Trzydzieści lat pierogów w kuchni pani Zofii z Bydgoszczy

Pracuję w tej klatce od dwudziestu dwóch lat jako administratorka i dozorczyni w jednym, więc znam mieszkańców lepiej niż niejeden ksiądz na spowiedzi. Blok przy Gdańskiej, cztery piętra, winda, która staje między drugim a trzecim, jeśli ktoś wchodzi z wózkiem. Panią Zofię Kowalczyk znam od samego początku – to ona zawsze pierwsza zgłaszała mi, że kaloryfer w klatce znowu cieknie, i to ona co roku, dzień przed Wigilią, prosiła mnie, żebym przypilnowała, żeby kurier z rybami zostawił przesyłkę u sąsiadki, bo sama będzie w kuchni od świtu.

Mieszka na trzecim piętrze, mieszkanie sześćdziesiąt metrów, ale na Wigilię ściągają się do niej wszyscy – dwie córki z mężami, syn, sześcioro wnucząt, brat męża z Torunia. Czternaście osób przy stole, który się rozkłada aż pod okno. Wiem to dokładnie, bo co roku pomagałam znosić dodatkowe krzesła z piwnicy, a raz nawet z sąsiedniego mieszkania pani Grażyny, bo w kredensie zabrakło miejsca na wazę do barszczu.

Zawsze mówiłam mężowi: ta kobieta ma sześćdziesiąt siedem lat i haruje jak przy żniwach. W listopadzie zaczynała już zamawiać karpia u znajomego rybaka spod Nakła, żeby był świeży, nie mrożony. Piekła makowiec i sernik na krupczatce, bo synowa nie znosi drożdżowego. Gotowała barszcz na zakwasie robionym własnoręcznie od tygodnia. Wiedziała, że jeden zięć nie je grzybów, że wnuczka najmłodsza tylko kluski z makiem, że szwagier zawsze się spóźnia, bo pociąg z Torunia rzadko przyjeżdża na czas.

Widziałam ją dwudziestego trzeciego grudnia, jak schodziła po schodach z siatkami z Biedronki, bo winda znowu stała, i mówiła mi, że nogi już nie te, ale trzeba jeszcze upiec pierogi z kapustą i grzybami, bo syn bez tego nie usiądzie do stołu. Zawsze mnie to trochę bolało, bo sama gotuję świąteczną kolację dla czwórki i wiem, ile to kosztuje nerwów, a ona robiła to dla czternastu, sama, bez pomocy, choć mąż – pan Ryszard – kroił karpia i nosił wodę, ale reszta spadała na nią.

W zeszłym roku spotkałam ją na klatce dwudziestego siódmego stycznia. Wynosiła śmieci, wyglądała, jakby nie spała tydzień. Powiedziała mi wtedy coś, czego nie zapomnę: że w tym roku zaproponowała, żeby kupić sernik w cukierni na Focha zamiast piec samej, bo kolano ją bolało od trzech dni. Córka miała powiedzieć: „Mamo, ale to przecież tradycja, u nas zawsze jest twój sernik." A syn dodał, że wnuki inaczej Wigilii sobie nie wyobrażają. Skończyło się tak, że upiekła i sernik, i makowiec, bo – jak mi powiedziała – łatwiej było się zgodzić niż tłumaczyć po raz setny.

Nie widziałam jej długo, bo zima, każdy siedzi w swoim mieszkaniu, ale latem, gdzieś w lipcu, spotkałam ją przy śmietniku, niosła doniczkę z pelargonią na balkon. Powiedziała mi, że tego roku Wigilii u niej nie będzie. Że powiedziała to dzieciom przy niedzielnym obiedzie, spokojnie, bez dramatu, i że reakcja ją zaskoczyła bardziej niż spodziewała się kłótnia. Mówiła, że córka pytała, czy coś się stało ze zdrowiem, syn od razu zaproponował, że przyśle taksówkę, żeby przywieźć wszystkich do niej mimo wszystko, bo przecież u kogo innego to się nie uda, bo mieszkania za małe.

Zapytałam ją wtedy, tak z ciekawości, bo lubię tę kobietę i zawsze mnie martwiło, że taka zmęczona co roku – co im właściwie odpowiedziała. Powiedziała, że zapytała córkę wprost: a jakie ty pamiętasz moje Wigilie, córciu? Że przez chwilę nikt nic nie powiedział, bo nikt nie umiał odpowiedzieć. Że ona sama pamięta te wieczory jako bieganie między kuchnią a stołem, jako zdjęcia rodzinne, na których jej nie ma, bo akurat dokładała pierogi na talerz, jako opuchnięte kostki dwudziestego piątego grudnia rano.

Nie było mnie przy tej rozmowie w kuchni, więc nie powiem, co dokładnie kto powiedział słowo w słowo. Wiem tylko, co widziałam później, bo mieszkam piętro niżej i słyszę, kiedy ktoś ciągnie po schodach karton. W październiku pan Ryszard sam wynosił stare krzesła składane do piwnicy – powiedział mi, że w tym roku nie będą potrzebne, bo Wigilia będzie skromniejsza, u nich, ale inaczej zorganizowana. Że syn ma przywieźć śledzie i pierogi z targu, starsza córka zajmie się barszczem i uszkami, a młodsza upiecze sernik – ten sam przepis, tylko że tym razem sama, bo chciała spróbować.

Widziałam panią Zofię tydzień temu, niosła torbę z warzywniaka, mniejszą niż zwykle o tej porze roku. Zapytałam, jak się czuje przed świętami. Powiedziała, że lżej niż kiedykolwiek, i że córka zadzwoniła do niej z pytaniem, ile godzin trzeba stać przy cieście na makowiec, żeby dobrze wyrobić. Kiedy jej wytłumaczyła – że ciasto trzeba wyrabiać czterdzieści minut, a potem czekać, aż wyrośnie, dwie godziny – córka przez chwilę milczała w słuchawce, a potem powiedziała: „Mamo, nie wiem, jak ty to wszystko ogarniałaś przez te wszystkie lata."

Musiałam już wracać do dyżurki, bo akurat ktoś dzwonił domofonem, więc nie dopytałam więcej. Ale zapamiętałam, że pani Zofia, mówiąc mi to, trzymała tę siatkę z warzywami inaczej niż zwykle – nie przyciskała jej do siebie całą siłą, tylko niosła luźno, jakby po raz pierwszy od lat nie musiała się aż tak śpieszyć do domu.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: