Rano, kiedy powiedziałam mężowi, że nie przeleję pieniędzy na wyjazd jego matki do Wiednia, coś w nim się złamało. Krzysztof grzmotnął pięścią w blat, filiżanka z herbatą przekoziołkowała i gorący płyn chlusnął mi na przedramię. Kuchnia w naszym domu na Bielanach zamilkła na sekundę, tylko lodówka szumiała jak zawsze.
— Przelej te pieniądze albo wypad z mojego domu! — wrzasnął, wskazując na drzwi wejściowe, te same, które trzy lata temu sam malował na zielono, bo mu się „nie podobał ten nudny biały".
Nie odpowiedziałam. Zdjęłam ścierkę wiszącą na klamce piekarnika i wytarłam bluzkę, potem przedramię, powoli, centymetr po centymetrze, jakby dało się w ten sposób zetrzeć też jego krzyk. Teściowa, Halina, siedziała przy stole i przewijała na tablecie zdjęcia pięciogwiazdkowego hotelu nad Dunajem.
— Nie dramatyzuj, Marto — mruknęła, nie odrywając oczu od ekranu. — To był wypadek. A ty przecież bez problemu wyłożysz te dwadzieścia dwa tysiące złotych na mój wyjazd.
Krzysztof jeszcze raz uderzył w blat, aż zadrżał słoik z solą.
— Słyszałaś mnie! Przelew albo się pakuj!
Odłożyłam ścierkę na oparcie krzesła, równo, jakbym miała jeszcze wrócić i ją poskładać. Halina wróciła już do przesuwania palcem po zdjęciach basenu z widokiem na Alpy. Poszłam na górę. Do małej torby wrzuciłam bluzę, ładowarkę, szczoteczkę do zębów. Z szuflady komody wyjęłam granatową teczkę — trzymałam ją tam od miesiąca, odkąd notariusz w Śródmieściu przekazał mi ostateczne dokumenty.
Postawiłam teczkę na stole obok filiżanki, w której jeszcze parowała resztka herbaty.
— Przeczytaj to. Uważnie.
Krzysztof uśmiechnął się z tą swoją wyższością, jakby już wygrał.
— Co znowu wymyśliłaś?
— Nic. To papiery, które powinieneś przeczytać, zanim kazałeś mi się wyprowadzić z tego domu.
Wyszłam bez tłumaczenia, zatrzasnęłam drzwi tak, że sąsiadka z parteru, pani Wojciechowska, wyjrzała z okna z packą na muchy w ręku — akurat polowała na osę, która wleciała jej do przedpokoju. Minęłam ją bez słowa.
Zamówiłam taksówkę do kancelarii na Marszałkowskiej. Moja prawniczka, Aldona Rzepka, przyjmowała mnie zawsze bez umawiania — znałyśmy się od czasów studiów na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie razem ślęczałyśmy nad prawem cywilnym do trzeciej w nocy.
Otworzyła teczkę, przeglądała dokument po dokumencie, aż zatrzymała się na wypisie z księgi wieczystej. Zauważyła czerwoną pręgę na moim przedramieniu, tam gdzie parzyła herbata, i podsunęła mi pudełko z plastrami leżące na biurku.
— Marta — powiedziała cicho — on naprawdę cię wyrzucił z tego domu?
— Tak. Dosłownie tymi słowami.
Zamknęła teczkę.
— Jutro rodzina Krzysztofa dostanie lekcję, której nie zapomną.
— Co konkretnie odkryją?
— Nie tylko on. — Położyła dłoń na teczce. — Jest tu prawda, o której nikt z nich nawet nie pomyślał.
Prawda była prosta i brzydka jak stary tapczan wyniesiony na śmietnik: dom na Bielanach, ten, w którym mieszkaliśmy od ośmiu lat, nigdy nie był wspólnotą majątkową Krzysztofa. Kupiła go moja babcia Irena, jeszcze przed naszym ślubem, i zapisała na mnie w formie darowizny — z wyraźnym zapisem, że nieruchomość wchodzi do majątku osobistego, wyłączona z małżeńskiej wspólności. Krzysztof nigdy nie przeczytał aktu notarialnego. Podpisał się tylko przy odbiorze kluczy i od tamtej pory żył w przekonaniu, że to „nasze", czyli w gruncie rzeczy jego.
Halina też o tym nie wiedziała — inaczej nie planowałaby swojego wyjazdu do Wiednia z takim spokojem, jakby to była jej własna kamienica, z której może wyciskać czynsz do woli.
Następnego ranka, dwadzieścia po dziewiątej, usłyszałam dzwonek do drzwi mieszkania Aldony, gdzie spędziłam noc na rozkładanej kanapie. Przez wizjer zobaczyłam Krzysztofa, w tej samej koszuli co wczoraj, i Halinę tuż za nim, w futrze, jakby już siedziała w samolocie do Austrii.
Otworzyłam drzwi, ale nie zaprosiłam ich do środka.
— Marto, to jakieś nieporozumienie — zaczął Krzysztof, próbując uśmiechu, który wyglądał jak grymas. — Ten papier od notariusza… to nie może być prawda.
— Jest prawdą. Możesz to zweryfikować w wydziale ksiąg wieczystych, adres masz w teczce.
Halina otworzyła usta, ale nic z nich nie wyszło. Patrzyła na coś w moich rękach — trzymałam kolejną, tym razem żółtą, teczkę, którą Aldona przygotowała jeszcze wczoraj wieczorem. Wewnątrz był formalny wniosek o eksmisję i pismo do zarządu spółdzielni energetycznej o przepisanie licznika prądu wyłącznie na moje nazwisko.
— To jest bezprawne! — wybuchnął Krzysztof. — Mieszkałem tam osiem lat!
— Mieszkałeś w domu mojej babci. I krzyczałeś na mnie, żebym się wyprowadziła. Więc się wyprowadziłam.
— Marto, błagam, to przecież moja matka, ona ma siedemdziesiąt jeden lat, nie może teraz zostać na bruku…
— Nikt nie ląduje na bruku. Macie trzydzieści dni na spakowanie rzeczy, zgodnie z pismem, które dostaniecie kurierem jeszcze dziś. Możesz wynająć coś na Białołęce, ceny tam rozsądne.
Halina wreszcie odzyskała głos, cichy i drżący, zupełnie inny niż wczorajsze leniwe „nie dramatyzuj".
— A hotel w Wiedniu… rezerwacja…
— Odwołaj ją. Albo zapłać sama, ze swojej emerytury. Nie jestem twoim bankomatem, Halino, i nigdy nie miałam być.
Zamknęłam drzwi. Przez chwilę stali jeszcze na klatce, słyszałam szuranie butów Krzysztofa po wykładzinie, potem trzask domofonu i potem już tylko brzęk łyżeczki, którą Aldona mieszała mi kawę w kuchni. Podała mi kubek, mocnej, bez cukru.
— Trzydzieści dni to sporo czasu — powiedziała. — Jesteś pewna?
— Jestem. Dom sprzedam. Za to, co dostanę, kupię coś mniejsze, na swoje imię, bez nikogo, kto mi wskaże drzwi, kiedy mu się zachce.
Miesiąc później stałam już w nowym, dwupokojowym mieszkaniu na Żoliborzu, z widokiem na park, z aktem notarialnym leżącym na kuchennym blacie zamiast rozlanej herbaty. Krzysztof napisał kilka razy, ostatni raz z propozycją „spotkania i wyjaśnienia sytuacji". Nie odpisałam mu ani razu. Halina, jak się później dowiedziałam od wspólnej znajomej, wynajęła w końcu pokój u kuzynki na Targówku, o dwie linie autobusowe od miejsca, gdzie planowała swój apartament z widokiem na Dunaj.
