Nazywam się Zofia Wrona, mam czterdzieści dwa lata i od jedenastu pracuję w schronisku dla zwierząt przy ulicy Krokusowej w Bydgoszczy. Pracuję na nocnych dyżurach — to ja słyszę, jak psy skomlą o trzeciej nad ranem, i to ja pierwsza dowiaduję się, kto naprawdę przychodzi po zwierzę, a kto przychodzi się schować.
Tego wieczoru, dwudziestego ósmego grudnia, padał mokry śnieg, taki, co od razu zamienia się w błoto na chodniku. Miałam kończyć zmianę o dwudziestej pierwszej, dyżurka pachniała rozgrzanym mlekiem, bo karmiłam kocięta z butelki, i akurat wyszłam na papierosa pod daszek, kiedy przy bramie zatrzymał się srebrny passat.
Wysiadła z niego kobieta w futrze, chyba trzydziestoparoletnia, z twarzą taką napiętą, jakby ktoś ją trzymał za sznurek. W ręku miała transporter, a w transporterze — kota. Rudego, z jednym obciętym uchem, wyglądał na jakieś sześć, siedem lat.
— Muszę go oddać — powiedziała, zanim jeszcze doszła do drzwi. — Nie mam wyjścia.
Zaprowadziłam ją do środka, bo na dworze robiło się coraz zimniej, a ona trzęsła się nie tylko z zimna. Nazywała się Marta Sochacka, tak przynajmniej podpisała formularz. Kota nazwała Rudym — bez fantazji, ale szczerze. Powiedziała, że mieszka z narzeczonym w kawalerce na Wyżynach i że on postawił ultimatum: albo kot, albo on.
— Trzy dni temu spakował walizkę — powiedziała, nie patrząc na mnie, tylko na transporter, który postawiła na blacie. — Powiedział, że wraca do swojej byłej. Że ją kochał od liceum i teraz zrozumiał, że mnie tylko tolerował. A kot mu przeszkadzał, bo miał alergię. Więc może i dobrze, że już go nie ma, bo przynajmniej alergii nie muszę się bać.
Zapisałam dane do papierów, zapytałam o szczepienia, o charakter zwierzęcia. Ona odpowiadała krótko, urywanymi zdaniami, czasem urywając w połowie, jakby zabrakło jej powietrza. Zauważyłam, że ręce ma czerwone od mrozu, bez rękawiczek, chociaż na zewnątrz było minus trzy.
— A pani gdzie teraz mieszka? — spytałam, bo to nie moja sprawa, ale coś mnie tknęło.
— U siostry. Tymczasowo. — Uśmiechnęła się, taki uśmiech, co nie dochodzi do oczu. — Nie mam siły teraz o mieszkaniu myśleć. Rudy mi wystarczy jako problem na dziś.
Kot w transporterze mruczał, jakby nic się nie działo, ocierał się o kratkę, kiedy Marta wsadziła przez nią palec na pożegnanie. Powiedziała mu coś cicho, czego nie dosłyszałam, bo akurat zadzwonił telefon w dyżurce — ktoś pytał o godziny otwarcia na sylwestra. Kiedy odłożyłam słuchawkę, Marty już nie było przy klatce. Stała przy oknie, plecami do sali, i widziałam tylko, jak drży jej ramię.
Umieściłam Rudego w klatce numer siedem, obok labradora po amputacji łapy. Zanotowałam w zeszycie, tak jak zawsze notuję — nie z obowiązku, tylko dla siebie, żeby pamiętać, kto tu przechodził i dlaczego. Napisałam: "Kot Rudy, oddany 28 grudnia, właścicielka rozstała się z partnerem trzy dni wcześniej, mężczyzna wrócił do dawnej miłości ze szkoły".
Marta wyszła bez pożegnania ze mną, tylko rzuciła "dziękuję za wyrozumiałość" i zniknęła w śniegu. Zapisałam numer jej telefonu, tak jak wymaga procedura, na wypadek gdyby trzeba było skontaktować się w sprawie kota.
Nie sądziłam, że jeszcze ją zobaczę.
A jednak zobaczyłam, trzynastego stycznia, w środę, kiedy przyszła ponownie, tym razem pieszo, bez futra, w zwykłej kurtce, z teczką pod pachą. Zapytała, czy Rudy jeszcze jest. Powiedziałam, że tak, nikt się nim jeszcze nie zainteresował, bo starsze koty rzadko ktoś bierze zaraz po świętach.
— Chcę go zabrać z powrotem — powiedziała. — Wynajęłam mieszkanie. Sama.
Wypełniła papiery, zapłaciła symboliczną opłatę za pobyt, jaką u nas się pobiera, sto dwadzieścia złotych za te szesnaście dni. Kiedy otworzyłam klatkę, Rudy wyskoczył prosto w jej ręce, jakby wiedział, że to ona.
Zapytałam, mimo że to nie moja sprawa, co z narzeczonym.
— Wrócił po tydzień — powiedziała, głaszcząc kota po grzbiecie. — Powiedział, że tamta go wcale nie chciała, że tylko się z nim bawiła przez te dziesięć dni, a potem znowu zniknęła. Prosił, żebym go przyjęła z powrotem.
— I co pani?
Wyjęła z teczki kopertę, taką zwykłą, biurową, i pokazała mi ją, sama nie wiem po co — może potrzebowała komuś to pokazać, a akurat byłam pod ręką. W środku było wypowiedzenie umowy najmu wspólnego mieszkania, które podpisała tydzień wcześniej, i potwierdzenie przelewu — zwrot jej połowy kaucji, cztery tysiące pięćset złotych, na nowe konto, które założyła tylko na swoje nazwisko.
— Znalazłam kawalerkę na Fordonie. Trzydzieści dwa metry. Umowę mam na trzy lata. — Zamknęła transporter, w którym Rudy już się układał do drzemki. — On zadzwonił wczoraj. Powiedział, że tęskni, że popełnił błąd. Ja mu powiedziałam, że klucze do starego mieszkania już oddałam administracji, więc nawet gdybym chciała, nie ma dokąd wracać.
Nie płakała. Zapięła kurtkę, wzięła transporter i ruszyła do wyjścia, a ja patrzyłam, jak Rudy przyciska pysk do kratki, węsząc powietrze schroniska po raz ostatni.
Przy drzwiach odwróciła się jeszcze.
— Wie pani, co najdziwniejsze? Jak go oddawałam, myślałam, że tracę wszystko. A teraz mam mieszkanie na swoje nazwisko, konto, które on zna, kota z powrotem i klucz, którego nikomu drugiego nie dałam. — Wzruszyła ramionami. — Chyba niczego nie straciłam.
Drzwi zamknęły się za nią z tym samym metalicznym trzaskiem, co zawsze, kiedy ktoś stąd wychodzi z pustymi rękami albo z pełnymi. Wróciłam do dyżurki dokończyć karmienie kociąt, a w zeszycie dopisałam jedno zdanie pod styczniową datą: "Rudy — adoptowany ponownie przez właścicielkę. Zamknięte."
