Przez jedenaście lat co Boże Narodzenie nakrywałam do stołu na pięć osób, i co roku miejsce mojego ojca zostawało puste. Nie dlatego, że nie żył. Dlatego, że sam wybrał, żeby nie przychodzić.
Nazywam się Marysia Duda. Wychowałam się w wynajętym mieszkaniu na Klonowej w Radomiu, w bloku, gdzie zimą kaloryfery ledwo grzały, a sąsiad z dołu trzymał kanarki, które słychać było przez całą klatkę. Moja mama, Elżbieta, pracowała na wczesnej zmianie w pralni przemysłowej przy Wjazdowej, prasując cudze pościele za jedenaście złotych na godzinę, a mój ojciec, Ryszard, mieszkał po drugiej stronie miasta — na tyle blisko, żeby dojechać w piętnaście minut, na tyle daleko, żeby nigdy tego nie zrobić.
Nie zniknął. Tego akurat ludzie nie potrafią pojąć, kiedy próbuję to wytłumaczyć. Miał nowe mieszkanie, nową dziewczynę, w końcu nowe dzieci. Na moją ósmoklasistę spóźnił się czterdzieści minut, stanął z tyłu sali w okularach przeciwsłonecznych i wyszedł, zanim wyczytali moje nazwisko przy wręczaniu świadectwa z paskiem. Dwa razy przysłał sto złotych w kartce urodzinowej — pamiętam, bo za drugim razem kartka była nie na te urodziny, "Sto lat, dziesięciolatku", chociaż akurat skończyłam dwanaście.
Mama nigdy go nie obgadywała. Mówiła tylko: "To twój ojciec, córciu, tego się nie zmieni" — i wracała do prasowania.
W niedzielne popołudnia siadałam na schodkach przed blokiem, bo niby to był jego dzień. Patrzyłam, jak samochody zwalniają przy znaku stopu na rogu i znowu przyspieszają. Koło osiemnastej wracałam do środka i udawałam, że wcale nie czekałam. Mama wiedziała. Włączała wtedy radio, jakąś płytę Krawczyka na tyle głośno, żeby żadna z nas nie musiała o tym mówić.
Jak ktoś chce liczbę, to proszę: przez jedenaście lat opuścił trzydzieści jeden urodzin i świąt razem wziętych. Kiedyś to policzyłam, w zeszycie, tak jak inne dzieci liczą gwiazdy. Trzydzieści jeden.
Wyszłam za mąż w wieku dwudziestu sześciu lat, na działce pod Radomiem, z lampkami rozwieszonymi na sznurku i krzesłami pożyczonymi z domu strażaka. Nie zaprosiłam go. Mama spytała, czy jestem pewna. Byłam.
Zwrot nastąpił cztery lata później, gdy miałam trzydzieści lat i sama byłam już matką — mojej córki Zosi, wtedy osiemnastomiesięcznej. Mama dostała udaru we wtorek rano w marcu — pamiętam, bo to był ten sam tydzień, kiedy pierwszy raz zakwitły forsycje pod oknem, ten słodkawy zapach, co wisi w powietrzu może dziesięć dni w roku. Przeżyła, ale lewa strona ciała już nigdy nie wróciła do pełnej sprawności i nie mogła dalej stać przy maglu.
Wtedy właśnie Ryszard się odezwał. Nie dla niej. Dla mieszkania.
Okazało się, że mieszkanko na Klonowej — to, za które mama sama spłacała kredyt, odkąd skończyłam sześć lat — wciąż figurowało na oboje w papierach rozwodowych, których nikt nigdy nie doprowadził do końca. Zjawił się w sobotnie popołudnie swoim starym passatem, wszedł bez pukania i oznajmił mamie, siedzącej na wózku przy kuchennym oknie, że znalazł kupca i potrzebuje jej podpisu do końca miesiąca. Czterysta osiemdziesiąt tysięcy złotych, pół na pół. Jego połowa miała pokryć, jak to ujął, "parę zaległości".
Byłam tam, dolewałam jej wody do szklanki, kiedy to mówił. Nawet na nią nie spojrzał — liczył coś w głowie, patrząc na kuchenkę i szafki.
Mama nie podniosła głosu. Poprosiła, żeby wyszedł.
Nie wyszedł od razu. Stał w tej kuchni z dobre pięć minut, tłumacząc, że mieszkanie "z mocy prawa" jest w połowie jego, że miała szansę go spłacić lata temu, że to nie on jest tu czarnym charakterem — po prostu potrzebuje pieniędzy, a rodzina powinna sobie pomagać. Zosia zaczęła płakać w drugim pokoju. Poszłam po nią, a kiedy wróciłam, jego już nie było, samochód zniknął za rogiem Klonowej, zgrzytnąwszy oponami na żwirze.
Tego wieczoru mama poprosiła, żebym przyniosła jej teczkę z górnej półki w szafie w przedpokoju — tę z papierami mieszkania, ubezpieczeniem, oryginalnym aktem notarialnym. Ręka jej drżała, kiedy trzymała długopis, ale podpis wyszedł całkiem pewny. Nie pod umową sprzedaży. Pod oświadczeniem o zrzeczeniu się praw, które prawnik z bezpłatnej poradni sporządził tydzień później — takim samym, jakie Ryszard podpisał jedenaście lat wcześniej, przy nieformalnej ugodzie o rozstaniu, nigdy nie zgłoszonej do księgi wieczystej. Cały ten czas leżało w teczce — jego podpis, poświadczony notarialnie, z datą z roku, w którym się wyprowadził.
Pojechałyśmy same do wydziału ksiąg wieczystych, mama na fotelu pasażera, fotelik Zosi wciśnięty za nią, i złożyłam wniosek przy okienku. Sto złotych opłaty. Tyle kosztowało zamknięcie tej sprawy raz na zawsze.
Ryszard dowiedział się dwa tygodnie później, kiedy notariusz kupującego sprawdził księgę wieczystą i natrafił na wpis o zrzeczeniu się praw — bez żadnych niejasności, bez połowy do sprzedania. Tego samego wieczoru zadzwonił do mamy jedenaście razy. Nie odebrała. Przy dwunastym telefonie odebrałam ja.
— Nie możesz mnie tak po prostu wykreślić — powiedział.
— Sam to zrobiłeś — odparłam. — Dawno temu.
Przyjechał jeszcze raz, jakiś miesiąc później, i stanął na końcu podwórka — nie podszedł bliżej, tylko stał, ręce w kieszeniach kurtki, patrząc na schodki, gdzie kiedyś siadywałam w niedziele. Mama obserwowała go przez chwilę zza okna, a potem odwróciła wózek i poprosiła, żebym pomogła jej zabrać się do gotowania obiadu.
Wciąż tam stał, kiedy zasunęłam żaluzje.
