Odkąd urodziła się Zosia, w moim mieszkaniu na Woli obowiązuje jedna zasada, o której mówię każdemu przy progu, jeszcze zanim zdejmie buty: najpierw mydło, potem dziecko. Nie ważne, czy to moja mama, mój brat, sąsiadka z dołu czy ktoś obcy. Wchodzą, witają się, idą do łazienki, a dopiero potem mogę im podać córkę na ręce.
Nie znoszę też, kiedy ktoś najpierw głaszcze naszego psa, Bacora, kudłatego mieszańca, którego mąż przygarnął ze schroniska na Paluchu jeszcze przed ślubem, a zaraz potem tymi samymi rękami sięga po twarz dziecka. Kiedyś brat pobawił się z Bacorem przez dziesięć minut, a potem od razu chciał wziąć Zosię na ręce. Zatrzymałam go w progu kuchni i podałam mu ręcznik: najpierw umyj, potem bierz. Nie robię z tego przedstawienia. Bacor śpi w naszej sypialni i kochamy go jak członka rodziny. Ale co innego głaskać psa, a co innego zaraz potem dotykać twarz kilkumiesięcznego niemowlaka.
Na początku wszyscy stosowali się do tego bez marudzenia. Potem zaczęły się komentarze, że odkąd zostałam matką, robię z siebie osobę przewrażliwioną. Największy problem mam z ojcem. Bo on pali czerwone marlboro, po dwie paczki dziennie, odkąd pamiętam. Wyjdzie na klatkę, wypali papierosa przy oknie na półpiętrze, wraca po dwóch minutach i już: chodź do dziadka. Ja na to nie pozwalam. Jeśli właśnie palił, nie chcę, żeby zaraz brał dziecko na ręce, zwłaszcza w tej samej bluzie, która cuchnie dymem na całą klatkę schodową. Proszę go, żeby najpierw dokładnie umył ręce, a jeśli koszulka jest przesiąknięta, żeby ją choć zmienił.
Raz przyjechał do nas z Bemowa, gdzie mieszka. Zanim wszedł, dopalił papierosa pod klatką. Otworzył drzwi i od razu wyciągnął ręce po Zosię. Powiedziałam: tato, najpierw ręce. Odpowiedział, że wychował troje dzieci, paląc cały czas, i wszyscy żyją. Mama się roześmiała. Brat rzucił, że hoduję dziecko w bańce mydlanej. Ojciec usiadł obrażony, bo według niego, żeby dotknąć własnej wnuczki, musiał niemal się zdezynfekować jak przed operacją.
Największa awantura wybuchła na obiedzie u mamy, w Wielkanoc. Ojciec był na balkonie, palił. Ja krzątałam się w kuchni z sernikiem, który akurat wyjmowałam z piekarnika. Ciotka Danuta trzymała Zosię na kolanach i bez pytania mnie, gdy ojciec wszedł z powrotem, po prostu mu ją podała. Wyszłam z kuchni z ręcznikiem kuchennym jeszcze w dłoni i zobaczyłam go z dzieckiem na rękach, wciąż śmierdzącego dymem tak, że czułam to z drugiego końca pokoju. Podeszłam, wzięłam córkę i powiedziałam: tato, przed chwilą paliłeś, wiesz, że nie chcę, żebyś brał ją zaraz po papierosie.
Wybuchnął. Krzyczał, że poniżam go przy całej rodzinie, że traktuję go jak zarażonego. Wtedy wtrąciła się ciotka: odrobina dymu dziecku nie zaszkodzi. To mnie dobiło jeszcze bardziej niż krzyk ojca. Bo skoro jako matka powiedziałam jasno, że nie chcę, żeby dziecko trafiało w ręce kogoś, kto przed chwilą palił, to nie rozumiem, czemu ktoś ma to obchodzić bocznymi drzwiami tylko dlatego, że akurat nie patrzę. Ojciec na koniec rzucił: dobra, w takim razie już nigdy jej nie wezmę.
Od tamtej Wielkanocy prawie każda wizyta kończy się jakimś komentarzem. Raz, gdy poprosiłam szwagierkę, żeby umyła ręce po zabawie z Bacorem, usłyszałam, że pewnie niedługo będą musieli się kąpać przed wejściem do naszego mieszkania. A z ojcem zawsze wraca to samo zdanie: paliłem, wychowując was, i nic wam się nie stało.
Przez dwa tygodnie się nie odzywał. Mąż mówił, żebym zadzwoniła pierwsza, że to głupota, że przecież rodzina. Nie zadzwoniłam. Bacor leżał pod kołyską, mama pisała mi co drugi dzień, że tata chodzi po mieszkaniu jak struty, ale nie ustąpi pierwszy.
W sobotę, tuż po ósmej rano, zanim zdążyłam nastawić wodę na kawę, zadzwonił domofon. Otworzyłam drzwi w piżamie, z Zosią na biodrze, i zamarłam na progu. Stał tam ojciec w świeżo wyprasowanej koszuli w kratę, tej, którą wkłada tylko na rodzinne obiady, z mokrymi jeszcze włosami zaczesanymi do tyłu. Zamiast dymu poczułam zapach mydła, tego samego, zielonego, które trzymam w naszej łazience. Nie wiedziałam, że wziął kawałek ze sobą, czy umył się gdzieś po drodze.
Nie powiedział nic o Wielkanocy, o awanturze, o dwóch tygodniach ciszy. Stał tylko w progu z rękami trochę uniesionymi, jakby się bał, że jeszcze ich nie umył wystarczająco dobrze.
— Mogę ją potrzymać? — zapytał, i głos mu się na tym pytaniu lekko załamał.
Podałam mu córkę. Ojciec przyjął ją niezgrabnie, jedną ręką za pupę, drugą podtrzymując główkę, tak jak się trzyma coś, co się dawno nie trzymało i boi się upuścić. Zosia zamruczała, wtuliła twarz w kołnierzyk jego koszuli i zasnęła, jakby nic się nie stało. Ojciec stał tak w progu jeszcze chwilę, kołysząc się lekko w przód i w tył, nie próbując wejść dalej do mieszkania, dopóki mu nie powiedziałam, żeby usiadł.
Wzięłam ją od niego dopiero po godzinie, zaspaną, pachnącą jego mydłem, nie dymem.
