Barbara Wilczek miała siedemdziesiąt jeden lat i psa, który nigdy nie odstępował jej na krok. Reks, kudłaty mieszaniec owczarka, przyszedł do niej jako szczeniak od sąsiada z bloku przy Zamoyskiego, kiedy zmarł jej mąż. Od tamtej pory minęło jedenaście lat. Mąż zostawił Barbarze mały warsztat wulkanizacyjny na Podgórzu, dwa boksy blaszane i kanał, w którym przez trzydzieści lat naprawiał opony taksówkarzom z całej dzielnicy. Po jego śmierci warsztatem zajął się syn, Marek, z zawodu mechanik, z charakteru — jak mawiała sąsiadka z parteru — człowiek, który liczy tylko to, co wpada do jego kieszeni.
Barbara nie umiała prowadzić rachunków, więc przepisała firmę na Marka od razu, żeby mógł podpisywać faktury i rozliczać się z ZUS-em. Zostawiła sobie tylko mieszkanie przy tej samej ulicy i skromną emeryturę, tysiąc osiemset złotych, którą co miesiąc odbierała w okienku poczty przy rondzie Matecznego. Reks chodził z nią wszędzie — do sklepu, na pocztę, do warsztatu, gdzie siadał przy wejściu na starym kocu i patrzył, jak Marek liczy utarg.
Któregoś październikowego wieczoru, gdy z komina sąsiedniej kamienicy unosił się zapach palonego drewna, a w telewizorze u sąsiadki grał program o pogodzie, Barbara wróciła z warsztatu wcześniej niż zwykle. Reks warczał cicho, idąc przy jej nodze, jakby wyczuwał, że coś jest nie tak. Właśnie usłyszała, jak Marek przez telefon mówił żonie, że "stara i tak nie zauważy", że przepisał na firmę leasing nowego auta dostawczego, spłacanego z pieniędzy, które miały iść na remont dachu w jej mieszkaniu.
Barbara nic nie powiedziała tamtego wieczoru. Nakarmiła Reksa, usiadła przy oknie i patrzyła, jak nad blokami gasną światła. Piła herbatę z cytryną, tę samą, którą zawsze parzyła mężowi, gdy wracał zmęczony z kanału przeglądowego. Zauważyła, że firanka w kuchni znów się przekrzywiła — musiała ją poprawić od miesiąca i wciąż zapominała.
Przez kolejne tygodnie zaczęła przychodzić do warsztatu inaczej niż dawniej. Nie po to, żeby usiąść z boku, tylko żeby patrzeć uważnie: na faktury, na terminy przelewów, na to, kto podpisuje umowy z dostawcą opon. Reks kładł się wtedy przy drzwiach kanału i nie spuszczał wzroku z Marka, kiedy ten podnosił głos, tłumacząc matce, że "nie ma czasu na jej pytania".
W listopadzie Barbara pojechała autobusem linii 194 do kancelarii przy ulicy Kalwaryjskiej, gdzie prawnik od lat prowadził sprawy okolicznych rzemieślników. Zabrała ze sobą szarą teczkę z aktem własności działki, na której stał warsztat — ziemia wciąż była zapisana na nią, mąż nigdy nie zdążył tego zmienić. Reks czekał cierpliwie na korytarzu, położywszy łeb na jej butach, podczas gdy prawnik tłumaczył, że skoro grunt należy do niej, może rozwiązać umowę dzierżawy, na mocy której Marek prowadził tam działalność.
Grudniowe popołudnie, kiedy w oknach kamienic zapalały się już pierwsze świąteczne lampki, Barbara przyszła do warsztatu z kopertą. W środku było wypowiedzenie umowy dzierżawy — trzydzieści dni na opuszczenie terenu — oraz kopia dokumentu przenoszącego prawo do gruntu na fundację wspierającą lokalne rzemiosło, z którą wcześniej rozmawiała. Marek czytał papier przy stole warsztatowym, z rękami czarnymi od smaru, a Reks siedział między nim a matką, jakby pilnował, żeby nikt nie podniósł głosu.
— Mamo, to jest mój warsztat, ja tu pracuję piętnaście lat — powiedział, nie patrząc na nią.
— To był warsztat twojego ojca. Ziemia zawsze była moja. Ty przepisałeś sobie leasing z moich pieniędzy na remont dachu, którego teraz nie będzie — odpowiedziała, kładąc na stole potwierdzenie przelewu, które sama wcześniej wydrukowała w banku PKO przy rondzie.
Marek nie odpowiedział. Wyszedł z warsztatu, trzasnął blaszaną bramą tak, że echo poszło po całym podwórku. Reks nawet nie ruszył się z miejsca — po prostu położył łeb na kolanach Barbary, jakby wiedział, że najgorsze już minęło.
Warsztat przeszedł pod opiekę fundacji, która zatrudniła dwóch młodych mechaników z pobliskiej szkoły zawodowej; jeden z boksów Barbara zostawiła sobie na dożywotnie prawo korzystania, gdzie po dziś dzień w niedzielne popołudnia pije herbatę z cytryną, a Reks śpi na tym samym starym kocu przy wejściu, dokładnie tam, gdzie zawsze.
