Katarzyna wpatrywała się w smugę rozgrzanego asfaltu za oknem peugeota. Marek prowadził w milczeniu, a jego skórzane rękawiczki, których nigdy nie nosił na co dzień, skrzypiały przy każdym obrocie kierownicy. Na tylnym siedzeniu, w wiklinowym transporterze kupionym za siedemdziesiąt dziewięć złotych na allegro, specjalnie na tę okazję, skulony leżał Tymon. Nie miauczał. Tylko jego bursztynowe ślepia odbijały się w plastikowej kratce, nieruchome i jakoś dziwnie spokojne. Pachniało rozgrzaną tapicerką i płynem do spryskiwaczy.
— Duszno mu — powiedziała Katarzyna, nie odrywając czoła od szyby. Palce lewej dłoni wybębniały na udzie rytm, którego nie znała.
— To tylko kot — rzucił Marek i dodał gazu. — Przeżyje. Zresztą on już tam był, jak byłaś na szkoleniu w lutym.
Poczuła, jak zaciska szczękę, i przestała bębnić.
Do Różan pod Białymstokiem zostało jeszcze czterdzieści minut. Domek letniskowy teściów stał pusty od listopada, a teraz, w połowie kwietnia, trawa na podjeździe sięgała kolan. Marek zaparkował pod płaczącą wierzbą, której gałęzie od lat prosiły się o piłę, i wysiadł pierwszy, nawet nie spojrzawszy na transporter. Katarzyna wyjęła Tymona i postawiła go na drewnianej werandzie. Kot obwąchał wyblakłą podłogę, kichnął od kurzu i powoli, jakby od niechcenia, ruszył w stronę żywopłotu oddzielającego posesję numer czternaście od sąsiedniej, zaniedbanej działki z domkiem w kolorze bladego błękitu. Sąsiadka, pani Grażyna, mówiła kiedyś, że ten domek kupiła jakaś młoda kobieta z miasta i remontuje go od ręki.
— Niech się rozejrzy — powiedział Marek i zniknął w środku.
Godzinę później Katarzyna znalazła w schowku na narzędzia damską apaszkę. Materiał śliski, jasnoniebieski, z ledwie widocznym haftem na rogu – dwie splecione litery, ale wzór był taki zawijany, że od razu nie rozpoznała które. Powąchała ją. Proszek do prania i perfumy, których nigdy nie używała. Kwiatowe, ciężkie, mdlące. Zgniotła apaszkę w kulkę, wsadziła do kieszeni wiatrówki i wróciła na werandę. Nic nie powiesiła z powrotem. Tylko ręce jej się trzęsły, gdy zapinała suwak.
— Wracamy — oznajmił Marek, wyłaniając się z garażu. — Nie ma sensu siedzieć dłużej, w poniedziałek mam telekonferencję o ósmej rano.
Katarzyna zmrużyła oczy. Była księgową, przywykła do wyłapywania niespójności. Poniedziałek był dniem wolnym od spotkań w jego hurtowni materiałów budowlanych od dwóch lat – sama mu ustawiała kalendarz w outlooku. Nie skomentowała. Zamiast tego gwizdnęła na Tymona, ale w odpowiedzi usłyszała tylko szum wiatru w wierzbach.
— Nie przychodzi. Został tam, przy płocie — powiedziała.
— To go zostawmy. Wrócę po niego w przyszły weekend. Albo i nie. Tej sąsiadce i tak się podoba, widziałem, jak go głaskała. Będzie miał lepiej.
Wziął ją pod łokieć, ale ona wyszarpnęła ramię. Coś w niej trzasnęło – nie od słów, a od tonu, od tego lekkiego prychnięcia przy „albo i nie”. To nie było zmęczenie. To była obojętność tak gęsta, że dało się ją kroić.
W drodze powrotnej milczeli. Katarzyna oparła głowę o zagłówek i zamknęła oczy. Przypomniała sobie, jak dwa tygodnie temu Marek oznajmił, że musi zostać dłużej w firmie i spać w swoim gabinecie, bo rzekomo szykuje się kontrola skarbowa. Pamiętała, jak następnego dnia wyjęła z jego marynarki rachunek za obiad w restauracji „Pod Wiatrakiem” pod Łomżą – 67 zł 50 gr, dwa zestawy dnia – choć mówił, że jadł kanapki z szynką przy biurku. Nie zapytała wtedy. Paragon wylądował w pudełku po butach za jej biurkiem. Zbierała fakty jak paragony do segregatora: rachunek z myjni na trzydzieści dwa złote, bloczek z parkingu w Łomży datowany na sobotę, pojedynczy, długi czarny włos na zagłówku pasażera, który przecież nie mógł być jej, bo od roku ścinała się na krótko, na chłopaka. Każdy świstek dokładała do pudełka z cichym stuknięciem wieczka.
Gdy wjechali do Warszawy, było już ciemnawo. Na Mokotowie zapalono pierwsze latarnie, a na klatce schodowej pachniało farbą po remoncie windy. Marek położył się spać natychmiast, nawet nie dotknąwszy kolacji. Chrapnął po pięciu minutach.
Katarzyna przeszła do kuchni i wyjęła z szuflady dokumenty. Działka w Różanach, osiemset metrów, zapisana była na nią. Dostała ją w spadku po babce, jeszcze przed ślubem. Obok aktów własności leżała kserokopia umowy przedwstępnej sprzedaży, którą Marek przyniósł jej dwa miesiące temu, namawiając do przepisania ziemi na niego. „Tak będzie prościej, ja tym zarządzę, przecież to tylko formalność, oszczędzimy na podatku”. Wtedy pokiwała głową i odłożyła podpisanie na później. Teraz odetchnęła. Sięgnęła po apaszkę, wygładziła ją na blacie i dopiero teraz, pod światłem kuchennej lampy, zobaczyła wyraźnie: A i M.
Do wtorku obmyśliła plan. Nie awanturowała się. Przyrządziła mu schabowego z kapustą, podała herbatę z cytryną i gdy przełykał ostatni kęs, zapytała:
— Mareczku, a na kiedy umówiłeś się z tą kobietą, co mieszka w niebieskim domku?
Widelec zawisł w powietrzu. Kropla sosu spłynęła na obrus.
— Z jaką kobietą? — wykrztusił. Głos mu się zawahał przy „ja”.
— Z tą, co nosi apaszki z inicjałami. A. jak Agnieszka, tak? Ładne. Krótkie. Od razu pasuje.
Zapanowała cisza tak głęboka, że słychać było tykanie zegara z przedpokoju. Marek odłożył widelec, wstał, podszedł do okna, jakby szukał ucieczki w ciemności za szybą. Zaczął coś mówić o kuzynce, o przypadku, o tym, że sobie coś uroiła. Katarzyna nie odpowiadała. Wypiła łyk herbaty. Patrzyła na niego znad kubka i czekała. Gardło jej się ścisnęło, ale nie od łez – od wściekłości, która w końcu znalazła ujście. Marek pod tym wzrokiem najpierw wymachiwał rękami, potem schował je w kieszenie, aż w końcu zamilkł w pół słowa.
Następnego dnia rano, gdy Marek pojechał do hurtowni, Katarzyna wyjęła z szuflady wizytówkę adwokata, którego poleciła jej Monika z pracy. Zadzwoniła. Recepcjonistka zaproponowała piątek na Lipowej w Białymstoku – pasowało idealnie. Potem wystukała numer pani Grażyny, jedynej sąsiadki w Różanach, która mieszkała tam na stałe.
— Pani Grażyno, Katarzyna z czternastki. Przepraszam, że nachodzę, ale chciałam zapytać o tę panią z niebieskiego domku. Ciągle przyjeżdża na weekendy?
— A przyjeżdża, dziecko, przyjeżdża. W każdy piątek wieczór podjeżdża granatowym autem, takim ładnym, i parkuje za szpalerem, żeby nie było widać od drogi. A w niedzielę wyjeżdża. Ten mężczyzna w okularach to chyba z nią, bo razem wysiadają. O, i w ten ostatni weekend też byli, słyszałam muzykę.
Katarzyna podziękowała i rozłączyła się. Granatowe auto Marka – passat – stało w tej chwili pod jego biurem, bo przecież dojeżdżał nim codziennie. Tylko że w weekendy biuro było zamknięte. Powinno stać na parkingu pod blokiem. Chyba że akurat jeździł gdzie indziej.
W sobotę rano, bez słowa uprzedzenia, wsiadła w peugeota i pojechała do Różan sama. Pod siedzeniem pasażera leżał koc w kratę, ten sam, którym wyściełała transporter. Kiedy zajechała pod błękitny domek, Tymon leżał na werandzie, zwinięty na poduszce z kretonu w żółte kwiatki. Obok niego stała miska z mokrą karmą Animonda, trzynaście złotych puszka, jakiej Katarzyna nigdy mu nie kupowała, bo kot miał w domu suchą i raz na tydzień gotowanego kurczaka. Drzwi uchyliły się i na progu stanęła kobieta w lnianej sukience, z włosami upiętymi w luźny kok. Była bosa. Wyglądała na zaskoczoną.
— Dzień dobry — powiedziała Katarzyna, nie podnosząc głosu. Głos miała płaski, ręce spokojne. — Przyszłam po kota. Zostawił go pani mąż w zeszłą sobotę za płotem.
Agnieszka otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Tymon tymczasem podniósł się leniwie, przeciągnął i zeskoczył ze schodka. Podszedł prosto do Katarzyny, otarł się o jej kostkę tak mocno, że prawie się przewróciła, i cicho miauknął. Schyliła się. Wzięła go na ręce, czując pod palcami znajome, ostre łopatki i ciepły brzuch. Odwróciła się na pięcie i ruszyła do auta.
Nie wróciła od razu do Warszawy. Zatrzymała się w Białymstoku, przy ulicy Lipowej. Transporteryk z Tymonem postawiła na krześle obok siebie w poczekalni kancelarii adwokackiej. Gdy weszła do gabinetu, długopis wydał jej się zimny i śliski. Podpisała pozew rozwodowy i wniosek o zabezpieczenie majątku. Ostatnią literę nazwiska skończyła z takim naciskiem, że przebiła papier. Kot obserwował ją przez kratkę, mrużąc oczy.
Gdy zaparkowała pod blokiem na Mokotowie, Marek pakował walizkę. Taką dużą, na kółkach, którą kupili dwa lata temu na all inclusive do Grecji. Na widok kota w jej ramionach zatrzymał się z na wpół złożoną koszulą w ręku.
— Nie spodziewałeś się, co? Że wróci. Że ja też potrafię wrócić po swoje — powiedziała cicho, stawiając transporter na podłodze. Nie czekała, aż odpowie.
Tymon wyszedł, otrzepał się, przeciągnął i jak gdyby nigdy nic ruszył w stronę kuchni, gdzie pod szafką stała jego ceramiczna miska. Katarzyna położyła na stole kopię dokumentów rozwodowych.
— Działki nie sprzedam. Domku też nie. Ale ty wyprowadzisz się do końca tygodnia. A Agnieszka, skoro dostała od ciebie ziemię, to niech się cieszy. Sąsiadować nie będziemy.
Marek próbował jeszcze coś tłumaczyć, że to pomyłka, że apaszka należała do sprzątaczki z biura, że nie rozumie, dlaczego robi aferę. Powiedział nawet, że przecież działkę kupił za ich wspólne oszczędności, więc to też jej. Roześmiała się krótko. Sięgnęła po telefon, żeby zamówić taksówkę – nie dla siebie.
Miesiąc później Katarzyna piła kawę na balkonie nowego mieszkania na Pradze-Północ. Tymon spał na starym kocu w kratę, tym samym, którym przykrywała go podczas podróży do Różan. Materiał już się mechacił i pachniał kurzem. Kot mruczał przez sen. Telefon zawibrował – Marek przysłał esemesa: „Możemy porozmawiać? Spotkajmy się jutro”. Zgasiła ekran kciukiem i odłożyła komórkę na stół. Znów zawibrował. Nie spojrzała.
Z dołu dobiegł łoskot tramwaju skręcającego w aleję Solidarności. Sąsiad za ścianą nastawił radio, popłynęła stara melodia – skrzypce i damski głos, coś, co znała, ale nie mogła skojarzyć tytułu. Tymon uniósł łeb, popatrzył na nią, mruknął głośniej i znów przymknął ślepia. Katarzyna odstawiła kubek na spodek, tak że cicho stuknął.
