Bartek Mazurek miał dwadzieścia trzy lata, kiedy pierwszy raz zszedł na brzeg Drzewiczki tuż za mostem przy ulicy Kwiatowej i poczuł, jak but zapada mu się w coś miękkiego. Folia. Setki metrów folii, wtopione w muł jak żyły w mięsie. Pracował wtedy w warsztacie samochodowym u wujka, przy klimatyzacji latem pachniało spalinami i olejem, a rzeka za miastem była jedynym miejscem, gdzie chodził, żeby się od tego wszystkiego odciąć. Tylko że tamtego kwietniowego popołudnia 2026 roku nie dało się odciąć od niczego — smród był taki, że aż zapiekły oczy.
Wrócił do domu, powiedział matce, że w weekend nie jedzie z kolegami na Orlik, tylko bierze gumowe rękawice i wory na śmieci. Ona popukała się w czoło, ojciec machnął ręką, że to nie jego sprawa, gmina niech się martwi. Nikt się nie martwił. Więc zaczął sam.
Pierwszego dnia wyciągnął dwadzieścia trzy worki. Butelki po piwie, opakowania po chipsach, stary telewizor, kawałki płotu, plastikowe kwiaty ze zniczy, które ludzie zostawiali na brzegu po Wszystkich Świętych, bo tak było „bliżej wody, ładniej". Do tego sterty zniczy — szkło i plastik razem, nierozdzielone, zalegające na dnie jak osad po jakiejś powodzi cywilizacji. Trzysta osiemdziesiąt złotych wydał tamtego tygodnia na worki, rękawice i benzynę do przewozu tego wszystkiego na wysypisko, bo straż miejska nie chciała odebrać „prywatnej inicjatywy".
Robił to codziennie po pracy, potem w weekendy całymi dniami. Latem skóra na dłoniach popękała mu od ciągłego moczenia w wodzie ze ściekami, dostał grzybicy między palcami, brał zwolnienie u dermatologa w przychodni przy Rynku i lekarka, pani doktor Zalewska, spytała wprost: "Chłopie, po co ci to?" Nie miał dobrej odpowiedzi. Powiedział tylko, że jak jeszcze ktoś skoczy z mostu latem do tej wody, to się zatruje, zanim utonie.
Wymyślił też, co robić z kwiatami i zniczami zostawianymi przy przydrożnej kapliczce nad brzegiem — ludzie z okolicznych wsi znosili je tam od lat, bo babcia jednego z mieszkańców utopiła się w tym miejscu w latach dziewięćdziesiątych. Zamiast pozwalać, żeby więdnące bukiety gniły razem z folią, założył mały kompostownik za stodołą sąsiada, pana Wiesława, który użyczył mu kawałek działki za butelkę żubrówki. Kwiaty szły do kompostu, znicze osobno do zbiórki szkła. Sąsiedzi zaczęli nawet przynosić mu te bukiety osobno, wiedzieli już, że Bartek to segreguje.
We wrześniu, po ośmiu miesiącach roboty, rzeka wyglądała inaczej. Woda była przejrzysta na tyle, że widać było dno przy brodzie koło młyna, wróciły raki, które podobno nie występowały tu od dwudziestu lat, sąsiedzka dzieciarnia znowu łapała tam płotki na wędkę zamiast plastikowych torebek. Gmina w końcu się ruszyła — postawiła duży metalowy kontener na śmieci przy zejściu na brzeg, kosztował samorząd blisko dwa tysiące złotych, Bartek osobiście odbierał klucz od pracownika Urzędu Miasta.
Kontener przetrwał jedenaście dni.
Rano w niedzielę Bartek zastał go przewrócony, zamek wyrwany razem z zawiasem, a w wodzie znowu pływały reklamówki z Biedronki, puszki po energetykach, ktoś wrzucił nawet stary materac. Stanął na brzegu z telefonem w ręce, sfotografował to wszystko, wysłał zdjęcia do lokalnej grupy na Facebooku "Nasze Opoczno" z podpisem: kto to zrobił, niech chociaż powie dlaczego.
Odpowiedzi nie było. Za to następnego dnia ktoś napisał mu w komentarzu, że „i tak się zaśmieci z powrotem, po co się szarpać".
To zdanie zabolało bardziej niż grzybica na dłoniach.
Przez tydzień w ogóle nie schodził nad wodę. Matka mówiła, że wreszcie się opamiętał, ojciec, że dobrze, bo warsztat go potrzebuje na pełen etat. Ale w piątek wieczorem Bartek pojechał do sklepu budowlanego przy obwodnicy i kupił kamerę z czujnikiem ruchu za sto dziewięćdziesiąt dziewięć złotych — taką, jakie ludzie montują na działkach przeciw dzikom. Zamontował ją na starej wierzbie naprzeciwko miejsca, gdzie stał kontener, zasilaną z powerbanku, obudowaną workiem foliowym, żeby nie zalało jej deszczem — ironia go rozśmieszyła, kiedy to robił.
Trzy dni później kamera nagrała mężczyznę w czapce z daszkiem, który wyrzucał z bagażnika białego Volkswagena Transportera worki z gruzem budowlanym prosto do rzeki, o drugiej w nocy. Bartek rozpoznał samochód — to była firma remontowa, która robiła elewację bloku przy ulicy Partyzantów, dwie ulice od jego domu. Zamiast płacić za wywóz gruzu na legalne wysypisko — a to koszt rzędu ośmiuset złotych za kurs — kierowca wybierał rzekę, za darmo, po zmroku.
Bartek nie poszedł na policję od razu. Poszedł najpierw do właściciela firmy, pana Grzegorza Kowalika, który miał biuro w kontenerze budowlanym na osiedlu, i położył mu telefon z nagraniem na biurku. Kowalik spojrzał, zbladł, zaczął tłumaczyć, że to nie on kazał, że kierowca sam se tak ułatwiał robotę, że da wam pan pięćset złotych i zapomnijmy sprawę.
— Nie chodzi o pieniądze dla mnie — powiedział Bartek. — Chodzi o to, że pan zapłaci za wywóz tego gruzu, którego już nawrzucaliście, i że to nagranie i tak idzie do straży miejskiej, z pieniędzmi czy bez.
Zgłosił sprawę formalnie w poniedziałek, ze skopiowanym nagraniem na pendrivie, w Straży Miejskiej przy ulicy Biernackiego. Firma dostała mandat i decyzję administracyjną nakazującą oczyszczenie odcinka rzeki na własny koszt — pięć tysięcy dwieście złotych kary plus koszt wywozu gruzu, który sami tam wrzucili. Kowalik przyjechał osobiście z ekipą w gumowcach tydzień później, wyciągali gruz łopatami przy Bartku, który stał na brzegu ze skrzyżowanymi rękami i nic nie mówił, bo nie musiał.
Kamerę zostawił na wierzbie. Dołożył drugą, przy zakręcie za mostem, tam gdzie ktoś regularnie wyrzucał opony. Założył grupę na Facebooku z nazwą "Straż Drzewiczki", zaprosił dwudziestu sąsiadów, którzy zgodzili się dorzucać się po dwadzieścia złotych miesięcznie na nowy, solidniejszy kontener — tym razem przykuty łańcuchem do betonowego bloku, z zamkiem szyfrowym, którego kod znało tylko dwanaście zaufanych rodzin z okolicy.
Rzeka nie stała się czysta na zawsze, bo nic nie jest czyste na zawsze. Ale w listopadzie, kiedy Bartek szedł brzegiem z wnuczką pana Wiesława, która zbierała kasztany do szkolnej pracy plastycznej, woda była przejrzysta, a kamera na wierzbie mrugała czerwoną diodą, nagrywając ciszę.
