Nazywam się Barbara Wesołowska, mam sześćdziesiąt trzy lata i od dwudziestu ośmiu mieszkam w Sulejówku, w domu z czerwoną dachówką, który razem z mężem kupiliśmy na kredyt spłacany jeszcze w markach niemieckich – zanim przeszliśmy na złotówki, zanim wszystko się zmieniło.
Tadeusz zmarł jedenastego marca. Rak trzustki, cztery miesiące od diagnozy do końca. W szpitalu na Banacha korytarz pachniał płynem dezynfekującym i kawą rozpuszczalną z automatu za dwa złote pięćdziesiąt, tą, którą pijesz, bo trzeba coś trzymać w rękach, kiedy czekasz.
Pierwszego tygodnia po pogrzebie sąsiadka, pani Elżbieta, przynosiła mi rosół w słoiku po dżemie. Nie pytała, czy jem. Po prostu stawiała słoik na progu i szła dalej wyprowadzać swojego psa, kundelka o imieniu Budyń, który zawsze na mnie szczekał, a tamtego tygodnia usiadł przy mojej furtce i milczał, jakby też wiedział.
Nie umiem powiedzieć, kiedy dokładnie przestałam czekać na trzask jego kluczy w zamku o siedemnastej trzydzieści. Miesiąc? Dwa? W telewizorze leciał akurat program o remontach, ten, który oglądaliśmy razem co niedzielę, i nagle złapałam się na tym, że komentuję na głos, jakby ktoś słuchał. Nikt nie słuchał. Zamilkłam w połowie zdania i siedziałam z pilotem w dłoni, dopóki się nie ściemniło, a ja nie zapaliłam światła.
Córka, Kasia, dzwoniła co drugi dzień z Wrocławia. Pytała, czy jadłam obiad. Kłamałam, że tak.
Najgorsze były nie noce – w nocy przynajmniej można udawać, że się śpi. Najgorsze były te zwyczajne poranki, kiedy nastawiałam wodę na dwie kawy z przyzwyczajenia i dopiero po chwili orientowałam się, że druga filiżanka stoi pusta na półce, ta w niebieskie paski, którą Tadeusz kupił na jarmarku w Cieszynie piętnaście lat temu i z której pił tylko on, bo twierdził, że z innej kawa smakuje inaczej.
Były dni, kiedy nie chciałam wychodzić z sypialni. A były i takie, jak ten czerwcowy wtorek, kiedy stanęłam w ogrodzie, poczułam zapach koszonej trawy sąsiada i pomyślałam, że mogłabym jeszcze posadzić te pomidory, o których mówiliśmy w marcu, tydzień przed diagnozą. Zasadziłam je. Nie wiedziałam czemu, po prostu moje ręce chciały robić coś, co robiliśmy razem.
Wstydziłam się tego pierwszego śmiechu. Był w sierpniu, na urodzinach wnuczki, kiedy mały Antek próbował zdmuchnąć świeczki i sam się rozśmieszył tak, że nie mógł przestać. Roześmiałam się razem z nim, głośno, a chwilę później poczułam, jakbym zdradziła. Jakby śmiech był czymś, na co nie zasłużyłam, skoro Tadeusz go już nigdy nie usłyszy.
Kasia zauważyła moją minę. Podeszła, usiadła obok na ławce w ogrodzie i powiedziała tylko: „Mamo, tata by się cieszył, że się śmiejesz. On nie chciał, żebyś przestała żyć razem z nim."
Nie odpowiedziałam. Ale coś we mnie drgnęło.
We wrześniu zrobiłam rzecz, której długo się bałam. Poszłam do notariusza przy ulicy Piotrkowskiej, zabrałam ze sobą szarą teczkę z aktem własności domu i polisą ubezpieczeniową, i uregulowałam sprawę spadkową – tak, żeby dom w Sulejówku formalnie stał się mój, a nie zawisał w prawnym zawieszeniu, w którym trzymałam go od marca, bo nie miałam siły otworzyć tej teczki. Zapłaciłam osiemset dwadzieścia złotych taksy notarialnej. Podpisałam się dwadzieścia dwa razy, licząc każdy dokument. Notariusz, młody mężczyzna o zmęczonych oczach, w pewnym momencie podał mi chusteczkę, nie pytając, czy jej potrzebuję.
Wieczorem tego samego dnia wyjęłam z szafy niebieską filiżankę w paski. Nie schowałam jej głębiej. Postawiłam na widocznej półce, obok mojej, i następnego ranka nastawiłam wodę na jedną kawę – ale wypiłam ją właśnie z tej filiżanki, siedząc na ganku, tam gdzie zawsze siadaliśmy razem o siódmej rano, kiedy słońce dopiero wychodziło zza dachu sąsiedniego domu.
Budyń, pies pani Elżbiety, przyszedł i usiadł przy moich stopach. Tym razem nie szczekał. Podrapałam go za uchem, popatrzyłam na pomidory, które zaczynały czerwienieć na krzakach, i pomyślałam, że Tadeusz zobaczyłby ten obraz i powiedziałby: „No i widzisz, Basiu. Rosną."
Nie zniknął. Zmienił się w zapach skoszonej trawy, w niebieską filiżankę na półce, w to, że wciąż mówię do niego, kiedy podlewam pomidory. I to mi wystarcza, żeby wstać każdego ranka.
