Marta Kowalczyk biegała tą samą trasą wzdłuż Rawy od trzech lat. Zawsze o szóstej, zanim autobusy zapełnią się ludźmi jadącymi do pracy, zanim słońce wstanie na tyle, żeby oślepiać. Kiedy zaczęła pracować jako pielęgniarka na nocnej zmianie w szpitalu przy ulicy Ziołowej — zmiana kończyła się o piątej czterdzieści pięć, tuż na czas, żeby zdążyć się przebrać w szatni i wybiec, zanim ktoś zdąży ją zaczepić pytaniem o zamianę dyżuru — bieganie stało się jej jedynym sposobem, żeby nie zwariować. Dwadzieścia minut, w czasie których nikt nie prosił jej o nic, nikt nie krzyczał, nikt nie umierał.
Tamtego wrześniowego poranka na ścieżce przy bulwarze stał mężczyzna. Może czterdzieści lat, kurtka od dresu, telefon w ręce. Marta minęła go bez zastanowienia — takich mężczyzn na trasie było zawsze kilku, palacze, spóźnialscy, ludzie wyprowadzający psy.
— Ładne nogi na taką porę — rzucił za nią, głośno, tak żeby usłyszała.
Zwolniła, ale nie odwróciła się. Tempo biegu zostało takie samo jak zawsze, tylko oddech zmienił rytm, płytszy, szybszy niż wymagał wysiłek. Trzysta metrów dalej mężczyzna dogonił ją truchtem, chociaż nie miał na sobie butów do biegania — miał zwykłe trampki, sznurówka jednego rozwiązana.
— Co, boisz się porozmawiać? — zapytał, idąc równolegle.
Marta przełożyła kluczyki, które trzymała w dłoni, tak żeby ząbek wystawał między palcami, dokładnie tak, jak nauczyła ją kiedyś koleżanka z oddziału. Palce zacisnęły się na metalu, aż zabolały knykcie.
I wtedy z krzaków po drugiej stronie ścieżki wyszły dwie osoby w kamizelkach z napisem POLICJA. Trzecia, ta w dresie identycznym jak Marty, ta która minutę wcześniej minęła ich oboje w przeciwną stronę i którą Marta wzięła za kolejną biegaczkę — zatrzymała się, zdjęła słuchawki i powiedziała, że mężczyzna jest zatrzymany do wyjaśnienia.
Marta stała z boku, oddychając ciężko, kluczyki wciąż zaciśnięte w dłoni, i patrzyła, jak funkcjonariuszka w dresie pokazuje legitymację ze zdjęciem, którego nikt by się nie spodziewał po kimś w takich butach do biegania jak Nike Pegasus.
— Proszę pani, mogłaby pani zostać na chwilę? — zapytała funkcjonariuszka. — Nazywam się Wróbel. Potrzebujemy pani zeznania.
Marta skinęła i usiadła na najbliższej ławce, bo nogi nagle przestały ją trzymać tak pewnie jak przez ostatnie trzysta metrów. W kieszonce legginsów miała dwa złote w monetach na wodę z automatu i mały pojemniczek z pieprzem, który kupiła miesiąc wcześniej, kiedy pierwszy raz poczuła, że ktoś idzie za nią zbyt blisko. Nigdy go nie użyła. Teraz wyjęła go i trzymała w dłoni razem z kluczykami, chociaż zatrzymanie już się dokonało.
Kobieta o imieniu Wróbel usiadła obok niej na chwilę, zanim odeszła dopilnować papierów. Miała spękane od biegania usta i zmęczone oczy, jakby sama nie spała tej nocy zbyt długo.
— Ile razy pani go widziała wcześniej? — zapytała.
— Nie wiem. Może dwa razy w zeszłym tygodniu. Myślałam, że sobie wymyślam.
— Nie wymyśla pani.
Zgłoszenie Marty złożyła tego samego dnia na komisariacie przy ulicy Kilińskiego, w pokoju, gdzie na parapecie stał kubek z zimną, niedopitą kawą. Opowiedziała dokładnie, co się wydarzyło — i dodała to, czego wcześniej nikomu nie mówiła: że od miesiąca zmieniła trasę, że zaczęła nosić pieprz w kieszonce legginsów, że raz zawróciła w połowie drogi, bo zobaczyła tego samego mężczyznę stojącego przy moście i udawała, że dzwoni do kogoś, żeby mieć powód przystanąć i się rozejrzeć.
Wróbel zapisywała to długopisem, który zacinał się co kilka słów, aż w końcu odłożyła go i wzięła drugi z szuflady.
— Proszę spisać jeszcze, o której godzinie pani biega. Codziennie ta sama pora?
— Szósta. Zawsze szósta.
Zeznanie zajęło czterdzieści minut. Kiedy Marta wychodziła z komisariatu, na korytarzu mijała dwie inne kobiety w dresach, czekające na swoją kolej — nie znała ich, ale rozpoznała ten sam sposób trzymania telefonu w dłoni, mocno, jakby to była jedyna rzecz, której można się przytrzymać.
Do biegania wróciła po trzech dniach. Nie od razu tą samą trasą — pierwszego dnia pojechała autobusem na drugi koniec miasta i biegała wokół osiedla, którego nie znała, tylko po to, żeby nie musieć mijać tego mostu. Drugiego dnia zawróciła po kilometrze, bo jakiś mężczyzna wyprowadzający psa spojrzał na nią o sekundę za długo i serce zaczęło jej walić, zanim zdążyła pomyśleć, że to tylko sąsiad z bloku obok. Trzeciego dnia wróciła nad Rawę, ale biegła z telefonem w dłoni zamiast w opasce na ramieniu, kciukiem na ekranie gotowym wybrać numer, gdyby coś się działo.
Sprawa trafiła do sądu rejonowego dwa miesiące później. Marta przyszła na rozprawę w listopadowe przedpołudnie, ubrana nie w dres, tylko w swoją jedyną porządną kurtkę, w której chodziła kiedyś na rozmowy o pracę. Usiadła w trzecim rzędzie. Obok niej usiadły dwie kobiety, których twarzy nie kojarzyła z komisariatu, ale których spojrzenie rozpoznała z korytarza sądu jeszcze przed rozprawą — ten sam sposób trzymania torebki na kolanach, obiema rękami, jakby w środku było coś kruchego.
Mężczyzna, który zaczepił ją nad rzeką, dostał wyrok w zawieszeniu i zakaz zbliżania się do bulwaru na dwa lata. Przez całą rozprawę patrzył w blat stołu przed sobą. Kiedy sędzia odczytywał wyrok, nie drgnął.
Marta wyszła z sali sądowej i stanęła na korytarzu, czekając, aż tłok przy drzwiach się rozejdzie. Jedna z kobiet z trzeciego rzędu podeszła do niej i zapytała, czy ma ochotę na kawę w bufecie na dole. Marta się zgodziła, chociaż na nocną zmianę musiała wrócić za sześć godzin.
Wróciła do biegania tydzień po rozprawie. Trasa była ta sama — wzdłuż Rawy, obok tych samych krzaków, tego samego mostu. Kupiła nowe buty, bo stare Pegasusy zaczynały się rozklejać przy podeszwie, a pieprz w kieszonce legginsów wymieniła na nowy, bo tamten przeleżał zbyt długo i nie była pewna, czy jeszcze działa.
Biegła tego dnia dłużej niż zwykle, aż do mostu i z powrotem. Kiedy mijała miejsce, gdzie tamten mężczyzna stał kiedyś w trampkach z rozwiązaną sznurówką, poczuła, jak coś się w niej napina, ten sam odruch, żeby zwolnić i się rozejrzeć. Ale nie zwolniła. Przebiegła to miejsce w tym samym tempie co resztę trasy, aż zostało za plecami, i dopiero wtedy pozwoliła sobie odetchnąć głębiej.
