Grzegorz strzygł Tomka od dwunastu lat — ten sam fotel, to samo lustro z odpryskiem w rogu, ten sam zapach lakieru i pianki do golenia unoszący się nad Krakowską. Tomek uczył chemii w liceum przy tej samej ulicy, trzy przecznice dalej, i przychodził do Grzegorza co trzy tygodnie, zawsze w sobotę rano, zawsze z tym samym pytaniem o Wisłę Kraków.
Tego dnia pytanie było inne.
— Powiedz mi szczerze — Tomek usiadł w fotelu, patrzył na swoje odbicie w lustrze, na siwe skronie, których nie było jeszcze pięć lat temu. — Dlaczego z tą oświatą jest coraz gorzej? Ja się tego pytania boję zadawać w pokoju nauczycielskim, bo nikt już nie ma siły odpowiadać.
Grzegorz zawiązał mu fartuch pod szyją, sięgnął po grzebień.
— To ja ci opowiem inaczej. Wyobraź sobie, że przed każdą fryzurą muszę napisać sprawozdanie. Na dziesięć stron. Osobno dla nożyczek, osobno dla maszynki, osobno dla brzytwy.
— Przesadzasz.
— A moja pensja nie zależy od tego, czy fryzura komuś pasuje, tylko od tego, ile szkoleń odbyłem. Ile zdjęć z klientami wrzuciłem na Facebooka, koniecznie przed i po. Raz na jakiś czas wpada kontrola z kuratorium i sprawdza, czy strzygę zgodnie ze "standardem pedagogicznym strzyżenia".
Grzegorz przetarł grzebień o fartuch, przez chwilę patrzył na czubki swoich butów.
— A wiesz, że kilka razy w miesiącu jestem "dobrowolnie zobowiązany" — tak to teraz nazywają — sprzątać chodnik przed zakładem?
Tomek zmarszczył brwi.
— Zaraz, zaraz. To kiedy ty w ogóle strzyżesz?
Grzegorz odłożył grzebień na blat.
— No właśnie.
Za oknem przejechał tramwaj numer osiemnaście, ten sam, którym Tomek dojeżdżał do szkoły od siedemnastu lat. Radio na półce grało cicho — jakiś przebój sprzed dekady, którego nikt już nie pamiętał tytułu.
Grzegorz zaczął strzyc. Nożyczki kliknęły raz, drugi, pasmo włosów spadło na fartuch.
— U nas w tym roku doszła jeszcze jedna rzecz — powiedział Tomek. — Nowy dziennik elektroniczny, w którym trzeba wpisywać nie tylko oceny, ale i "kompetencje kluczowe" do każdej lekcji. Osobna zakładka na cele, osobna na ewaluację, osobna na informację zwrotną. Czterdzieści pięć minut lekcji, a papierologii na dwie godziny.
— I ile ci za to płacą?
Tomek się skrzywił.
— Cztery tysiące sto osiemdziesiąt brutto. Po siedemnastu latach, z dyplomem magisterskim i stopniem nauczyciela mianowanego.
Grzegorz gwizdnął przez zęby, obcinając grzywkę.
— Ja za jedną sobotę mam więcej, jak wszystkich klientów policzę.
Tomek wyjął telefon, otworzył dziennik elektroniczny. Dwadzieścia trzy zaległe wpisy, termin do niedzieli wieczorem. Kciukiem najechał na pierwszy z brzegu — temat lekcji o reakcjach egzotermicznych, pusta rubryka "kompetencje kluczowe" pod spodem, migający kursor. Zaczął pisać, skasował, zaczął jeszcze raz. W końcu zamknął aplikację, nie zapisując niczego, i schował telefon do kieszeni kurtki.
— Grzesiu, mianowanie dają po trzech latach starań, wiesz? Ja to robiłem sześć, bo dwa razy urlopy zdrowotne mi wypadły z wysługi. Emerytura nauczycielska, wcześniejsza o pięć lat, cały ten system, dla którego się tak męczyłem.
— No to?
— No to mam to gdzieś.
Grzegorz zatrzymał nożyczki w połowie ruchu.
Tomek patrzył na siebie w lustrze — na fryzurę w połowie skończoną, jedną stronę głowy równą, drugą jeszcze nieprzyciętą.
— W poniedziałek składam wypowiedzenie.
— Serio? Po tylu latach?
— Idę do szkoły językowej na Zabłociu. Dzwoniłam… dzwoniłem tam we wtorek, umówili mnie na rozmowę w czwartek. Ta sama pensja, mniej papierów.
— A koledzy z pokoju nauczycielskiego wiedzą?
— Jeszcze nie. Powiem w poniedziałek, razem z wypowiedzeniem na biurku dyrektora.
Grzegorz dokończył drugą stronę fryzury w milczeniu. Zdjął fartuch z ramion Tomka, strzepnął go dwa razy, powiesił na haczyku przy lustrze.
Tomek wstał z fotela, zapiął kurtkę, sięgnął po portfel.
— Za trzy tygodnie, jak zwykle? — spytał Grzegorz, zamiatając włosy sprzed fotela na jedną kupkę.
— Za trzy tygodnie.
Drzwi zadzwoniły dzwonkiem, kiedy Tomek wychodził na Krakowską, w stronę przystanku, z którego tramwaj numer osiemnaście jechał już w zupełnie inną stronę niż liceum.
