszystkie zardzewiałe.
— Mamo, wyjeżdżam do sanatorium — powiedziała Ewa.
W słuchawce zapadła cisza. Potem matka rzekła tak chłodno, że Ewa poczuła dreszcz w karku:
— A kto mi naprawi dach?
Ewa wytłumaczyła, że opłaci fachowca. Matka prychnęła.
— Jak ostatnio, gdy opłaciłaś hydraulika? Też mi wyszło. Dwa dni później rura pękła drugi raz, bo źle skręcił.
— To nie moja wina.
— Twoja, bo ciebie przy tym nie było.
Ewa wtedy rozłączyła się. I kupiła bilet. A teraz w kuchni na Retkini matka patrzyła na nią zza okularów, które zsunęły się na koniec nosa, i czekała.
W weekend zadzwoniła jeszcze dwa razy. W sobotę rano: „W sypialni cieknie, miednica już pełna”. W niedzielę o szóstej rano: „Zimno mi, piec gaśnie”. Ewa włączyła tryb wyciszenia.
W poniedziałek rano wsiadła do pociągu. Na stacji Łódź Kaliska kupiła w automacie kawę i drożdżówkę z makiem. Peron pachniał wilgotną stalą. W pociągu usiadła przy oknie, wyjęła z torby segregator z dokumentami. W środku miała umowę z lokalną firmą remontową z Aleksandrowa Łódzkiego — podpisaną tydzień temu.
Na działce czekał Stanisław Zieliński, sąsiad zza płotu, który od lat pomagał matce przy drobnych naprawach. Właśnie jemu Ewa powierzyła klucze. Zaznaczyła w umowie: koszt papy, rynien, robocizny — 4300 zł. Wpłaciła całość z góry przelewem z premią.
Nie powiedziała matce. Wiedziała, że Teresa nie podpisze żadnej umowy. Matka wolała mieć ją na każde zawołanie.
Gdy pociąg ruszył, Ewa wyjęła telefon. Krótka wiadomość do matki:
„Na działkę już nie wrócę. Dach naprawi pan Stanisław. Zapłacone z góry, umowa na stoliku w kuchni, pod ceratą.”
Nacisnęła wyślij.
Pociąg przyspieszył. Za oknem mijały podłódzkie wsie, mokre pola, rzędy bezlistnych drzew. Ewa oparła się o zagłówek i przymknęła oczy.
W tym samym czasie Teresa Malinowska stała nad kuchennym stołem. Odsunęła talerz z niedojedzoną drożdżówką. Koperta leżała pod ceratą, ale matka zaczęła ją przeglądać dopiero wtedy, gdy zobaczyła na telefonie nieodebrane połączenie od córki. Sięgnęła po komórkę, ale zanim zdołała oddzwonić, w drzwiach wejściowych zadzwonił dzwonek.
To był pan Stanisław. W dłoni trzymał klucze do działki.
— Dzień dobry, pani Tereso. Pani Ewa poprosiła mnie, żebym wymienił papę i rynny. — Wyciągnął wizytówkę firmy. — Umowa podpisana, wpłata potwierdzona. Zaczynam w środę.
Teresa nie odzywała się. Patrzyła na klucze.
— A córka? — wykrztusiła w końcu.
— Pani Ewa wyjechała. — Stanisław uśmiechnął się krzywo. — Mówiła, że ma tydzień dla siebie. Zostawiła to dla pani.
Podał Teresie złożoną kartkę. Matka wzięła ją powoli. Rozwinęła.
„Mamo, na dach jest 4300 zł. Pan Stanisław pokaże ci fakturę po robocie. Klucze zostawił u siebie. Jeśli coś się zepsuje, dzwoń do niego.”
Pod spodem, mniejszym drukiem: „Nie jestem już twoją darmową siłą roboczą.”
Teresa przeczytała ostatnie zdanie trzy razy. Ręka jej drżała, więc zgniotła kartkę i wcisnęła do kieszeni fartucha.
— Nie jedź nigdzie! — rzuciła w stronę telefonu, choć córka nie mogła jej słyszeć. — Wróć!
Nikt nie odpowiedział.
W Ciechocinku Ewa wysiadła na peronie pociągu z Torunia. Powietrze pachniało jodem i mokrą korą. Podeszła do parku zdrojowego, minęła fontannę, usiadła na ławce naprzeciwko tężni. Wyjęła z torby butelkę wody, zdjęła kurtkę. Spojrzała na zegarek. Właśnie mijała szósta po południu.
W kieszeni torby poczuła mały, sztywny przedmiot. Sięgnęła. To był drugi komplet kluczy do działki. Wcisnęła go do kieszeni płaszcza i ruszyła w stronę sanatoryjnej stołówki.
Na kolację podawano żurek z jajkiem i białą kiełbasą. Usiadła przy stole z obcą kobietą w szlafroku, która narzekała na zimne korytarze. Ewa słuchała jednym uchem, a w myślach wracała do kuchni na Retkini.
Ale już nie z poczuciem winy. Z poczuciem, że wreszcie zrobiła coś za swoje pieniądze, a nie za cudzą wygodę.
Następnego ranka Teresa dostała z banku powiadomienie, że na jej konto wpłynęło 700 zł. Wiadomość od Ewy:
„Na jedzenie na tydzień. I na taksówkę do lekarza, gdybyś potrzebowała. Pan Stanisław przyjdzie w środę. Klucze są u niego.”
Matka przez minutę wpatrywała się w ekran. Potem wybrała numer sąsiadki i poprosiła, by ta zaniosła jej paczkę herbaty z mięty. Jeszcze nigdy nie poprosiła nikogo o zakupy.
W środę rano, gdy Stanisław rozkładał drabinę przy domku, Teresa patrzyła przez okno. Nie wyszła. Ale wieczorem przyniosła mu termos z kawą i położyła na schodku talerz z ciastem. Nie siadła z nim, tylko wróciła do domu i zamknęła drzwi.
W piątek Ewa siedziała w tężniowej sali inhalacyjnej, oddychając powoli. Na ławce obok siedziała kobieta w sanatoryjnym szlafroku. Ewa zamknęła oczy. Poczuła, że jej plecy nie są już tak napięte.
Kiedy tydzień później wysiadała na Łodzi Kaliskiej, nie poszła od razu do matki. Najpierw wyjęła telefon i sprawdziła powiadomienia. Stanisław wysłał zdjęcie nowej papy na dachu, z podpisem: „Zrobione. Faktura na cztery tysiące trzysta złotych. Zapłacone.”
Dopiero wtedy napisała do matki:
„Jestem w Łodzi. Wpadnę jutro po swoje klucze.”
Po chwili przyszła odpowiedź. Teresa pisała długo, bez polskich znaków:
„Nie musisz. Stanisław ma wszystko. Ja tu doczekam wiosny.”
Ewa uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od trzech lat nie czuła się winna. Wsiadła do tramwaju nr 11. Ktoś zostawił na siedzeniu gazetę z krzyżówką. Otworzyła na stronie z rozrywką i wpisała jedno hasło — „ulga” — dokładnie siedem liter.
